,
Obserwuj
Wielkopolskie

Młoda onkolożka latami bez pracy. "Państwo we mnie zainwestowało i co?"

4 min. czytania
03.02.2024 09:00
- Państwo we mnie zainwestowało, a teraz słyszę, że nie ma dla mnie miejsca? - pyta dr Magdalena Jutrzenka z Poznania. Jest specjalistką onkologii i hematologii dziecięcej, po rezydenturze, i nie może znaleźć pracy. Specjaliści zwracają uwagę, że nie jest to jednostkowa sytuacja.
|
|
fot. unsplash

"Powiem Wam, że mi się baterie wyczerpały. Po kilku latach bycia 'dzielną', 'silną' i 'ponad', chciałabym spokoju, bezpieczeństwa i stabilności. Wygląda na to, że w ochronie zdrowia tego nie znajdę. A życie jest jedno i nie chcę na końcu mieć poczucie, że je zmarnowałam" - napisała pani doktor na portalu społecznościowym X. Wpis wywołał mnóstwo komentarzy.

Dr Magdalena Jutrzenka przez kilka lat była rezydentką w jednym z dwóch szpitali dziecięcych w Poznaniu. Jak mówi, celowo wybrała specjalizację z onkologii i hematologii dziecięcej. Chciała leczyć dzieci i im pomagać. W czasie rezydentury urodziła syna - chorego, z rdzeniowym zanikiem mięśni. Dziś ma on 4,5 roku, jest pod opieką lekarzy i terapeutów w Poznaniu. To ważne w tej historii.

"Nie ma dla mnie miejsca"

- Po zakończeniu specjalizacji nie dostałam oficjalnie żadnej informacji zwrotnej, dlaczego nie mogę pracować jako ten konkretny lekarz specjalista w tym konkretnym szpitalu - mówi pani doktor. Nie chce podawać, o jaką placówkę chodzi, bo - jak twierdzi - problem jest systemowy. Wskazuje, że od dyrekcji usłyszała jedynie, iż miejsca dla niej nie ma. Mimo, że - co podkreśla - miała wsparcia bezpośrednich przełożonych, z którymi w ostatnich latach pracowała.

- Nie znam przyczyny, dla której szpital nie może mnie zatrudnić. Mogę się jej tylko domyślać, że chodzi o jakieś kwestie personalne, sympatie czy antypatie. Jest to o tyle zaskakujące, że szpital jednocześnie poszukuje chętnych do szkolenia się w tej specjalizacji. (...) Problemem jest też to, że ja już jestem specjalistą. Miałabym pracę, gdybym była lekarzem tuż po studiach - tłumaczy lekarka. Dziwi się takiemu podejściu. - Wykształcenie lekarza kosztuje niemałe pieniądze, potem kilka lat specjalizacji, czyli kolejne koszty. Państwo we mnie zainwestowało, a teraz słyszę, że nie ma dla mnie miejsca? - pyta retorycznie.

Diagności z 'podziemia': jeden zawieszony, drugi musi się tłumaczyć. Nowe reakcje na serial

Informuje, że dostała propozycję pracy ze szpitala w Zielonej Góry, ale to około 160 km od Poznania w jedną stronę. - Byłam tam nawet na rozmowie. Podjęłabym pracę, ale nie jestem w stanie codziennie dojeżdżać. Mam małe, chore dziecko, które muszę wozić na terapie - tłumaczy. Przyznaje też, że przez ostatnie lata związała się z Poznaniem - tu skończyła studia, urodziła dziecko, wzięła kredyt, kupiła mieszkanie, znalazła fachowców od terapii syna.

"To problem każdego pacjenta"

O tym, że problem nie jest jednostkowy, pisała w serwisie X Maria Kłosińska, rezydentka medycyny rodzinnej, przewodnicząca Zespołu Matek Lekarek w Okręgowej Izbie Lekarskiej w Warszawie. "Czy te bariery to problem jedynie lekarzy? Nie. Jest to problem każdego pacjenta. Bariery prowadzą do powstawania kolejek. Prowadzą do powstawania błędnego wrażenia, że lekarzy specjalistów brakuje" - argumentowała.

- Jeśli nie znajdę pracy w ochronie zdrowia, to znajdę ją poza systemem. Rynek medyczny jest szeroki i otwarty. Jednak pytanie jest takie, czy szkolimy rezydentów po to, by gdzieś znikali poza systemem? Czy raczej po to, by pracowali w publicznym systemie ochrony zdrowia i służyli Polakom? - zastanawia się nasza rozmówczyni.

Tym bardziej, że braki kadrowe w ochronie zdrowia są bardzo duże. - Widziałam, że wiecznie jest nas za mało. Taka ilość kadry, jaka była zapewniona do pracy, nie pozwalała nam się w pełni rozwijać. Mówię o stażach, kursach, szkoleniach. Ciężko było się wybrać, bo ciągle brakowało rąk do pracy - wspomina lekarka.

Przekonuje też, że chętnych do jej specjalizacji - czyli onkologii dziecięcej - nie ma zbyt wielu. - To jest obciążone dużym stresem. Nasi pacjenci przechodzą przez trudne leczenie, niejednokrotnie mają powikłania, są z nami na oddziale bardzo długo, związujemy się z nimi, ale też często spotykamy się ze śmiercią - opowiada pani doktor.

Uczelnia pochwaliła się stołem do nauki anatomii. Wpis wywołał burzę w sieci

Na konferencji zorganizowanej niedawno przez "Puls Medycyny" w Warszawie mowa była o wyzwaniach na 2024 rok. Specjaliści podkreślali, że młodzi lekarze zbyt rzadko wybierają specjalizacje onkologiczne, w tym z onkologii dziecięcej. - Odpowiedzialność zawodowa jest coraz większa. W wielu przypadkach ratujemy ludzkie życie, niestety często narażając pacjentów na pewnego rodzaju późne efekty terapii, które czasami są rozumiane opacznie przez pacjentów. To dodatkowa trudność, dodatkowe obciążenie związane z tą specjalizacją. Poza tym specjalizacja z onkologii i hematologii dziecięcej to "ciężka" specjalizacja w kontekście emocjonalnym -

mówiła, cytowana przez "Puls Medycyny" prof. Anna Raciborska, kierowniczka Kliniki Onkologii i Chirurgii Onkologicznej Dzieci i Młodzieży Instytutu Matki i Dziecka w Warszawie. Podkreśliła, że w Polsce liczba lekarzy onkologów i hematologów dziecięcych przypadających na populację jest jedną z najniższych w Europie. Mówi się, że w naszym kraju brakuje nawet 100 onkologów i hematologów dziecięcych.

- Co dalej? Nie wiem. Rozważam przekwalifikowanie się - podsumowuje Jutrzenka.

Kościół się wściekł. Znowu. 'Nie da się poważnie rozmawiać'