Ferrari i Porsche na ostrym wirażu. Gwiazdy europejskiej motoryzacji gasną
To były dwie gwiazdy europejskiej motoryzacji, do tej pory odporne na kryzys na tym rynku. Włoskie Ferrari i niemieckie Porsche w swojej luksusowej bańce świeciły mocno i zarabiały krocie, także dzięki popularności na największym rynku konsumenckim, czyli w Chinach. Jednak obie nie odnalazły się w nowym świecie elektryfikacji transportu, na którym warunki dyktują właśnie Chińczycy. Czy europejska motoryzacja pójdzie w ślady fińskiej Nokii?
Z tego artykułu dowiesz się:
- Dlaczego Ferrari zmieniło swoje prognozy?
- Jak kryzys na rynku motoryzacji odbija się na niemieckiej gospodarce?
- O co Niemcy i Włosi apelują do Unii Europejskiej?
Tę opowieść zaczniemy od jej końca. Czyli najgorszego dnia w historii notowań symbolu motoryzacyjnego luksusu. Cena akcji włoskiego Ferrari do tej pory całkowicie odpornego na kryzys w branży motoryzacyjnej, w ciągu jednej sesji spadła o rekordowe 16 procent, najwięcej od debiutu w styczniu 2016 roku. Skąd ten giełdowy wstrząs? Wziął się z rozczarowania: firma zaprezentowała nowe prognozy i oceniła, że przyszłość nie będzie różowa. Zysk będzie rósł wolniej niż przewidywała wcześniej, nie będzie oszałamiającego sukcesu w sprzedaży, nie będzie też gwałtownego skoku technologicznego. Program elektryfikacji oferty zostanie skasowany w połowie.
Dla europejskiego rynku motoryzacyjnego, dla którego włoskie Ferrari jest miarą sukcesu, to prawdziwe trzęsienie ziemi. Jeszcze w lutym wartość marki była rekordowa, a eksperci oceniali, że ma sprzedażową pozycję raczej jak firmy handlujące luksusem niż biznesy samochodowe. I spodziewali się nieprzerwanego pasma sukcesów, takich jakie osiąga na przykład Hermes, producent superdrogiej galanterii skórzanej z kultową torbą Birkin na czele. Bo po Ferrari, taj jak po torebki Hermesa, bogacze muszą ustawiać się w kolejkach. Popyt na auta po – średnio - pół miliona euro każde, jest nawet trzy razy większy niż moce produkcyjne Ferrari. Okazało się tymczasem, że sprzedażowa bieda zagląda w oczy nie tylko motoryzacyjnym szarakom, ale także producentom z segmentu ultrapremium. Ich auta są coraz droższe, najniższy model Ferrari, Amalfi, w wersji podstawowej kosztuje ćwierć miliona euro, czyli o jedną piąta więcej niż jego poprzednik, model Rome. A hiper-auto model F80 ma katalogową cenę... ponad 3 i pół miliona euro!
Dlatego Włosi w najnowszej prognozie finansowej przewidują zarobić mniej niż się spodziewano. I zapowiadają hamowanie elektryfikacji swojej oferty. Ten plan okroili aż o połowę i zrobili to zaraz po premierze "fundamentu" nowego modelu Ferrari na baterie. Nowa Elletrica ma przyspieszać do setki w dwie i pół sekundy, ma mieć tysiąc koni mechanicznych, osiągać prędkość ponad 300 kilometrów na godzinę, na jednym ładowaniu ma przejeżdżać około 500 kilometrów. Na razie nie wiadomo jak wygląda, bo auto w całości ma zostać pokazane dopiero na wiosnę. Jedno jest pewne już teraz - nie będzie wydawać charakterystycznego dla silników tych samochodów dźwięku. Co więcej, nie będzie wydawać żadnego dźwięku! Co dla tej części fanatyków motoryzacji, która jest wyposażona w głębokie kieszenie miałoby być niewybaczalnym błędem: elektrycznym Ferrari po prostu nie da się ruszać z przytupem. A o ten przytup podobno chodzi najbardziej.
Co słychać u Porsche?
Ferrari to nie jedyna marka z górnej półki, która gubi się w nowej rynkowej rzeczywistości. Największe problemy mają Niemcy, w tym ze swoją marką premium czyli Porsche. Jeszcze niedawno utrzymywała ona solidną pozycję na największym rynku konsumenckim, czyli w Chinach, ale i tu nastąpił koniec eksportowej ziemi obiecanej. Porsche zaliczyło zjazd, czego wcześniej doświadczyły Mercedes, Volkswagen czy BMW. Także dlatego, że na tamtejszym rynku toczy się bratobójcza chińsko-chińska walka cenowa. Krajowi producenci ścigają się na wyprzedaże, bo rynek kręci się coraz wolniej, a produkcja jest rekordowa. Chińczycy wypchnęli więc ze swojego rynku najpierw segment standard, a potem także premium. Z rynku wypadły Mercedes i BMW, a na koniec także Porsche. Mercedes w ostatnim kwartale sprzedał w Chinach o jedną trzecią aut mniej niż rok wcześniej, Porsche o jedną piątą. Niemiecka motoryzacja weszła więc w ostry wiraż i nie zanosi się na to, by szybko z niego wyszła. Wraz z nią na zakręcie znalazła się cała niemiecka gospodarka.
Wracają dopłaty do elektryków
Jest tak źle, że Niemcy i Włosi wiszą u klamki Unii Europejskiej i apelują w oficjalnym liście o odejście od wyśrubowanych celów klimatycznych. Chcą skasowania zakazu sprzedaży nowych aut spalinowych. Decyzji na razie nie ma, może będzie do końca roku. W tym czasie Niemcy próbują ratować swoich producentów wspierając ich publiczną kasą. Wracają więc dopłaty do elektryków. Niemiecki rząd wyda na nie kolejne 3 miliardy euro. Wskrzesza program, z którego niedawno się wycofał, powodując przy okazji zapaść na europejskim rynku aut na prąd. Bo bez dopłat samochodów na baterie nie opłacało się kupować nawet zasobnym przecież Niemcom.
Motoryzacja utknęła w dołku, a wraz z nią cała gospodarka. W sierpniu zamówienia w niemieckim przemyśle spadły najmocniej od trzech lat. Negatywnym bohaterem znów była motoryzacja - aż 18 procent. To gorzej niż przewidywali najbardziej pesymistyczni eksperci. W całej branży trwają masowe zwolnienia. Największy na świecie producent części samochodowych, czyli Bosch, ogłosił redukcję o 13 tysięcy osób. W sumie zwolni prawie 20 tysięcy. Inny z dużych poddostawców, ZF, wręcza wypowiedzenia blisko ośmiu tysiącom, pozostałym skraca godziny pracy, część wysyła na przymusowe urlopy. W sumie w ciągu ostatnich dwóch lat pracę w niemieckim przemyśle motoryzacyjnym straciło już 55 tysięcy osób. Bezrobotnych w Republice Federalnej po raz pierwszy w historii jest więcej niż 3 miliony. A to nie koniec. O kolejnych ograniczeniach produkcji myślą największe koncerny. Na razie zatrzymują taśmy na chwilę. Tak zrobił niemiecki Volkswagen i multinarodowy Stellantis, który na tydzień zawiesił swoją produkcję także w Polsce.
Gigantów nie stać, by produkować „na plac”. Do Europy płyną bowiem kolejne tysiące bardzo tanich chińskich aut spalinowych i hybrydowych. Zelektryfikowani Chińczycy szybko przestawili produkcję, by sprzedawać na zachodzie modele, na które nie ma zaporowych ceł. A które wciąż zyskują na popularności dzięki niskim cenom i wysokiej technologii.
Na koniec pytanie: pamiętacie Nokię? Komórkowy gigant, w swoim czasie rynkowy monopolista. Podcięty przez rewolucyjnego iPhone’a, wypadł z rynku, bo nie nadążał w technologicznym wyścigu. Ostatecznie upadł i już nie wstał, gdy szybki postęp ostatecznie podciął mu nogi. Historia kołem się toczy. W tym przypadku toczy się czterema kołami. Analogia nasuwa się sama.