Wille na Florydzie do spółki z zielonym smokiem pozbawią nas soku pomarańczowego
"Pomarańczowi farmerzy", zamiast walczyć z pogodą i chorobą drzew, wolą sprzedać ziemię pod budowę domów, bo im się to po prostu opłaca. Florydę w pandemii ogarnęło szaleństwo budowlane, ceny ziemi astronomicznie rosną, a Amerykanie już nie chcą przenosić się do Nowego Jorku - teraz wolą na południe. Prognozy dla soku pomarańczowego na nasze śniadania są więc fatalne.
Jedno z największych na świecie cytrusowych zagłębi zostało w ostatnim czasie dotknięte serią plag, w tym tymi najgorszymi: ekstremalną pogodą i szkodnikami. Na dodatek na pomarańcze czyha ostatnio nowe zagrożenie. Śmiertelne zagrożenie, którego skutków nie da się odwrócić - boom budowlany i perspektywa wycięcia cytrusów w pień.
Niebezpieczny zielony smok
Ta historia zaczyna się w pomarańczowych gajach w słonecznym stanie na południu Stanów Zjednoczonych. Amerykańska Floryda - poważny gracz na światowym rynku cytrusów - stoi nad przepaścią. Na krawędź doprowadziła ją pogoda i choroba zielonego smoka. Roznoszona przez owady bakteria powoduje, że drzewa obumierają, a owoce nie dojrzewają i stają się gorzkie. Zarażone cytrusy mają nieregularny kształt, są za małe i nie nadają się do spożycia ani na soki.
Plaga przywleczona z Azji prawie 20 lat temu dziesiątkuje dzisiaj drzewa na całym świecie i nie ma na nią żadnego lekarstwa. Eksperci uważają, że w najbliższym czasie spowoduje straty w uprawach sięgające nawet 40 procent. Naukowcy dumają, jak się jej pozbyć, kolejne instytuty naukowe na świecie zabierają się za badania nad sposobem dostarczania uprawom skutecznych antybiotyków. Wszelkie dotychczasowe próby były kompletnie nieudane. Dlatego naukowcy pracują też nad genetycznymi mutacjami tak, by drzewa cytrusowe miały wrodzoną odporność i nie chorowały w ogóle. A na razie plantatorzy rzucili do walki... osy i bzygi. Bo są naturalnymi wrogami owadów roznoszących zarazę. Choroba to raz. Dwa to pogoda. A właściwie niepogoda.
To nie wszystko, co mamy dla Ciebie w TOK FM Premium. Spróbuj, posłuchaj i skorzystaj z oferty 'taniej na zawsze'. Wejdź tutaj, by znaleźć >>
Fatalne zbiory powoduje pogoda
W ubiegłym roku przez Florydę przeszły trzy potężne huragany - Irma, Ian oraz Nicole - potem stan spustoszyły mrozy. Dla tropikalnego południa Stanów Zjednoczonych ujemna temperatura była prawdziwym wstrząsem - dosłownie. Już w ubiegłym roku amerykański departament rolnictwa prognozował dla całych Stanów Zjednoczonych fatalne zbiory. O połowę niższe niż rok wcześniej i najniższe od... wybuchu drugiej wojny światowej.
Podobne problemy mają dwaj inni wielcy producenci, czyli Brazylia i Meksyk, w których cytrusów będzie mniej z powodu historycznej suszy i fali niespotykanych upałów. Oraz choroby zielonego smoka. Bo i tam zaraz pustoszy pomarańczowe sady, a farmerzy zbierają mniej, niż by chcieli. Co znaczy, że mogą mniej wyeksportować. A zakochani w soku pomarańczowym Amerykanie z braku własnych pomarańczy są zmuszeni sprowadzać ich więcej z zagranicy. Rynek robi się więc ciasny, a cena notowanego na giełdach towarowych koncentratu soku pomarańczowego astronomicznie rośnie. Jest dzisiaj o 100 procent wyższa niż o tej samej porze rok wcześniej, trzy razy wyższa niż trzy lata temu. I w końcu pobiła historyczny rekord. I na tym historycznym poziomie na razie pozostanie. Bo hodowcy pomarańczy, by mieć lepsze zbiory, muszą w swoje uprawy inwestować więcej i więcej. I dlatego wielu wybiera dla siebie zupełnie inną przyszłość.
Przyszłość bez pomarańczy?
Ta inna przyszłość to przyszłość bez pomarańczy. Bez drzew pomarańczowych. I bez plantacji w ogóle. Konkretnie bez ziemi, na której rosły drzewa cytrusowe. Chodzi o szaleństwo budowlane, które ogarnęło amerykański Słoneczny Stan. Nomen omen owocami tego szaleństwa są szalone ceny ziemi na Florydzie. Plantatorzy wyprzedają swoje plantacje kawałek po kawałku pod budowę... domów. Bardziej opłaca się bowiem sad cytrusowy podzielić i sprzedać niż produkować w nim owoce. Wszystko za sprawą zielonej zarazy drzewnej. Lekarstwa na nią nie ma, odpornych gatunków drzew też na razie nie, jedyna metoda to opryski przeciwko insektom roznoszącym chorobę. A to kosztuje. I to dużo. I dlatego pomimo wzrostu cen soku na światowych rynkach zarabiać na pomarańczach jest trudno. Więc w amerykańskim zagłębiu pomarańczowym od 2005 roku produkcja cytrusów spadła o trzy czwarte. Przybyło za to chętnych na budowę domów.
Bo w pandemii Amerykanie ruszyli na południe w poszukiwaniu niższych podatków i lepszej pogody. Ceny ziemi rosną, a nieuprawiane sady cytrusowe są wygodnym terenem pod przyszłe wille. Floryda miała w ubiegłym roku największy przyrost populacji spośród wszystkich amerykańskich stanów. Przebiła nawet dotychczasowego rekordzistę, czyli Nowy Jork.
Dla miłośników śniadaniowego soku o dużej zawartości witamin mamy więc kiepskie wiadomości. Odbudowa sadów dotkniętych zarazą trwa latami, naukowcy wciąż biedzą się nad skuteczną ochroną drzew, a anomalie pogodowe spadają na producentów znienacka. Jak ubiegłoroczny siarczysty przymrozek na Florydę. To wszystko znaczy, że sok pomarańczowy szybko tańszy nie będzie. Podobnie zresztą jak chleb i bułki. Kawa i kakao. Oraz cukier. I tą mało sympatyczną prognozą kończymy, życząc wszystkim smacznego.