Kończymy naszą "turystyczną zemstę". Zmusza nas do tego kryzys kosztów życia
Powoli kończą się nasze "podróże zemsty". Tak nazywane było zjawisko, kiedy po miesiącach pandemicznego zamknięcia w domach postanowiliśmy wziąć za to odwet i kiedy obostrzenia zniknęły i zaczęliśmy masowo podróżować. Mieliśmy za co, bo w czasach lockdownów, kiedy nie było jak wydawać zarobionych pieniędzy, rosły nasze oszczędności. Na podobnej zasadzie wybuchły zresztą po pandemii "odwetowe zakupy". Teraz jednak te trendy już gasną przez kryzys kosztów życia. Gasną głównie w Europie.
Po pandemii masowo wsiedliśmy do samolotów. Wszędzie, na całym świecie. Efekty tego widzieliśmy latem ubiegłego roku: takiego wybuchu zapału do podróżowania nie wytrzymała branża lotnicza. Światowe media obiegały zdjęcia z zatłoczonych lotnisk, kilometrowych kolejek do kontroli bezpieczeństwa, zagubionych w ferworze bagaży, a samoloty latały, jak chciały i miało to niewiele wspólnego z rozkładem lotów. Opóźnienia i nerwy pasażerów były na porządku dziennym, bo branża lotnicza w pandemii pozbyła się części pracowników i kiedy przyszedł pocovidowy boom, nie było komu obsługiwać chętnych do podróży. Lato tego roku już przyniosło wprawdzie uspokojenie, za to za cenę kosmicznie wysokich cen biletów. Wielu z nas zapewne łapało się za głowy, kiedy próbowaliśmy zarezerwować lot w czasie minionego lata. Ceny wystrzeliły.
To nie wszystko, co mamy dla Ciebie w TOK FM Premium. Spróbuj, posłuchaj i skorzystaj z oferty "taniej na zawsze". Wejdź tutaj, by znaleźć >>
Pęd do podróżowania słabnie, najbardziej widać to w Europie. We Francji podróżować chce o 11 procent osób mniej, w Niemczech o 6 proc., w Rosji o 4 proc. To wydaje się niewiele, ale przy eksplozji podróżniczego popytu rok temu, takie spadki są zauważalne. Autorzy badania wskazują, że większość osób, które czekały na wyjazd w ramach zemsty, już to zrobiła. A teraz zderzyła się z twardą, inflacyjną rzeczywistością.
Bo inflacja i wysokie koszty życia pochłonęły oszczędności konsumentów, w związku z tym zmienili oni priorytety w wydawaniu pieniędzy. Nikt nie myśli o wypoczynku na hiszpańskiej plaży, kiedy trzeba zapłacić wysoką ratę kredytu, albo potężny rachunek za prąd. Te rachunki dostają też właściciele hoteli i pensjonatów, więc podnoszą ceny noclegów. I koło się zamyka. Ale ceny w Europie napędził jeszcze jeden efekt, nazwijmy go "amerykańskim". Na czym polega?
Co ciekawe, po pandemii Europę upodobali sobie Amerykanie. W tym roku do Paryża, Rzymu, Londynu, Dublina, Aten, Amsterdamu, Barcelony i Mediolanu przyleciało ich o połowę więcej niż rok temu. A to również podnosi ceny noclegów i atrakcji, przez co dla Europejczyków stają się zbyt drogie. Amerykańskie szaleństwo odwiedzania Europy wpłynęło także na ceny biletów lotniczych. Osiągnęły one najwyższy poziom od pięciu lat, średnio lot ze Stanów do Europy kosztował tego lata ponad 1200 dolarów, czyli o 300 dolarów więcej niż rok temu. Ale i ten amerykański podróżniczy pęd może przyhamować razem z hamującą gospodarką.
Światowa branża turystyczna liczy teraz na odwetowe podróże z Azji, w której obostrzenia pandemiczne trwały najdłużej. W Chinach zniknęły przecież dopiero niespełna rok temu. I rzeczywiście, Chińczycy masowo wsiedli do samolotów, tyle że... głównie na trasach krajowych. Są wypełnione po sufit, podczas gdy rejsy międzynarodowe nie osiągnęły nawet połowy przedpandemicznego poziomu. Przyzwyczajeni przez lata do widoku turystów z Chin, z aparatami na szyi zapytacie pewnie: dlaczego nie chcą przylatywać do Europy lub Stanów Zjednoczonych?
Analitycy tłumaczą, że turystyka krajowa w Azji wygrała zarówno pod względem prestiżu, jak i jakości usług. Do tego dołożyły się drogie bilety lotnicze oraz długi czas oczekiwania na wizy wyjazdowe za granicę. Chińczycy biorą więc odwet za lata pandemicznego zamknięcia, tyle że ten odwet ograniczają do własnego kraju. A jeśli już chcą latać za granicę, to na popularności zyskuje Bliski Wschód albo Afryka Północna. Zamiar odwiedzenia Stanów Zjednoczonych spadł w Chinach w rok o jedną czwartą.
W tej sytuacji światowa branża turystyczna z nadzieją kieruje swój wzrok w inny region Azji: to Indie. W ciągu siedmiu najbliższych lat Hindusi mają być czwartym najwięcej wydającym na podróże narodem świata — ich wydatki na turystykę za kilka lat mają sięgnąć pół biliona dolarów — przed pandemią było to trzykrotnie mniej. Światowa branża turystyczna chętnie sięgnęłaby więc po taką fortunę, ale problem polega na tym, że Hindusi najchętniej podróżują po kraju — tylko 1 proc. podróży, to wyjazdy zagraniczne. Trzeba więc znaleźć sposób na przekonanie ich do wczasów za granicą.
Turystyczna popandemiczna impreza powoli się więc kończy, zwłaszcza wśród Europejczyków. Bo przecież podróże to w dobro luksusowe, które ograniczamy w pierwszej kolejności w trudniejszych czasach.