,
Obserwuj
Gospodarka

Ropa naftowa straszy branżę lotniczą. Na wakacje polecimy samolotem napędzanym olejem po kotletach?

Wojciech Kowalik
4 min. czytania
03.12.2023 08:33
Olej z naszej patelni w baku samolotu, to oczywiście jest olbrzymie uproszczenie, ale coś jest na rzeczy. Zużyty olej kuchenny, razem z innymi składnikami (na przykład odpadami z kukurydzy używanej do produkcji paszy dla zwierząt) wchodzi w skład mieszanki nazywanej "zrównoważonym paliwem lotniczym", już lanej jako dodatek do baków samolotów. Ale w tym tygodniu pierwszy raz w historii samolot (i to potężny Boeing 787 Dreamliner) przeleciał tylko na takim paliwie Atlantyk na trasie z Londynu do Nowego Jorku.
|
|
fot. Robert Robaszewski / Agencja Wyborcza.pl

Branża szuka alternatyw, bo ostatnie lata pokazały, jak kapryśna jest ropa naftowa, z której wytwarza się standardowe paliwo lotnicze. Swoje dokładają również względy ekologiczne, bo lotnictwo zostawia za sobą potężny ślad węglowy. Czy zatem nowy rodzaj paliwa będzie gamechangerem dla branży? Nie będzie, ale zawsze to jakaś jaskółka.

To będzie artykuł o lataniu. Branża lotnicza w ostatnich latach przechodzi silne turbulencje, od pandemii przez wojny po wstrząsy związane z notowaniami cen ropy naftowej. My, jako pasażerowie, do latania wróciliśmy już na dobre, nawet mimo bardzo drogich biletów - jak drogie potrafią być, pokazały choćby ostatnie wakacje. A ile zapłacimy za bilet - zależy w niemal połowie od cen ropy naftowej na światowych rynkach. Nic dziwnego, że branża szuka alternatywy dla kapryśnej ropy. Czy w takim razie niedługo będziemy latać samolotami napędzanymi olejem ze smażenia kotletów? Bo taka wielka pasażerska maszyna właśnie wykonała pierwszy taki transatlantycki lot.

Szefowie linii lotniczych z niepokojem patrzą na sytuację na rynku ropy naftowej. Wprawdzie jej notowania wyraźnie spadły po wystrzale związanym z konfliktem izraelsko-palestyńskim, ale rynek surowca ma z tyłu głowy obawy o rozwój sytuacji w regionie. Do tego dochodzą możliwe decyzje ze strony kartelu państw-eksporterów ropy naftowej OPEC oraz Rosji. Mimo to analitycy prognozują, że na fali światowego spowolnienia gospodarczego zapotrzebowanie na ropę naftową nie będzie gwałtownie rosło, a to może powstrzymać ewentualne wzrosty cen. A właśnie cena ropy i związany z tym koszt paliwa lotniczego odpowiadają za 40 procent wartości biletu, który kupujemy na swoje podróże. Baryłka lanego do samolotowego baku paliwa staniała z blisko 130 dolarów w momencie wybuchu konfliktu izraelsko-palestyńskiego do stu-kilkunastu dolarów teraz.

To nie wszystko, co mamy dla Ciebie w TOK FM Premium. Spróbuj, posłuchaj i skorzystaj z oferty 'taniej na zawsze'. Wejdź tutaj, by znaleźć >>

Odwrotnie proporcjonalna do cen ropy i paliwa jest kondycja linii lotniczych na światowych giełdach. W Stanach Zjednoczonych widać, że ostatnie spadki cen surowca przekładają się na rosnące notowania akcji największych przewoźników, do tego optymizmu dołożył się rekordowy ruch z okazji Święta Dziękczynienia. Jedna z największych linii, Delta, już komunikuje, że to jej najbardziej pracowite Święto Dziękczynienia w historii. Po pandemii ruch wrócił już do normy, teraz większym bólem głowy niż zapełnienie samolotu jest dla szefów linii lotniczych zapełnienie baków maszyny.

Zrównoważone paliwo lotnicze

Europejskie linie lotnicze informują, że już zakontraktowały sporą część paliwa na przyszły rok. Na przykład niemiecka Lufthansa zapewnia, że jest dobrze chroniona przed rosnącymi cenami ropy - i ma już zabezpieczone trzy czwarte potrzebnego paliwa na przyszły rok. Około 70 procent - Wizzair, a jeszcze więcej, bo 90 procent paliwa ma już zabezpieczony Ryanair. Ta linia lotnicza coraz odważniej idzie też w kierunku zrównoważonego paliwa lotniczego - ostatnio kupiła 500 ton takiego paliwa i chwali się, że dzięki temu zaoszczędzi ponad 1200 ton emitowanego do atmosfery dwutlenku węgla, co odpowiada stu lotom na trasie Wiedeń-Dublin. I właśnie przy tym zrównoważonym paliwie lotniczym teraz się zatrzymajmy, bo to ciekawa historia.

Otóż jest to paliwo produkowane na przykład ze zużytego oleju kuchennego, tłuszczów zwierzęcych oraz z odpadów kukurydzy wykorzystywanej do produkcji paszy dla zwierząt. Czy na takiej mieszance samolot, aby na pewno wzbije się w powietrze?

Nie tylko wzbije, ale przeleci całkiem spory kawałek świata - na przykład przez Atlantyk. W ostatnich dniach trasę z Londynu do Nowego Jorku przeleciał Dreamliner linii Virgin Atlantic napędzany w stu procentach paliwem nazywanym zgodnym z zasadami zrównoważonego rozwoju. W ostatnim czasie eksperymenty prowadziły linie Emirates, napędzając takim paliwem jeden z silników Airbusa380 - największego pasażerskiego samolotu świata. Na pierwszy rzut oka - i ucha - brzmi atrakcyjnie: paliwo, które nie zależy od wahań cen ropy naftowej, a w dodatku ma pomóc w ochronie klimatu. Tylko czy to aby na pewno gamechanger w branży lotniczej?

Chwyt marketingowy?

Odpowiedź jest krótka i prosta: nie. A przynajmniej na razie nie. Dlaczego? Po pierwsze takie paliwo jest bardzo drogie w produkcji, nawet sześciokrotnie droższe od konwencjonalnego. Po drugie - linie lotnicze już je wykorzystują, ale jako domieszkę do tradycyjnego paliwa. Ze względów bezpieczeństwa, na wspomniany transatlantycki lot Boeingiem 787 z alternatywnym paliwem w baku specjalne zezwolenie musiał wydać brytyjski Urząd Lotnictwa Cywilnego, co więcej na pokładzie nie było komercyjnych pasażerów. Po trzecie - takie paliwo również emituje potężne ilości dwutlenku węgla. Bo spala się jak zwykłe paliwo do silników odrzutowych, ale jego - w cudzysłowie - ekologia - pozostawia mniejszy ślad węglowy w całym cyklu produkcyjnym, ponieważ jest zwykle wytwarzane z roślin, które już pochłonęły dwutlenek węgla z atmosfery. I po czwarte - na razie lotnicze biopaliwo to zaledwie 0,1 procent udziału w rynku.

Nic dziwnego, że dziewiczy lot przez Atlantyk na - mówiąc kolokwialnie - oleju po frytkach - wielu nazywa po prostu "chwytem marketingowym". Choć biorący udział w eksperymencie bronią go mówiąc, że podnosi świadomość społeczną związaną z koniecznością zmian w lotnictwie komercyjnym, które wytwarza 2,5 procent wszystkich światowych emisji gazów cieplarnianych i które ma trudniejszą drogę do dekarbonizacji niż inne branże. Na razie jednak wciąż będzie zależało od ropy naftowej, a ceny naszych biletów - od notowań surowca na światowych rynkach, a nie od kosztów przerobienia zużytego oleju z naszych patelni.