Czy ceny chleba zaczną spadać? Mamy problem z inflacją, a świat zaczyna straszyć deflacja
To straszne słowo na "d" coraz częściej pojawia się w obrocie gospodarczym. I straszy. Bo zjawisko, które opisuje, napędza staczanie się gospodarki po równi pochyłej i to z solidnym przyspieszeniem. Czym jest deflacja i dlaczego nie ma się co cieszyć ze spadku cen? Ale zanim o deflacji, dla równowagi historia pompowania zysku. Czyli kto i jak bardzo nas skubie na każdym baku paliwa.
Polskie stacje benzynowe mają rekordowe marże. To znaczy, że zarabiają na tankujących rekordowo dużo. Ile? O tym powiemy za chwilę, ale najpierw rzecz ważniejsza, bo pod tym komunikatem o astronomicznych marżach, wydanym przez analityków rynku paliwowego kryje się większa prawda. Jedna jej część dotyczy spraw światowych, druga, spraw krajowych.
Po pierwsze ceny ropy na światowych rynkach są coraz niższe, bo surowiec tanieje nieprzerwanie od prawie dwóch miesięcy. To najdłuższy czas ciągłych spadków od pięciu lat. Dłuższy nawet niż w czasach pandemii, gdy benzyna taniała, bo ludzie byli zamknięci w domach i nie korzystali z samochodów. Zamknięte przez lockdowny były też całe gospodarki.
Dzisiaj cena ropy spada, bo największe gospodarki na świecie hamują. Na przykład Europa, którą czeka nieuchronna recesja, prawdopodobnie przez cały przyszły rok. W coraz gorszej kondycji są też Chiny, o czym opowiemy dalej. Import ropy naftowej w listopadzie spadł tam o 9 proc., a w Indiach zużycie paliwa spadło po kilku miesiącach wzrostu. Handlujący surowcem nie mają złudzeń, świat nie będzie potrzebować coraz więcej ropy, więc cena spada. Tak bardzo, że utrzymująca się z wydobycia Rosja rozgląda się za sposobami jej podniesienia.
Po drugie, inflację karmi sytuacja na polskim rynku paliwowym. Największym dostawcą hurtowym paliw w Polsce jest Orlen, państwowa spółka z zarządem mianowanym przez polityków. Ten sam Orlen, który przed wyborami zadbał o to, by cena benzyny spadła poniżej 6 złotych za litr. Pomimo że w tym samym czasie ropa na świecie drożała. I teraz o tym, o ile mogłoby być taniej. Czyli jaka część ceny to zysk sprzedawców. W przypadku benzyny to 45-50 groszy na litrze i około 30 groszy na litrze oleju napędowego. Przeciętnie w ciągu roku, zysk wynosił odpowiednio 14 i 10 gr na litrze, a to znaczy, że stacje benzynowe zarabiają dzisiaj na paliwach trzy razy więcej niż średnio wcześniej i to będzie miało wpływ na inflację. Po wcześniejszych przedwyborczych spadkach sytuacja jest dzisiaj odwrotna. Ale trzymanie wysokich cen, to nie jest specjalność wyłącznie polska.
To nie wszystko, co mamy dla Ciebie w TOK FM Premium. Spróbuj, posłuchaj i skorzystaj ze specjalnej oferty. Wejdź tutaj, by znaleźć szczegóły >>
Za oceanem politycy otwarcie występują do firm produkujących dobra konsumenckie. Ceny surowców i półproduktów spadają, dlaczego zatem nie spadają ceny na sklepowych półkach? Administracja waszyngtońska toczy z zawyżaniem cen otwartą wojnę. Bo drożyzna zestawiona z niskimi płacami to konsumencka bieda. Płytkie portfele osłabiają gospodarkę, a za wciąż wysokie ceny w oczach opinii publicznej odpowiada rządząca w Białym Domu ekipa Demokratów. Szczególnie gdy chodzi o ceny benzyny w czasie przed wyborami, bo Amerykanie w przyszłym roku będą wybierać prezydenta. Więc sprawa krajowego wydobycia ropy naftowej i cen na stacjach benzynowych w kraju, największym rynku paliwowym na świecie, to sprawa wagi narodowej. Ale nie chodzi tu tylko o koszty tankowania. Amerykańscy konsumenci mają znacznie więcej problemów. Płacą rekordowe hipoteki, rekordowo wysokie raty samochodowe, rekordowo dużo wydają na żywność i na utrzymanie domów. Na całą resztę w portfelach zostaje niewiele lub nic.
Po inflacji czas na deflację?
Szefowie największych sieci detalicznych biją więc na alarm. W końcówce roku konsumencki zapał do wydawania pieniędzy osłabł wyjątkowo szybko. Ekonomiści zachodzą w głowę, dlaczego tak się stało. Na razie zaś konsumentów do zakupów przekonuje wyłącznie bardzo niska cena. Bardzo możliwe, że zmienią swoje zwyczaje na stałe, odwrócą się od wszystkiego, co nie leży na najniższej półce cenowej. A to katastrofa dla handlu i widmo — tu pojawia się straszne to słowo na "d". Widmo deflacji.
Bo deflacja straszy, ale nie wszystkich jednakowo mocno. Zanim powiemy kto się jej boi najbardziej, najpierw krótkie wyjaśnienie czym jest. Deflacja jest odwrotnością inflacji. Czyli spadkiem cen. Dla części ekonomistów jest zjawiskiem znanym i trwałym, w gospodarce niektóre ceny spadają systematycznie, bo spadają koszty, na przykład w związku z postępem. Gorzej, gdy rzecz dotyczy usług. A zwłaszcza, gdy cena tych usług jest zależna wyłącznie od czynników krajowych, bo taka deflacja oznacza jedno: mimo iż jest taniej i taniej, chętnych brak. A to prowadzi do zwijania biznesów, bo po co je prowadzić, skoro nie można się z nich utrzymać. Oraz do biedy w budżetach publicznych, bo niższe ceny to niższe podatki pośrednie. Mniej zarabiają nie tylko poszczególne biznesy, ale całe państwa. Zarząd jednej z największych amerykańskich sieci dyskontowych Dollar Tree mówi otwarcie: deflację już widać w cenach hurtowych towarów, które nie są niezbędne do życia. Zapowiada, że część tej deflacji 'przerzuci na klienta'. Czyli: obniży ceny. I jednocześnie uspokaja: deflację widać w jednej kategorii, cała ważniejsza dla handlu reszta ma się dobrze: czytaj — drożeje.
Branża filmowa walczy z inflacją. Oglądanie seriali na kanapie jest coraz droższe
I teraz anonsowane już Chiny i deflacyjny ból głowy, bo chińska gospodarka już ma problem, przed którym dopiero drżą ekonomiści na całym świecie. Wskaźnik inflacji w listopadzie wynosił rocznie minus pół procent. To największy spadek cen od czasu pandemii, bo miesiąc wcześniej było to ponad dwa razy mniej. A to z kolei oznacza przyspieszenie deflacji i może być wyrokiem śmierci na chińską gospodarkę. Dlatego na front walki ze spadającymi cenami Chiny rzuciły dodatkowe siły. Ten front otworzył się w chińskiej gospodarce z początkiem roku. Zamarła wtedy branża mieszkaniowa, konsumenci zaczęli trzymać się za kieszenie. Zaczęły spadać ceny żywności, w tym wieprzowiny aż o jedną trzecią. To wszystko znaczy, że gospodarka ma się źle, a dowodem na to jest rozkręcająca się spirala deflacyjna, która nakłada na zadłużone firmy dodatkowy ciężar, bo koszty kredytu są wysokie, a przymus obniżania cen obcina zysk. Firmy tną więc wynagrodzenia, pracownicy-konsumenci muszą mocniej oszczędzać i rezygnują z zakupów. Więc znów trzeba obniżać ceny, by cokolwiek sprzedawać. I pętla się zacieśnia.
W podsumowaniu przykład krajowy. Czyli chleb nasz powszedni. Jak wyliczył serwis dlahandlu.pl, chleb kosztował w listopadzie około 7,50 zł za kilogram. I było to najwięcej w historii pomiaru, czyli od 15 lat. Producenci przekonują, że ceny rosną, bo podrożało zboże na mąkę, energia do wypieku, praca ludzka oraz transport. A teraz druga strona tej samej monety. Jak wyliczył zespół analityków Alior Banku, w pierwszej połowie roku branża produkcji pieczywa osiągnęła... rekordowe w historii zyski! I zarabiała średnio na bochenku chleba aż 18 proc. . Czy to w ogóle możliwe w ciężkich czasach? Możliwe, bo spadła cena surowca — zboże jest dwa razy tańsze niż w cenowym szczycie. A chleb nie potaniał. Jednocześnie pieczywo kupić trzeba, trudno je zastąpić, bo jeść trzeba.
I na koniec cytat z klasyka: skoro coś rośnie, to potem musi spadać. Pytanie, jak szybko i z jakim hukiem. I komu spadochron nie zdąży się otworzyć.