Za ile bilety na wakacje? To ostatni moment, żeby coś zaoszczędzić
Branża lotnicza wróci w tym roku do równowagi po pandemicznym tąpnięciu - zarówno jeśli chodzi o liczbę lotów, jak i liczbę pasażerów. Na pokłady samolotów ma wsiąść 4 miliardy 700 milionów pasażerów - a to już więcej niż w przedpandemicznym roku 2019. Światowy przewoźnicy zamierzają wykonać 40 milionów lotów - i to też więcej niż przed pandemią. Jednocześnie na świecie wygasły już "podróże zemsty" - kiedy lecieliśmy gdziekolwiek, za jakiekolwiek pieniądze, żeby powetować sobie czas pandemicznego zamknięcia w domach. Skutecznie takie podróże zatrzymała wysoka inflacja. Nie w głowie były nam wyjazdy, kiedy był problem z rosnącymi cenami w sklepach i wyższymi ratami kredytów. Przy wysokiej inflacji, drogiej ropie naftowej i żeby odrobić pandemiczne straty, także linie lotnicze chciały zarobić więcej - stąd ubiegłoroczny wzrost cen biletów. Duży i zauważalny wzrost.
Firma konsultingowa FCM podaje przykłady najpopularniejszych tras lotniczych na świecie i skalę wzrostów cen biletów. Z Frankfurtu do Madrytu bilety w ubiegłym roku były droższe o 15 procent niż w 2019, z Londynu do Madrytu - o ponad 20. Na trasach z Frankfurtu i Londynu do Nowego Jorku bilety zdrożały o 14-17 procent. Z Londynu do Bombaju i do Dubaju - było o 1/4 drożej - i na tych trasach odnotowano największy skok cen. Tak było, a jak będzie?
I tu kluczowa informacja dla wybierających się w tym roku w podróż: nie powinno być drożej, a może być nawet trochę taniej. Prognozy wahają się od 3-4 procentowego wzrostu cen biletów lotniczych do nawet niewielkiego, ale zawsze, jednoprocentowego spadku. Średnio w skali światowej. A na poszczególnych rynkach?
Za ile bilety na wakacje?
Nas najbardziej zapewne interesuje Europa. I tu mamy akurat dobre wieści, bo średnia cena biletu ma spaść o ponad 2 procent. Może wydawać się niewiele, ale zawsze to niższa cena. Podobny spadek ma być obserwowany także w Azji i Ameryce Południowej - wylicza światowa firma zajmująca się organizacją podróży BCD Travel.
Jest jeszcze jeden element, na który linie lotnicze patrzą z nadzieją. To oczekiwane w tym roku odbicie w podróżach służbowych. O ile loty turystyczne po pandemii już wróciły do normalności, o tyle loty służbowe wciąż jeszcze nie, bo ciągle zastępują je zdalne metody komunikacji w biznesie. A podróże służbowe to dla przewoźników żyła złota. Firmy nie patrzą na najniższe ceny i nie przeczesują internetu w poszukiwaniu najniższych taryf. A do tego latają klasą biznes, a więc z takich podróżnych pieniądze płyną do przewoźników szerokim strumieniem. Nadzieja dla linii lotniczych jest tym większa, że szacuje się, że w tym roku światowe firmy na podróże swoich pracowników wydadzą 1,5 biliona dolarów - dobrze słyszycie, biliona. I to oznacza, że ten segment wróci do przedpandemicznych poziomów, a nawet je trochę przewyższy. Klasa biznes w samolotach znów się zapełni.
Branża lotnicza w Nowy Rok wchodzi w całkiem niezłych nastrojach i liczy, że na czysto zarobi ponad 25 miliardów dolarów. Bo ropa naftowa nie drożeje, a samoloty mają latać niemal pełne; współczynnik wykupionych foteli na danym rejsie ma w tym roku przekroczyć 80 procent. Dla pasażerów oznacza to jedno: znów będzie ciaśniej.
Wracamy więc do pytania, które interesuje nas wszystkich najbardziej: o ceny. Choć - jak wylicza Międzynarodowe Stowarzyszenie Przewoźników Lotniczych, z każdego kupionego przez nas biletu linie lotnicze na czysto zarobią 5,5 dolara - tyle ile kosztuje kawa w londyńskim Starbucksie - jak mówi obrazowo szef stowarzyszenia, to wystrzał cen taki jak w ubiegłym roku już w tym nie powinien się powtórzyć. Oczywiście, nie ma co liczyć, że na wakacje do Hiszpanii i Grecji polecimy za 300-400 złotych, bo w sezonie wakacyjnym znów będzie drogo, to w końcu żniwa dla linii lotniczych, ale nie powinno być drożej niż w ubiegłym roku. I teraz najważniejsze: z analizy aplikacji turystycznej Hopper wynika, że właśnie teraz, w styczniu, najlepiej myśleć o tegorocznych wyjazdach, bo styczeń jest najtańszym miesiącem na zakup biletów na resztę roku.