W tym kraju dziecko to dobry interes. W Polsce można o tym tylko pomarzyć
Największe polskie miasta wciąż mają wolne miejsca w żłobkach. W ostatnich latach placówek przybywa, ale ubywa dzieci. A pomysłów na rozwiązanie tego problemu - brak. Inaczej niż w Korei Południowej, gdzie sprawy w swoje ręce wzięli przedsiębiorcy.
Z tego artykułu dowiesz się:
- Jak w Polsce rośnie liczba żłobków?
- Jak w tym samym czasie spada liczba narodzin?
- Jak z problemem niskiej dzietności radzą sobie w Korei Południowej?
Najpierw polska żłobkowa ziemia obiecana. Kolejne rządy za punkt honoru stawiały sobie wybudowanie żłobka w każdej gminie. Finał tego wysiłku widzimy dzisiaj, bo 20 lat temu żłobków mieliśmy w Polsce mniej więcej 400, pięć lat później było ich blisko 1,5 tysiąca, a według najnowszych dostępnych danych mamy ich kolejne trzy razy więcej, czyli 4,5 tysiąca. Zmieści się w nich prawie 200 tysięcy dzieci. Wraz z innymi formami opieki jak kluby dziecięce, opiekunowie dzienni to już ćwierć miliona. W ciągu ostatnich 20 lat podążając drogą sukcesu pomnożyliśmy żłobki razy dziesięć.
Kto do żłobków będzie chodzić?
Ale jak zawsze jest też druga strona medalu. Żłobków przybywa nam równie szybko, jak szybko... ubywa nam dzieci. W ubiegłym roku urodziło się w Polsce 250 tysięcy dzieci, w tym dzieci migrantów. Narodzin było dokładnie tyle, ile miejsc w żłobkach. Co znaczy, że dla każdego obywatela do 3 roku życia znajdzie się miejsce w placówce, która zajmuje się najmłodszymi, gdy rodzice pracują.
Sytuacja jest tak dobra, że otwierający kolejne żłobki samorządowcy mówią wprost - więcej nam nie trzeba. Jest tak dobrze, że aż nie ma się z czego cieszyć. Bo są miejscowości na polskiej mapie, gdzie w ubiegłym roku nie urodziło się ani jedno dziecko.
Wskaźnik dzietności w Polsce jest najniższy w historii i wynosi niewiele ponad jeden. Dla porównania np. Izrael cieszy się wskaźnikiem prawie 3 razy wyższym. Co znaczy rekordowo niski wskaźnik dzietności? Znaczy tyle, że z każdego pokolenia zostanie w przyszłości pół. Milion osób połączonych w pary doczeka się niewiele ponad 500 tysięcy dzieci, czyli jedno na parę. I potem tylko ćwierć miliona wnuków. Połówka pociechy na każdą parę dziadków. Czy jest na to jakieś rozwiązanie?
W tym kraju stawiają na pieniądze
Korea Południowa ma najniższy na świecie wskaźnik dzietności. Tak niski, że za pół wieku Koreańczyków będzie o jedną trzecią mniej niż dzisiaj. Koreańskie społeczeństwo jest jednym z najstarszych na świecie, co piąty mieszkaniec ma więcej niż 65 lat. A najmniejsza grupa obywateli to dzieci poniżej 6-go roku życia. I dlatego młodzi Koreańczycy dostają comiesięczny zasiłek na dzieci, premię za narodziny i za zawarcie małżeństwa, ulgi na mieszkanie, skrócone godziny pracy, prawo do dodatkowych zajęć pozaszkolnych dla dzieci. W Seulu, gdzie jest ich najmniej, władze miasta urządzają randki w ciemno dla singli i fundują im kolacje z szampanem. Wszystko na nic. Choć w ostatnim roku w dziedzinie dzieci coś drgnęło, to eksperci uważają, że to drgnięcie chwilowe.
Dlatego do akcji wkroczyły prywatne południowokoreańskie firmy, w tym jedna z największych w kraju firm budowlanych. Która zdumiała swoich pracowników programem wsparcia dla rodziców. 70 tysięcy dolarów za każde nowo narodzone dziecko, plus tyle samo dla tych, którzy mają dzieci poniżej 3 roku życia. Program wystartował rok temu i od tego czasu załoga systematycznie powiększa rodziny. Rekordziści z dwójką małych dzieci i trzecim w drodze zainkasują ponad 200 tysięcy dolarów w gotówce. Czy program wypalił? W ciągu roku w firmie urodziło się o jedną piątą więcej dzieci niż zwykle. Jej program stał się tak głośny, że po pracę w kolejce stoją utalentowani i najlepiej wykształceni Koreańczycy. Także ci, którzy pracowali dla konkurencji.
Za budowlańcami poszli inni. Jedna z firm informatycznych oferuje za każde nowe dziecko 40 tysięcy dolarów od ręki i kolejne 30 tysięcy w ratach do 8-go roku życia. W swojej siedzibie urządziła przedszkole, a na dachu plac zabaw. Jaki z tego ma zysk? W krótszej perspektywie to załoga mocniej związana z firmą, mniejsza rotacja pracowników i ich szczera motywacja do pracy. W dłuższej - prowadzenie biznesu w kraju, w którym nie ma dzieci, jest dużo kosztowniejsze niż w kraju, w którym dzieci są.