,
Obserwuj
Kultura

Hollywood "bije pokłony" przed Chinami? "Dyrektor Disneya posypał głowę popiołem"

oprac. Katarzyna Rogowska tokfm.pl
6 min. czytania
07.12.2025 20:12

"Spośród niemalże miliarda kamer do monitoringu funkcjonujących na świecie połowa jest zainstalowana w Chinach, a napędzają je najbardziej na świecie zaawansowana sztuczna inteligencja oraz oprogramowanie do rozpoznawania twarzy. Zdaniem partii obecne w państwie kamery są w stanie zidentyfikować w ciągu sekundy każdego spośród miliarda czterystu milionów Chińczyków" - pisze Tom Cotton w książce "Siedem rzeczy, których nie wolno powiedzieć o Chinach".

Xi Jinping
Xi Jinping
fot. YAN YAN / XINHUA / XINHUA VIA AFP

Poniższy fragment pochodzi z książki pt. "Siedem rzeczy, których nie wolno powiedzieć o Chinach" autorstwa Toma Cottona w przekładzie Pawła Szadkowskiego, wydanej 19 listopada 2025 roku nakładem wydawnictwa Esprit.

Pod pewnymi względami KPCh ma dziś w swych rękach większą władzę i kontrolę niż w drugiej połowie XX wieku. Niewykluczone, że Xi jest jeszcze potężniejszy od Mao, który nie mógł nawet śnić o zaawansowanych narzędziach technologicznych, jakimi dziś dysponuje KPCh. Oczy i uszy partii są wszędzie, wiecznie śledząc i podsłuchując największe zagrożenie dla swej władzy: lud chiński.

Chiny znacząco zwiększyły nakłady na wojskowość, a mimo to rząd nadal wydaje tyle samo pieniędzy na kontrolę społeczeństwa co na armię. Ramię w ramię z rządami regionalnymi i lokalnymi partia zbudowała państwo policyjne rodem z kart powieści George’a Orwella Rok 1984. Aktualnie porządku na ulicach Chin pilnują dwa miliony funkcjonariuszy policji, w czym wspomaga ich około trzech i pół miliona prywatnych funkcjonariuszy bezpieczeństwa oraz sześćset sześćdziesiąt tysięcy żołnierzy z paramilitarnych oddziałów Ludowej Policji Zbrojnej.

Państwo policyjne ma przed oczami jeden, niezmienny dla komunistów cel: pełną kontrolę. Każdy funkcjonariusz policji składa przysięgę, że będzie "stanowczo bronił niekwestionowanego przywództwa KPCh". Z kolei jednym z zadań Chińskiej Armii Ludowo- Wyzwoleńczej [ChALW] jest "umacnianie przywództwa KPCh oraz systemu socjalistycznego". Xi Jinping określił swe służby bezpieczeństwa jako "rękojeść noża" w sprawowaniu kontroli nad państwem - przy czym to partia dzierży rękojeść, a ostrze skierowane jest na gardło ludu chińskiego.

Gdy przeciętni Chińczyk czy Chinka spacerują po mieście lub wracają z pracy, mijają nie tylko policjantów, ale też i wszechobecne kamery. Spośród niemalże miliarda kamer do monitoringu funkcjonujących na świecie połowa jest zainstalowana w Chinach, a napędzają je najbardziej na świecie zaawansowana sztuczna inteligencja oraz oprogramowanie do rozpoznawania twarzy. Zdaniem partii obecne w państwie kamery są w stanie zidentyfikować w ciągu sekundy każdego spośród miliarda czterystu milionów Chińczyków.

Przed światem rzeczywistym nie sposób też uciec w świat wirtualny, jako że partia komunistyczna w pełni zdominowała cyberprzestrzeń. Przez lata budowała tak zwaną The Great Firewall [Wielką Zaporę Sieciową], aby osiągnąć cel, jakim był "bezpieczny i poddany kontroli internet". Do ochrony swej zapory partia oddelegowała ponad dwa miliony cyfrowych cenzorów. Armia ta usuwa miliardy postów niezgodnych z ideologią komunistyczną. Po tym, jak partia usunęła limit kadencji na stanowisku przewodniczącego, zapewniając w ten sposób Xi dożywotnie rządy, cenzorzy zabronili publikowania frazy "nie zgadzam się". Za każdym razem, jak zbliża się rocznica masakry na placu Tiananmen, cenzorzy dodają do listy zakazanych słów zwroty "tamtego roku" oraz "tamtego dnia", a także blokują wzmianki o "4 czerwca". Partia może nawet monitorować prywatne rozmowy w takich aplikacjach jak WeChat i automatycznie usuwać lub zmieniać słowa bez informowania o tym nadawcy.

Jakiekolwiek słowa krytyki, publikowane w sieci lub na papierze, mogą sprowadzić na obywatela Chin zwolnienie, zastraszanie lub karę więzienia. W obliczu tej nieustającej presji pisarze oraz przejęci aktywiści nie tylko podlegają cenzurze ze strony państwa, ale i dokonują autocenzury. Nagradzany chiński autor, Murong Xuecun, tak mówił o swoim pisarstwie: "Jestem zapobiegawczym eunuchem, kastruję się sam, jeszcze zanim chirurg zdąży wznieść swój skalpel". Jednak nawet i taka postawa go nie uchroniła: ostatecznie musiał uciec z Chin.

Jeśli ktoś zapomni swego miejsca w szeregu, partia nie musi wszczynać długiego dochodzenia - prawo chińskie celowo spisano w niejednoznaczny sposób, aby dusić w zarodku sprzeciw i uczynić z każdego potencjalnego przestępcę. Z kolei przy odsetku skazań na poziomie 99,9 procent można być pewnym, że kara zostanie wymierzona.

Tyle, że jeśli partia chce zrujnować komuś życie, wcale nie musi go aresztować czy wtrącać do więzienia. Rządzący wymyślili znacznie bardziej przerażającą formę kontroli, tak zwany system kredytu społecznego [lub też zaufania społecznego]. Podczas gdy w Stanach Zjednoczonych wiarygodność kredytowa mierzy nasze zdolności finansowe, system kredytowy w Chinach określa polityczne oddanie mieszkańców. Mało tego - niski wskaźnik zaufania społecznego wpływa na zdolność danej osoby do uzyskania pożyczki, zdobycia pracy, kupna biletów na pociąg czy odbywania podróży zagranicznych. Tylko w 2019 roku partia zablokowała sprzedaż przynajmniej trzydziestu milionów biletów samolotowych oraz na kolej dużych prędkości dokonywanych przez klientów indywidualnych o niskim wyniku zaufania społecznego.

Orwell przyrównywał rząd totalitarny do "buciora miażdżącego ludzką twarz. Wiecznie". W przypadku komunistycznych Chin należałoby mówić raczej o "aplikacji smartfonowej skanującej twoją twarz. Wiecznie". I choć wszyscy mieszkańcy Chin żyją w ramach tego państwa policyjnego, niektóre dyskryminowane grupy mierzą się z jeszcze okrutniejszym traktowaniem.

"Siedem rzeczy, których nie można powiedzieć o Chinach", Tom Cotton
fot.

Esprit

***

Zacznijmy może od Hollywood i jego nagminnego bicia pokłonów przed Chinami, które stłumiły głos biegnący od najpopularniejszej amerykańskiej formy sztuki i zmusiły do posłuszeństwa aktorów, reżyserów i producentów. W efekcie Hollywood już od ponad dwudziestu lat nie wypuściło filmu, w którym to Chińczyk byłby ukazany jako złoczyńca.

Komunistyczna Partia Chin przypuściła udany szturm na Hollywood już w 1997 roku. To właśnie wówczas Sony Pictures wyprodukowało Siedem lat w Tybecie z Bradem Pittem w roli głównej, a Disney - wyreżyserowany przez Martina Scorsese Kundun. Oba tytuły były krytyczne wobec ludobójstwa, jakiego Chiny dopuszczały się w Tybecie, i ukazywały Dalajlamę w przychylnym świetle. Chiny wpadły we wściekłość i w odpowiedzi zabroniły Disneyowi oraz wytwórni Columbia Tristar, będącej własnością Sony, pokazów w Chinach, obłożyły Scorsese i Pitta zakazem wjazdu do Chin, a także zagroziły wydaleniem z kraju wszystkich pracowników Sony. Zamiast stanąć w obronie swoich filmów i zasad, jakimi podobno się kierowały, obie firmy ustąpiły. Disney mocno ograniczył pokazy premierowe filmu Kundun i ostatecznie trafił on do jedynie dwóch kin w pierwszy dzień świąt Bożego Narodzenia. Dyrektor generalny Disneya, Michael Eisner, poleciał do Pekinu, gdzie pokornie posypał głowę popiołem, określając film mianem "głupiego błędu". Sony chciało kupić sobie przebaczenie poprzez lobbowanie w sprawie przyjęcia Chin do Światowej Organizacji Pracy oraz podlizywanie się chińskim urzędnikom licznymi podarkami.

Redakcja poleca

Te akty samoponiżenia zapewniły Disneyowi i Sony przebaczenie ze strony Chin, a samym Chinom miliardy dolarów w postaci inwestycji prowadzonych przez obie firmy - precedens został jednak ustanowiony. Partia udowodniła, że jest gotowa przywołać do porządku największe wytwórnie z Hollywood, które przekroczą wyznaczone przez nią granice. Wówczas to KPCh weszła Hollywood na głowę i od tamtej pory sprawuje ścisłą kontrolę nad tym, jakie filmy mogą pojawiać się na ogromnym i dochodowym rynku filmowym w Chinach. Chińczycy są także w stanie zagrozić bezpieczeństwu aktywów wytwórni amerykańskich na swoim terenie, na przykład parkom atrakcji Disneya w Szanghaju i Hongkongu.

Dzieje oraz jawne skutki tego "posłuszeństwa prewencyjnego" ukazał Erich Schwartzel w pracy Red Carpet: Hollywood, China, and the Global Battle for Cultural Supremacy [Czerwony dywan. Hollywood, Chiny oraz globalna walka o dominację nad kulturą]. Współcześnie cenzorzy chińscy w zasadzie już nie muszą okrajać filmów, gdyż amerykańscy filmowcy robią to za nich. Projekty, w których pojawiają się nawet najmniejsze przytyki w kierunku Chin, rzadko kiedy wychodzą poza fazę planowania.

Niemniej jednak od czasu do czasu i takie produkcje ujrzą światło dzienne, a skutki tego są tyleż wymowne, co komediowe. Weźmy na przykład wypuszczony przez MGM w 2012 roku film Czerwony świt, będący remakiem zimnowojennego klasyka o tym samym tytule z 1984 roku. W pierwowzorze bohaterscy nastolatkowie amerykańscy walczą w obronie swej społeczności i kraju w obliczu inwazji rosyjskiej. W remake’u młodzi Amerykanie odpierają najazd Chińczyków - a przynajmniej tak było do czasu, aż do akcji nie wkroczyło kierownictwo MGM. Obawiając się reakcji Chin, wytwórnia cyfrowo podmieniła flagi i oznaki stopni wojskowych i zamiast Chińczyków za złych najeźdźców robiła Korea Północna. No proszę, kto by pomyślał, że zubożały i zagłodzony naród liczący zaledwie dwadzieścia pięć milionów ludzi byłby w stanie podbić znaczną część Stanów Zjednoczonych przy pomocy swej floty rybackich łupinek? Cóż, w oczach hollywoodzkich producentów to jak najbardziej możliwe, o ile pomaga w robieniu interesów z komunistycznymi Chinami.

Na tym oczywiście nie koniec. W 2013 roku producenci filmu World War Z zmienili miejsce wybuchu epidemii zombie z Chin (jak to było opisane w książce o tym samym tytule) na Koreę Północną. Przecież to niemożliwe, że globalna pandemia mogłaby rozpocząć się w Chinach, prawda?

W kasowym hicie Marvela Doctor Strange brytyjska aktorka Tilda Swinton wciela się w rolę Starożytnej, która na kartach komiksu jest z pochodzenia Tybetanką, zaś w filmie już nie. Jeden ze scenarzystów decyzję o ocenzurowaniu postaci tłumaczył w następujący sposób: "Jeśli przyznamy odrębność Tybetowi, a z bohatera uczynimy Tybetańczyka, możemy w ten sposób zrazić do siebie miliard ludzi […] i ryzykujemy, że rząd Chin powie coś w stylu: «Hej, kojarzycie kraj o jednej z największych widowni kinowych na świecie? Nie zamierzamy w nim puścić waszego filmu, bo weszliście na obszar polityki»". Tak jakby autocenzura nie była decyzją "polityczną". Marvel znajduje się, jakżeby inaczej, w rękach Disneya. (...)

Posłuchaj: