Zaszła w ciążę z księdzem. "To był moment zwrotny w moim życiu" [FRAGMENT KSIĄŻKI]
Poniższy fragment pochodzi z książki pt. 'Połamany celibat' autorstwa Moniki Białkowskiej, która ukaże się 26 marca 2025 roku nakładem wydawnictwa Znak.
Zawsze chciałam mieć dużą rodzinę. Marzyłam o mężu, dzieciach. Instynkt macierzyński miałam bardzo mocno rozwinięty. Nie wyobrażałam sobie wręcz, żeby nie mieć dziecka. Przez kilka lat naszych spotkań nie zachodziłam w ciążę. Po kilku latach to się stało. Nie byłam już najmłodsza, ale to był moment zwrotny w moim życiu. Po raz pierwszy nie czułam się samotna. Wcześniej codziennie modliłam się do Boga, żeby już mnie zabrał z tego świata, tak było mi ciężko. Kiedy zorientowałam się, że jestem w ciąży, przestałam się tak modlić. Wiedziałam, że komuś będę potrzebna.
Nie wiem, co on myślał, kiedy dowiedział się, że jestem w ciąży. Może się zastanawiał, co dalej robić? Ale nie zrobił nic. W ogóle o tym nie rozmawialiśmy. Wybrał jednak, że jego życie będzie podwójne. Czy się cieszył dzieckiem, czy martwił? Wydaje mi się, że miał mieszane uczucia. A ja nie mogłam być w pełni szczęśliwa nawet wtedy, kiedy mówił, że mnie kocha. Bo wiedziałam, że to wciąż nie jest tak, jak Bóg by chciał.
Kiedy urodziłam, zrozumiałam, że nie możemy więcej współżyć. Wydawało mi się, że bardzo źle by było, gdyby pojawiło się drugie dziecko. Miałam wtedy mądrego kierownika duchowego, który powoli wyprowadzał mnie z tej bliskości z nim. Chciałam, żeby pozostała tylko czułość i ciepło, ale po dwóch, trzech latach zaczęliśmy się od siebie oddalać. Nie było bliskości fizycznej. Nie rozmawialiśmy też o tym, co czujemy, jakby on się bał, że jest za słaby, żeby wiedzieć, co tkwi we mnie.
Dziecko bardzo kochał i nadal je kocha. Kiedy było małe, przychodził codziennie po południu. Ludzie oczywiście wiedzieli i to też było dla mnie trudne, że byłam dla nich źródłem zgorszenia. Ktoś się nawet odgrażał, że pojedzie do kurii ze skargą na mnie. Chciałam uciec, przeprowadziłam się.
Jego mama dowiedziała się, że ma wnuczkę, kiedy mała miała trzy lata. Ona się wtedy przeprowadziła niedaleko mnie i pomagała mi, kiedy kończyłam studia. Nie cierpiała mnie, mówiła mi, że od początku się jej nie podobałam. Potrafiła powiedzieć, że jestem złą matką. Nie umiała mi wybaczyć tego, że uwiodłam jej syna, bo w ten sposób to widziała. Ale opiekowała się moją córką. Teraz nie mamy już kontaktu.
Najtrudniejsze dla mnie było zawsze udawanie. Od samego początku. Dbanie o to, żeby jak najmniej ludzi wiedziało, żeby się przypadkiem w jakiejś rozmowie nie wygadać. Żeby się nikt nie domyślił. Cały czas miałam świadomość, że dźwigam tajemnicę, o której nie mogę powiedzieć nikomu. Ode mnie wiedziały tylko dwie albo trzy koleżanki. Ale plotkowali wszyscy, chociaż ja próbowałam tego nie widzieć.
Z tego, co mu zbywało
On jako ksiądz miał swoje obowiązki. Poświęcał mi czas tylko z tego, co jemu zbywało. Właściwie przez wszystkie lata było tak, że ja na niego czekałam, aż znajdzie jakąś chwilę. Jedyne, czego doświadczałam od niego przez te lata, to obcość. Rozmawialiśmy tylko o rzeczach oficjalnych. O tym, co jest do załatwienia, jeśli chodzi o dziecko. A przecież nie wymagało wielkiego wysiłku, żeby choć jednym słowem okazać mi odrobinę ciepła. Żeby choć raz powiedzieć, że coś zrobiłam dobrze. Żeby choć raz być dla mnie po prostu miłym. Nigdy tego nie doświadczałam.
Kiedy córka miała z osiem czy dziewięć lat, zwróciła uwagę, że nasza relacja jest jakaś inna. Widziała nas czasem razem, ale widziała też, że on nie okazuje mi żadnych uczuć. Powiedziała mi wtedy, że tata nie kocha mnie tak, jak powinien mnie kochać. To było dla mnie poniżające, że musiałam z nim o tym porozmawiać. Musiałam go prosić, żeby choć udawał odrobinę czułości, ze względu na dziecko. Dwa takie podejścia miałam, a on za każdym razem odpowiadał, że nie chce ze mną na ten temat rozmawiać. Teraz zdaję sobie sprawę, że to właśnie wtedy nastąpił koniec jakiejkolwiek relacji między nami. Nie można utrzymywać relacji, jeśli się nie chce rozmawiać.
Owszem, było dla mnie ważne, że mogłam przystępować do komunii. Ale też czułam się odrzucona i dusiłam to wszystko w sobie. Zawsze pocieszałam się tym, że mam dziecko. To było dla mnie bardzo ważne. I całe jego wychowanie wzięłam na siebie. On trochę pomagał finansowo, tak że najpierw wystarczało na przedszkole, potem na jakieś lekcje dodatkowe. Ale nawet kiedy robiło się trudniej, byłam na tyle dumna, że nigdy go o nic nie poprosiłam. Wiedziałam, że nie chciał tego dziecka. Więc to był tylko mój problem.
Córce chciałam powiedzieć jak najszybciej, kto jest jej tatą. Uważałam, że prawda jest dla dziecka ważna. On mówił, że nie, że może dopiero po Pierwszej Komunii, ale ja zrobiłam to wcześniej. Przyjęła to spokojnie, choć to też nie jest dla niej łatwe. Dziś jest dorosła. Kocha ojca, bo on okazywał jej naprawdę wiele miłości.
On zbawia świat
Pamiętam jeden moment, w którym zauważyłam, jak córka mocno przeżywa całą tę sytuację. Wcześniej nie przypuszczałam, że to jest dla niej aż tak trudne. Wychodziła czasem z ojcem na spacery, lubili chodzić po lesie. Raz po takim spacerze podszedł do niej jakiś mężczyzna i zapytał, czy to czasem nie był ksiądz, bo on go chyba zna. I zapytał, kim on jest dla niej.
To się wydaje niewinne, ale córka wróciła do domu i jeszcze w przedpokoju straszliwie się rozpłakała. Do tamtej chwili nie zdawałam sobie sprawy z tego, że ona też przez tę sytuację została bardzo zraniona. Córka jest dziś dorosła, wyjechała, mieszka daleko, ale codziennie ze sobą rozmawiamy.
Z jej ojcem przez ostatnie lata kontakt mam taki, że raz na dwa tygodnie dzwoni zapytać, co u niej. O to, co u mnie, też pyta, ale zawsze odpowiadam, że dobrze. Myślę, że tak naprawdę nie chce tego wiedzieć. Tyle razy miałam ochotę mu powiedzieć, że jeśli chodzi o córkę, niech dzwoni do niej, nie do mnie. Oni mają ze sobą dość rzadki kontakt. Ale wiadomo, on w tej swojej pracy zbawia świat.
Czy żałuję, że w ogóle weszłam w tę relację? Nie wiem. Mam mieszane uczucia. Gdybym tego nie zrobiła, nie miałabym dziecka, a to jest dla mnie bardzo ważne. Równocześnie wiem, ile cierpienia mi to przysporzyło. Wiem, że powinnam iść na terapię, z kimś to przepracować. Ale jeszcze nie mam na to siły. Mam nadzieję, że Bóg mi pomoże, że mnie kiedyś wewnętrznie uzdrowi.
Ból tej relacji wraca do mnie codziennie. To chyba nie jest normalne. Jakiś czas temu odważyłam się i napisałam długi list. Napisałam o wszystkim, co czułam, jak przeżywałam jego oschłość, jego lekceważenie. Jak bardzo mnie to bolało. Napisał mi SMS, że koniecznie musimy porozmawiać. Odpisałam, że już nie mam siły na kontakt.
Myślę, że już jest za późno. Zdarzało się czasem, że coś powiedziałam, miałam wrażenie, że on coś zrozumiał. Przez jedno spotkanie był inny, jakby się w nim coś poruszyło. A potem wszystko wracało do normy. Myślę więc, że teraz już rozmawianie nie ma sensu. On tak został wychowany. Taki ma charakter. W takim żyje środowisku. Nic się nie zmieni.
Na studiach była z nami dziewczyna, która miała męża księdza, grekokatolika. Myślałam, że to byłoby najwspanialsze, co mogłoby mi się zdarzyć. Być na parafii, razem, dla ludzi. Dlaczego ona może, a ja nie? I dlaczego Pan Bóg daje nam pragnienia, które nie mogą być zrealizowane?
W Ruchu Światło-Życie czytałam dużo Pisma Świętego. Początkowo musiałam wkładać dużo wysiłku w to, by je zrozumieć, ale później wszystko wydawało mi się proste i oczywiste. Od pewnego czasu już nie jest oczywiste. Treści, które tam są, nie pasują do mojego życia. Bóg nie realizuje obietnic, które są tam zapisane. Tak wygląda teraz moje życie duchowe.
Czy mam do niego żal? Jest mi przykro. Chyba kochałam go za bardzo. I smutne jest to, że nam się nie udało, bo zawsze widziałam w nim wspaniałego człowieka. Teraz nie wiem, jaki jest. Nie wiem, czy w pewnym momencie nie miał depresji. Jego też to przerosło. Było za trudne dla jego psychiki. Tak mi się wydaje.
Odważyłam się opowiedzieć swoją historię jednej osobie z rodziny. Zareagowała spontanicznie, powiedziała: 'O, zjadł ciastko i ma ciastko'. Wtedy sobie uświadomiłam, że rzeczywiście. Moje życie zmieniło się całkowicie. On nie zrezygnował z niczego. Ale wciąż sobie tłumaczę, że przynajmniej mam dziecko… Zawsze starałam się go usprawiedliwić, zrozumieć. Może tak jest, kiedy się kogoś kocha. I kiedy się kocha naprawdę, to nie można przestać.
Czy z jego strony to była miłość? Nie wiem.
Czy ja go przestałam kochać? Nie. Nie. Ale nie mam już siły… Nie mam siły walczyć, nie mam o co walczyć. Relacji nie da się budować z jednej strony, jeśli druga strona pozostaje obojętna. Tyle razy próbowałam. Zawsze zwracałam się do niego delikatnie, pieszczotliwie. Kiedy jeszcze córka była mała, często mówiłam, że go kocham. Któregoś razu powiedziałam i w odpowiedzi usłyszałam ciszę. Więcej już tego nie mówiłam.
Chciałabym opowiedzieć swoją historię, żeby to, co przeżyłam, nie poszło na marne. Całe moje cierpienie ofiaruję Jezusowi. To nie jest tylko pocieszenie, naprawdę w to wierzę. I nie wiem: czy naprawdę kobieta, która urodziła dziecko księdzu, będzie potępiona? Naprawdę to jest taki ciężki grzech, że nie można go wybaczyć? Kto wie, jak Bóg będzie to oceniał? Wierzę w to, że pomimo wszystko nie przestał mnie kochać.
Posłuchaj: