,
Obserwuj
Kultura

Podjęła "najtrudniejszą decyzję". "Patrzyli na mnie jak na wyrodną matkę" [FRAGMENT KSIĄŻKI]

7 min. czytania
20.04.2025 14:59
"Alicja próbowała z nim porozmawiać, ale chłopak odwracał kota ogonem. Śmiał się, aż wreszcie wpadł w szał i zaczął okładać matkę pięściami. Sięgnął po kubek z herbatą, spojrzał z wyższością i chlusnął jej zawartością w twarz. 'No i co? Popłaczesz się? Polecisz do mamusi?', zapytał" - pisze Marta Wroniszewska w książce "Matka bez wyboru. O kobietach, które opuściły swoje dzieci".
|
|
fot. Bartlomiej Magierowski/East News

Poniższy fragment pochodzi z książki pt. 'Matka bez wyboru. O kobietach, które opuściły swoje dzieci' autorstwa Marty Wroniszewskiej, która ukaże się 7 maja 2025 roku nakładem Wydawnictwa Czarne.

(...) Alicja z przerażeniem obserwowała pranie mózgu, któremu poddawani byli jej synowie. Chłopcy stawali się drażliwi, rozchwiani, momentami agresywni. Ale przede wszystkim wierzyli w każde słowo, którym szpikował ich ojciec.

- Dzieci coraz częściej okazywały mi brak szacunku, potrafiły mnie obrażać, przedrzeźniać i być wobec mnie napastliwe, zaczepne. A co ja mogłam? Mogłam z nimi rozmawiać, tłumaczyć na spokojnie, pracować, dawać wzór właściwych zachowań. Ale jako ta słabsza, nieatakująca, byłam na straconej pozycji.

'Matka bez wyboru. O kobietach, które opuściły swoje dzieci', Marta Wroniszewska
'Matka bez wyboru. O kobietach, które opuściły swoje dzieci', Marta Wroniszewska
Wydawnictwo Czarne

Alicja przez pięć lat po rozwodzie z nikim się nie związała. Nie miała na to siły ani czasu. Zajmowała się dwojgiem rozsypanych emocjonalnie dzieci, domem, pracą. Czuła ogromną potrzebę, żeby pobyć sama ze sobą, wyciszyć się, skupić na emocjach i ułożyć sobie wszystko w głowie. Miała wspierających rodziców i przyjaciół. To jej wystarczało.

W nową relację weszła bardzo ostrożnie. Nie z samotności. Nie była już księżniczką, która potrzebuje, by zaopiekował się nią jakiś książę i wziął ją w swoje ramiona, i pod but. Była wojowniczką, która potrzebowała tych ramion, żeby odpocząć, choć przez chwilę, przed kolejną walką.

Jej nowy związek, co było do przewidzenia, uruchomił kolejną porcję wyzwisk i obelg ze strony byłego męża, zwłaszcza że chłopcy polubili nowego partnera Alicji. Ich ojciec zintensyfikował zatem działania: jeszcze bardziej podpuszczał dzieci, manipulował nimi i nastawiał je przeciwko matce. Szczuł.

Młodszy, wtedy ośmioletni syn przyznał jej się pewnego razu: "Wiesz, mamo, jak powiedziałem tacie, że wujek jest fajny, to tata mi odrzekł, żebym się zbytnio nie przywiązywał, bo on ciebie na pewno zostawi. Bo z tobą nikt nie wytrzymuje".

To był czas, kiedy każdy dźwięk telefonu, SMS-a czy choćby spojrzenie na komórkę powodowały u Alicji ogromny stres. Wibrowanie telefonu mogło oznaczać, że to kolejna pełna jadu wiadomość, wyzwiska, zastraszanie. Wyciszyła powiadomienia od byłego męża, zablokowała go w mediach społecznościowych. Ale im silniejszy ona stawiała opór, tym większej on dostawał furii.

Któregoś razu pojechała po chłopców do szkoły, ale ich tam nie zastała. Mąż nie odbierał telefonu. Zadzwoniła do teściowej. Dzieci były u niej.

- Wywlókł mnie za fraki z mieszkania teściów, przy nich i przy dzieciach. Zaczął się na mnie wydzierać, że zablokowałam go na Messengerze i mam go natychmiast odblokować, bo on musi mieć kontakt ze mną. Krzyczał: "Ty powinnaś mieć kogoś, kto cię regularnie będzie napierdalał i nastawiał na odpowiedni tor!".

Alicja zgłosiła się do instytucji, które pomagają rodzicom w sytuacjach kryzysowych, żeby zasięgnąć rady specjalisty.

Dostała pomoc psychologiczną, rozmawiała z adwokatem. Mówili jej, jak sobie radzić w takich przypadkach. To ją wzmacniało, ale nie zabezpieczało do końca. Przede wszystkim nie zabezpieczało chłopców.

Naprzemienna opieka nie wyszła. Były mąż Alicji nie dotrzymywał terminów, godzin, brał i oddawał dzieci, kiedy chciał, niekiedy znikał na całe miesiące i nie było z nim kontaktu. Innym razem nie odwoził synów do domu w ogóle. Potrafił również bez uprzedzenia odbierać dzieci ze szkoły - choć to nie był jego dzień - i wyłączać komórkę.

Po kilku latach Alicja wróciła do sądu, aby mu ograniczyć prawa rodzicielskie. Chciała zawalczyć o to, żeby zminimalizować kontakty dzieci z ojcem. Uważała, że chłopcom dobrze zrobi odcięcie od manipulatora, że się uspokoją, jeśli ukróci się przyczynę ich rozchwiania. Materiał dowodowy wystarczył, aby spotkania z ojcem zredukować do minimum.

Sędzia podczas rozprawy, po zapoznaniu się z dowodami, uznała - zgodnie z przewidywaniami Alicji - że kontakty z ojcem są dla chłopców destrukcyjne, a opinia biegłych psychologów sądowych przemawia na jego niekorzyść. Dzieci miały zamieszkać z Alicją i widywać się z ojcem dwa razy w miesiącu, w weekendy.

Były mąż na rozprawie się nie stawił, ale od tamtej pory kilka razy dziennie wysyłał Alicji SMS-y. Pisał: "Odbiorę ci dzieci". Albo: "Zniszczę cię!". "Pożałujesz!". "Dzieci nie odebrały ode mnie telefonu. Zawlokę cię, bura suko, do sądu za fraki".

Przestał płacić alimenty. Mówił, że nie będzie finansować jej zachciewajek, manicurzystek i fryzjerów. - Syn podczas wizyty dzwonił do mnie od ojca i płakał w słuchawkę: 'Mamusiu, oddaj tacie pieniądze, bo on przez ciebie nie ma na szkołę ani na klubik piłkarski. Dlaczego go okradasz?".

Pół roku później Alicja wniosła do komornika sprawę o ściągnięcie alimentów.

Chciałoby się powiedzieć: "No i się zaczęło", choć przecież zaczęło się o wiele wcześniej. Alicja do dziś ma w pamięci telefonu wiadomości od syna z tamtego okresu - emotikony ze środkowym palcem i kupą. Pisał jej, że jest jędzą, wiedźmą i najgorszą matką na świecie. Zapewniał, że woli mieszkać z kochanym tatusiem, bo jej nienawidzi. Ona go porywa i pożałuje, bo on od niej ucieknie.

- Mój były mąż mówił synom, że jak skończą trzynaście lat, to będą mogli pójść do sądu i powiedzieć, że nie chcą już mieszkać z matką. I oni ciągle to podkreślali. Dzieci, szczególnie starszy syn, były oddanymi żołnierzami w rękach byłego męża.

W Kodeksie postępowania cywilnego rzeczywiście widnieje zapis, który wyraźnie mówi o tym, że w sytuacjach rozwodowych nie wolno przesłuchiwać dzieci młodszych niż trzynastoletnie. Ma on charakter bezwzględnie obowiązujący, a zatem nie może być uchylony ani przez sąd, ani przez strony.

W praktyce oznacza to, że nawet jeśli któreś z rodziców wnioskowałoby o wysłuchanie dziecka młodszego, sąd nie wyrazi na to zgody.

W myśl innych kodeksowych postanowień dzieci w kwestiach, które ich bezpośrednio dotyczą - czyli na przykład w sprawach związanych z ustalaniem kontaktów z rodzicami, miejscem zamieszkania, a w sytuacjach skrajnych nawet z przeniesieniem do placówki opiekuńczo-wychowawczej lub rodziny zastępczej - mają prawo wyrazić przed sądem swoje stanowisko. Jednak żaden przepis nie mówi o tym, że zdanie dziecka musi być respektowane. Sąd może wydać wyrok niezgodny z wolą i oczekiwaniami dziecka. Swoją decyzję uzależnia od wielu czynników, ale zdecydowanie bierze pod uwagę zarówno istniejące możliwości, jak i charakter życzeń dziecka.

Syn Alicji przestał się uczyć, buntował się przeciwko niej, odrzucał ją, był agresywny. Zapisała go na terapię. Gdy po raz pierwszy wchodził do sali, psycholożka zapraszająco dotknęła jego ramienia. A on zwrócił się do niej podniesionym głosem: "Kim pani jest, żeby mnie dotykać? Nie będę z panią szedł. Mogę sam decydować, co będę robił". I powołał się na jakieś paragrafy.

- Skąd dziecko ma taką wiedzę? - zastanawia się Alicja.

Gdy szła do szkoły, żeby go odebrać, kopał ją, bił i wyzywał. - Jechałam na jego trening piłkarski, a on mówił ostentacyjnie: "Nie chcę cię widzieć". Uciekał ode mnie. Ludzie patrzyli na mnie jak na wyrodną matkę.

Tak samo jak tata lubił publikę.

Problemy z synem dawały o sobie znać również w szkole. Któregoś razu do spółki z kolegą zabrali jakiemuś uczniowi plecak i kolega wrzucił go do kontenera na śmieci. Ale syn Alicji uważał, że niczego nie zrobił, bo to nie on ten plecak fizycznie wrzucił do śmietnika. Nie czuł się winny.

- Zachowywał się jak ojciec. Pamiętam, jak były mąż miesiąc przed sprawą rozwodową wrócił w nocy po pijaku i wyszarpał mnie tak, że przez trzy tygodnie miałam obolałe żebra. Na moje skargi powiedział: "Poszarpałem cię, bo ci się należało. Przecież cię nie uderzyłem". Bez problemu znajdował usprawiedliwienia dla swoich czynów, przerzucał odpowiedzialność. Nigdy nie miał poczucia winy. Podobnie zachowywał się teraz mój syn.

W pewnym momencie zorientowała się, że zaczyna patrzeć na synów jak na oprawców. Małych katów, dręczycieli. Widziała w nich kopię ojca. Wyzwiska i obelgi wysypywały się z nich równie gładko. Wyśmiewanie było codziennością. Deprecjonowanie na porządku dziennym.

- Nie miałam żadnego autorytetu. Jeśli próbowałam coś na nich wymóc, zmobilizować do zrobienia czegokolwiek, do nauki, dobrego zachowania, synowie mówili, że nie i koniec. "I co mi zrobisz?", pytali. A tatuś ich wybrykom i bezczelnościom przyklaskiwał. Byłam na straconej pozycji. Dla chłopców w tym wieku tata, mężczyzna, jest bardzo ważnym wzorcem.

Gorzej, gdy wzorzec jest wadliwy.

A potem doszło do zdarzenia granicznego. Któregoś razu Alicja wyjechała służbowo i zostawiła chłopców pod opieką swojej mamy. Wróciła i widziała, że coś się stało. Wieczorem przycisnęła syna. Ten zaczął się nerwowo śmiać i powiedział: "Babcia mnie pobiła".

Zadzwoniła do mamy, żeby wyjaśnić sytuację.

- Moja mama się rozpłakała i poprosiła, aby szczerze przyznał, kto kogo pobił. Okazało się, że syn ją obrażał, wyzywał, rzucał w nią kredkami, podstawił jej nogę, kopał. Bo poprosiła, żeby poszedł się uczyć.

Alicja próbowała z nim porozmawiać, ale chłopak odwracał kota ogonem. Śmiał się, aż wreszcie wpadł w szał i zaczął okładać matkę pięściami. Sięgnął po kubek z herbatą, spojrzał z wyższością i chlusnął jej zawartością w twarz. "No i co? Popłaczesz się? Polecisz do mamusi?", zapytał.

Dała sobie dwa dni, żeby ochłonąć.

- Terapia mnie uratowała. Znalazłam w sobie dość siły, aby wreszcie postawić granicę. Gdybym tego nie zrobiła, dalej byłabym ofiarą, a mój syn moim oprawcą. Zbyt mocno wszedł w buty ojca. Dałabym mu tym samym przyzwolenie, nauczyła, że tak wolno traktować matkę i kobiety w ogóle.

Zawiozła chłopców do byłego męża i poinformowała go, że od tej pory - tak jak chciał - to on oficjalnie przejmuje pełną opiekę nad synami.

- To była najtrudniejsza decyzja, jaką w życiu podjęłam. Bo wiem, że to nie jest dla nich dobry tata. Nie byłam pewna, czy świadome oddanie dzieci pod opiekę człowieka, który manipulował nimi przez lata i nie daje im dobrego wzorca, nie jest pozostawieniem ich na pastwę losu. Ale nie widziałam innego wyjścia.

Postawiła granicę. Zbudowała mur. Być może obronny. Ale chciała przerwać zaklęty krąg. (...)

Posłuchaj: