,
Obserwuj
Kultura

Te imiona nadawano tylko nieślubnym dzieciom. "Miała to być przestroga dla innych"

oprac. Katarzyna Rogowska tokfm.pl
6 min. czytania
01.02.2026 20:26

"Ksiądz (...) mógł w sposób arbitralny wybrać imię bez pytania o zdanie osoby, która przyniosła dziecko do chrztu. Miała to być przestroga dla innych - zarówno dla kobiet, jak i dla całej społeczności - by unikać relacji pozamałżeńskich. Efektem było nie tylko publiczne upokorzenie matki i dziecka, ale także konsekwencje w jego dorosłym życiu" - pisze Aneta Godynia w książce pod tytułem "Wiejskie dzieci. Kiedy nasi przodkowie byli mali".

Narodowe Archiwum Cyfrowe
Narodowe Archiwum Cyfrowe
fot. Dwudziestolecie międzywojenne. Matka z dzieckiem przed chatą w Konarach (zdjęcie ilustracyjne)

Poniższy fragment pochodzi z książki autorstwa Anety Godyni pt. "Wiejskie dzieci. Kiedy nasi przodkowie byli mali" wydanej 28 stycznia 2026 roku nakładem wydawnictwa Sploty.

(...) W Galicji, gdzie wprowadzono obowiązek odnotowywania nazwiska akuszerki w aktach metrykalnych, w przeważającej większości dokumentów, szczególnie na wsiach, widnieją nazwiska bab. Ze względu na znikomą liczbę wykwalifikowanych akuszerek w wielu przypadkach to właśnie baby były zapisywane w metrykach jako akuszerki, by spełnić wymóg nałożony przez władze na prowadzących księgi. W przypadku porodów dzieci, które nie miały ojca, często to właśnie baba, zapisywana w aktach metrykalnych jako akuszerka, lub sama akuszerka, jeśli była obecna, zgłaszała narodziny dziecka. Interesującym aspektem tego zwyczaju jest to, że nie dotyczyło to jedynie dzieci nieślubnych, ale również dzieci wdów, które rodziły pogrobowców - potomstwo zmarłych mężów. To, że baba pełniła funkcję zgłaszającej narodziny do urzędowych akt, podkreślało jej znaczenie w życiu wsi. W czasach, gdy normy społeczne i prawne były silnie związane z rolą mężczyzny w rodzinie, fakt, że to kobieta wypełniała formalności, zwraca uwagę. Choć oczywiście nie było to regułą i zdarzało się, że do chrztu noworodka niósł mężczyzna z rodziny wdowy.

Przy okazji zwracam uwagę na zjawisko piętnowania nieślubnych dzieci, w Galicji mające odzwierciedlenie nie tylko w społecznym ostracyzmie, ale także w oficjalnych dokumentach parafialnych. W wielu parafiach księża stosowali praktykę nadawania takim dzieciom imion, które wyróżniały je na tle rówieśników i miały stanowić swojego rodzaju "piętno hańby" - często rzadkich w tej konkretnej parafii lub zupełnie obcych lokalnej tradycji, co sprawiało, że człowiek przez całe życie nosił ślad "niegodnego" pochodzenia. Ksiądz, korzystając z władzy, jaką miał w tej sytuacji, mógł w sposób arbitralny wybrać imię bez pytania o zdanie osoby, która przyniosła dziecko do chrztu. Miała to być przestroga dla innych - zarówno dla kobiet, jak i dla całej społeczności - by unikać relacji pozamałżeńskich.

"Wiejskie dzieci. Kiedy nasi przodkowie byli mali", Aneta Godynia
fot.

Sploty

Efektem było nie tylko publiczne upokorzenie matki i dziecka, ale także konsekwencje w jego dorosłym życiu. Bywało też, że ustalano jedno czy dwa imiona, które ogólnie były dość popularne, ale w danej wsi lub parafii powszechnie było wiadomo, że noszą je tylko dzieci nieślubne. W rzymskokatolickiej parafii Tenczynek na przełomie XIX i XX wieku większości chłopców urodzonych poza małżeństwem ksiądz nadawał obco brzmiące imię Dydak (łac. Didacus), z kolei dziewczynkom Gertruda albo Brygida. W greckokatolickiej parafii w Andrzejkówce niedaleko Muszyny ksiądz dla dzieci nieślubnych, które rodziły się w parafii w pierwszej połowie XIX wieku, wybierał imiona: Nepomucen, Mojżesz, Atanazy, Porfiriusz, podczas gdy potomstwo pochodzące z formalnych związków otrzymywało imiona takie jak: Maria, Michał, Katarzyna, Justyna itd. Z upływem lat ksiądz prowadzący metryki w tej parafii odszedł od nadawania nieślubnym dzieciom bardzo rzadkich imion, by używać w takiej sytuacji dwóch: Adam i Ewa. Z czasem podobne praktyki w tej parafii zaniknęły - szczęśliwie, gdyż w społeczności wiejskiej, w której pochodzenie i reputacja miały ogromne znaczenie, piętno bękarta ciągnęło się za człowiekiem przez całe życie. To przykłady ledwie z dwóch parafii - tego rodzaju praktyki stosowano przez dziesięciolecia w różnych częściach Galicji, a także Królestwa Polskiego.

Poród tym lżejszy, im mniej osób o nim wie - to przekonanie, głęboko zakorzenione w ludowej tradycji między innymi na Pokuciu, wyrażało troskę o bezpieczeństwo rodzącej w jednym z najważniejszych, a zarazem najbardziej niebezpiecznych momentów jej życia. Wierzono, że kobieta w czasie porodu znajduje się w stanie wyjątkowej wrażliwości i podatności, nie tylko fizycznej, ale również duchowej. Był to niemal mistyczny moment przejścia, balansowania na granicy życia i śmierci - i właśnie dlatego kobieta była szczególnie narażona na działanie sił nieczystych, złych intencji czy uroku. Na Rusi, według wierzeń, obecność zbyt wielu osób lub rozgłos towarzyszący porodowi mogły zwiększyć ryzyko, że ktoś ze świadków, nawet nieświadomie, rzuci urok na rodzącą lub dziecko. Urok mógł się objawić w postaci komplikacji porodowych, problemów zdrowotnych noworodka, a nawet utraty życia. Z tego względu poród otaczano tajemnicą i było to postępowanie powszechne, spotykane nie tylko na terenach ziem polskich.

Blisko związane z zachowaniem porodu w tajemnicy było przekonanie, że dla dobra mającego się narodzić dziecka nie należy czynić żadnych przygotowań na jego przyjęcie. W Chmielniku na Lubelszczyźnie z intencją, by dziecko dobrze się chowało, nie szykowano wcześniej ani bielizny, ani poduszek. Podobne wierzenia dominowały na Śląsku Pruskim - tu do domu nie wnoszono kołyski przed narodzinami z obawy, że zbyt wczesne jej wniesienie mogłoby przynieść nieszczęście i skutkować martwym urodzeniem. Z tym wiązała się również wiara, że w tajemnicy należy zachować imię mającego się narodzić dziecka. Na Mazowszu, a dokładniej - jak odnotował Oskar Kolberg - w okolicach Pułtuska, do czasu chrztu unikano wspominania czegokolwiek o dziecku, aby nie sprowadzić na nie złego losu. Na Wołyniu istniał szczególny zwyczaj: kum niosący dziecko do chrztu po powrocie z cerkwi szeptał imię noworodka do ucha matki, która pozostawała wtedy w domu. Te praktyki odzwierciedlają głęboko zakorzeniony lęk przed nieznanym, a tajemnica i ostrożność miały ochronić dziecko. Można w tym dostrzec próbę utrzymania kontroli nad życiem i śmiercią w czasach, gdy wiele rzeczy pozostawało poza ludzkim wpływem.

By ułatwić poród, w wielu miejscach praktykowano symboliczne działania mające na celu pokonanie wszelkich przeszkód, zarówno dosłownych, jak i metaforycznych, które mogłyby utrudniać poród. Wierzono, że otwieranie zamkniętych rzeczy czy rozwiązywanie węzłów ułatwia przepływ energii i wspomaga proces narodzin. Na przykład u Hucułów, gdy zaczynał się poród, w izbie otwierano wszystkie drzwi, okna czy skrzynie, aby "rozwiązać" wszelkie problemy, które mogłyby utrudnić przyjście dziecka na świat. Podobne praktyki były powszechne na Śląsku i Pokuciu, gdzie od kobiet oczekiwano, by w czasie porodu otwierały wszystko, co było zamknięte, lub rozwiązywały to, co było związane, aby proces ten mógł przebiegać łatwiej i bez przeszkód. Również w kulturze żydowskiej - "Gdy kobieta dostaje bólów porodowych, roztwiera się wszędzie w domu żydowskim znajdujące się zamki, rozwiązuje wszystkie węzły, a gdy są dziewczęta, rozplata się im warkocze".

Redakcja poleca

Ograniczony dostęp do wykształconych akuszerek i brak wiedzy medycznej wśród wiejskich położnych, szczególnie w obliczu komplikacji porodowych, prowadziły do stosowania drastycznych i okrutnych praktyk, które dziś uznalibyśmy za niehumanitarne i niebezpieczne. Na skutek tego kobiety doświadczające trudnych, przedłużających się porodów były narażane na ogromne ryzyko. Henryk Biegeleisen w swoich pracach przywołuje szokującą praktykę znachorek z okolic Tykocina, stosowaną w sytuacji, kiedy płód znajdował się w niewłaściwej pozycji w łonie matki. Wówczas kobieta była podwieszana za nogi, przywiązywana postronkiem do belek stropowych, a następnie unieruchamiana w tej niecodziennej pozycji. Miało to na celu "rozluźnienie" miejsca w ciele, aby dziecko mogło łatwiej przejść do prawidłowej pozycji, co w założeniu miało ułatwić poród. Ta okrutna praktyka wynikała z niewiedzy, a jej brutalność i związane z nią ryzyko utraty życia przez matkę i dziecko są dziś oczywiste.

Biegeleisen przywołuje więcej stosowanych w przypadku komplikacji porodowych tego typu metod, będących dowodem nie tylko niewiedzy, ale również tragicznej desperacji i braku jakiejkolwiek pomocy medycznej. Opisy są szokujące: gdy płód znajdował się w nieprawidłowej pozycji, na przykład przy wypadnięciu rączki czy nóżki, wiejskie położne podejmowały działania mające na celu przyspieszenie porodu. Jednak ich podejście było oparte na intuicji, a nie na wiedzy anatomicznej czy medycznej. Pociąganie za rączki lub nóżki miało na celu wyciągnięcie dziecka, lecz często kończyło się tragicznie - siła, z jaką ciągnięto, prowadziła do oderwania kończyn dziecka. Inną drastyczną metodą, którą stosowały Rusinki, było ustawienie rodzącej na nogach w nadziei na przyspieszenie porodu. Jedna z bab trzymała położnicę za ręce, druga zaś, uderzając ją kolanem w plecy, próbowała wymusić szybszy poród. Wiele z tych działań wynikało z przekonania, że celem jest jak najszybsze rozwiązanie porodu, nawet jeśli miałoby to oznaczać narażenie zdrowia rodzącej i dziecka.

Wobec wspomnianych najmniej drastyczną i inwazyjną metodą, która miała na celu złagodzenie bólu i przyspieszenie porodu, było smarowanie dróg rodnych tłuszczem. Wierzono, że może on zmiękczyć tkanki i ułatwić poród. Inną praktyką było stosowanie okładów z kobylego łajna na brzuch rodzącej. W okolicach Krakowa i wśród Rusinek stosowano tę metodę w nadziei, że przyspieszy ona poród i zmniejszy ból. W Krakowskiem popularne były zresztą nie tylko okłady z łajna, ale także nasiadówki nad miską z gorącą wodą. Na Pokuciu z kolei do takiej kąpieli dodawano zapaloną wódkę z łupiną cebuli. Cebula jako środek mający za zadanie ułatwienie rodzenia i złagodzenie trudności towarzyszących temu procesowi pojawia się też w praktykach ludu nadrabskiego. Baba przykładała cebulę do pępka rodzącej, co miało na celu złagodzenie bólu skurczowego. Dodatkowo kobieta w połogu otrzymywała cebulę do żucia lub posiekany czosnek do jedzenia, co miało przyspieszyć poród. (...)

Posłuchaj: