"Wymazany sokiem pomidorowym kot zarobił kilka tysięcy". Tajemnice petbiznesu
"Organizacje interwencyjne potrzebują 'dramatów' i 'zwyroli', ale kiedy w całości opierają na nich swoją działalność, same zapędzają się w ślepy zaułek. Docierają do miejsca, w którym bez tego paliwa nie mogą już dłużej funkcjonować. I wtedy zaczynają 'dramaty' i 'zwyroli' tworzyć". Publikujemy fragment książki Michała Kowalskiego pt. "Jak zarobić na zwierzętach. Patologie petbiznesu".
Poniższy fragment pochodzi z książki autorstwa Michała Kowalskiego pt. "Jak zarobić na zwierzętach. Patologie petbiznesu", która ukazała się 26 czerwca 2026 r. nakładem wydawnictwa Gyldendal Astra.
(...) Czy organizacje interwencyjne są zależne od ludzi krzywdzących zwierzęta albo czy takie osoby są im wręcz niezbędne? I tak, i nie. Z pewnością głośne sprawy stanowią motor napędowy rozwoju organizacji. Pomagają zebrać środki na szerszą działalność. Ale organizacja dobrze wykonująca swoją robotę pozyskuje też stałych darczyńców, którzy będą ją wspierać we wszelkich działaniach. Nie tylko tych interwencyjnych.
A co, jeśli w pobliżu nie ma akurat żadnego "zwyrola" ani nie rozgrywa się żaden "dramat"? Wtedy możliwości są dwie. Lepsza i gorsza. W tym lepszym razie dramat kreuje się sztucznie. To znaczy niepozorna historia jest upiększana, wzmacniana, a czasem i zmyślana. Dopisanie legendy operacyjnej zwierzęciu nie jest trudne. O znalezionym kocie można napisać, że został skopany przez złego człowieka, o znalezionym psie, że został wyrzucony z pędzącego samochodu. Nikt nie będzie dociekał, czy istnieje cokolwiek, choćby poszlaka, na potwierdzenie tych sensacji. W wersji gorszej "zwyrola" tworzy się z niewinnej osoby. Czasem takiej, która popełniła jakiś błąd, zrobiła coś nie do końca zgodnego z kanonem oczekiwań aktywistów bądź z powodu swojej trudnej sytuacji nie dopilnowała czegoś. Nie inaczej było w historii psa o imieniu Kuba, którego pani prezes postanowiła "odebrać" seniorce z Jelcza-Laskowic.
Kilkunastoletni pies, będący u kresu życia, cierpiał na niedowład tylnych łap. Jego właścicielka, mimo bardzo podeszłego wieku i szeregu własnych chorób, szukała dla niego pomocy u kolejnych weterynarzy. Wszyscy byli zgodni, że psu nie można pomóc. Że należy mu zapewnić, na ile to możliwe, komfort życia, aż nadejdzie moment, w którym będzie musiał odejść. Psa seniorce "odebrano", sprawę "znęcania się nad Kubą" rozdmuchano w internecie do tego stopnia, że nawet media głównego nurtu powielały narrację pani prezes. Ostatecznie jednak musiały się z tego wycofać.
Ten klasyczny przykład, jak można uczynić "zwyrola" z całkowicie przypadkowej osoby, nie zakończył się dobrze dla nikogo. Psa przejęła inna organizacja, w nazewnictwie naszej pani prezes - konkurencyjna dla niej, oskarżająca ją o porzucenie psa w przychodni weterynaryjnej. Niedługo później zwierzę odeszło - bez żadnych operacji, wózków inwalidzkich czy właściwie czegokolwiek, co szumnie zapowiadała prezeska. Seniorka również zmarła i choć nie powinno się tego łączyć z niesamowitą nagonką, jaką jej zafundowano, to z pewnością wytykanie jej palcami jako osobę krzywdzącą zwierzęta nie miało pozytywnego wpływu na jej kondycję.
Organizacje interwencyjne potrzebują "dramatów" i "zwyroli", ale kiedy w całości opierają na nich swoją działalność, same zapędzają się w ślepy zaułek. Docierają do miejsca, w którym bez tego paliwa nie mogą już dłużej funkcjonować. I wtedy zaczynają "dramaty" i "zwyroli" tworzyć. Ale może w tym wypadku było całkowicie odwrotnie i pani prezes pojechała do seniorki z Jelcza przepełniona chęcią pomocy, a dopiero na miejscu okazało się, że sytuacja wymagała wyrwania psa z domu, w którym spędził kilkanaście lat?
Ja nie mam potrzeby jeździć bez odbiorów, dlatego że to naraża organizację na ogromne koszty. Bo jeżeli jeździsz bez odbiorów, no to co, nikt nie wpłaci na to zwierzę, a my będziemy bulić za paliwo. Dlatego ja bez odbiorów nie chcę jeździć.
Spróbujmy wyobrazić sobie świat, w którym policja (a przecież organizacje interwencyjne pozują trochę na policję) nie jeździ do zgłoszeń, o ile nie ma pewności, że dokona jakiegoś zatrzymania. Albo w którym pracownicy miejskich ośrodków pomocy rodzinie przestają odwiedzać domy, wobec których nie mogą zastosować procedury odebrania dzieci. Ja mam z tym trudność. Pani prezes najwyraźniej nie miałaby z tym problemu. Nie ma odbioru, więc nie będzie zrzutki. A za paliwo zapłacić trzeba. Tylko jak inaczej ocenić, czy jakieś zwierzę naprawdę potrzebuje natychmiastowej pomocy, czy donos jest na pewno trafiony, jeśli nie poprzez sprawdzenie tego na miejscu? Przecież nie można ot tak wykluczyć, że ktoś podaje nieprawdziwe informacje, bo ma ze swoim sąsiadem spór lub chce się na kimś zemścić. Poza tym nie każdy człowiek jest w stanie właściwie ocenić poziom zagrożenia. Słowem: bez weryfikowania zgłoszeń, naocznego sprawdzenia, o co właściwie chodzi, nie może być mowy o podejmowaniu tak ważnych decyzji jak "odebranie" komuś zwierzęcia.
Ktoś mógłby pomyśleć, że zwierzęta trzeba "odbierać", bo tylko wtedy można zapewnić im właściwą pomoc. Ale dla pani prezes ważniejsze jest chyba to, że "odebrane" zwierzę przeistacza się w generator kontentu na potrzeby social mediów:
Chwali mi się, że wyczesała z psa bardzo dużo kleszczy. Już po tym, jak powiedziała, że wycięła kołtuny, poprosiłam, żeby wszystko, co tylko ma [...], wszystko, co jest nie tak z tym psem, proszę fotografować i kręcić. Dobrej jakości, dobrym oświetleniem i tak dalej. Nie dotarło. Dzisiaj mi mówi, że wyczesała ileś tam kleszczy, nie zrobiła zdjęcia. I jeszcze oni są z siebie zadowoleni, że pomogli pieskowi. Naprawdę. Albo pies ślizga się, nie jest w stanie ustać na kaflach. Nie nakręciła tego. No na kafle może go jeszcze przełożyć.
Pani prezes żali się tu na tymczasowego opiekuna zwierzęcia. W jej rozumieniu materiały dostarczane przez osobę fizycznie zajmującą się potrzebującym pomocy psem nie są wystarczające, a dodatkowo osoba ta miała przepuścić okazję do zrobienia jeszcze lepszych relacji. "I jeszcze oni są z siebie zadowoleni" - oto co pani prezes ma do powiedzenia na temat błędnych jej zdaniem priorytetów opiekuna. Bo kiedy pies nie jest w stanie poruszać się po śliskiej nawierzchni z powodu swojego stanu zdrowia czy choćby braku przyzwyczajenia, to zaczyna wyglądać tragicznie. Jak ofiara. Spogląda w dół na rozjeżdżające się łapy, nieumiejętnie łapie równowagę. Można wtedy poprawić jego komfort poprzez rozłożenie ręczników, szmat czy innego materiału. Albo przenieść go w miejsce, po którym będzie mógł chodzić swobodnie. Ale można też celowo wywoływać u zwierzęcia dyskomfort, aby stworzyć odpowiedni materiał reklamowy. Pytanie brzmi, czy w tym drugim scenariuszu nadal mówimy o ochronie zwierząt, czy może już o ich eksploatowaniu.
Przypomina mi to historię dalszego znajomego, który w czasach, gdy rekordy popularności bił prowadzony przez Tadeusza Drozdę program "Śmiechu warte", próbował nagrać zabawny materiał ze swoim psem. Ponoć zwierzakowi zdarzało się robić coś subiektywnie zabawnego, ale nagranie tego było bardzo trudne. Jego właściciel zaczął więc podczas spacerów nagrywać psa właściwie bez przerwy, wprawiając tym w konsternację innych bywalców parku. Bo oto gość szedł z kamerą za psem wąchającym trawę. A że był to przełom lat 90. i 2000. to kamera przypominała taką telewizyjną, miała rozmiar wielkiego pudła. Wtedy była to nieudolna próba monetyzowania śmiechu, dziś niestety podobnie monetyzuje się cierpienie…
A co się dzieje, kiedy fizyczny, tymczasowy opiekun zwierzęcia nie ma w sobie odpowiedniej dawki kreatywności, kiedy nie chce bądź nie potrafi odpowiednio, a przynajmniej zgodnie z oczekiwaniami pani prezes, pokazać bezkresu zwierzęcego cierpienia? No to wtedy trzeba użyć bardziej zaawansowanych sposobów:
Wiesz co? Ja mam dość, w sensie mam dość domów tymczasowych. Po raz kolejny teraz jej powiedziałam, żeby robiła. Wiesz co? Powiem ci tak, to jest śmieszne. Dla mnie to jest naprawdę śmieszne, że ja muszę wymyślać jakieś cyrki, bo to jest wymyślanie cyrków z sokami wiśniowymi czy pomidorowymi i innym g***em. Kiedy naprawdę, powiem ci szczerze, gdyby domy tymczasowe robiły zdjęcia i filmiki, tak jak proszę, ciągle proszę, ciągle po prostu proszę, to ja nie musiałabym wymyślać tych cyrków. Ja nie musiałbym koloryzować, ja nie musiałabym tych zdjęć przerabiać. Ja nie musiałabym latać, k***a, z sokiem wiśniowymi jak idiotka przy jakichś facetach. Nie musiałbym!
Znam bardzo wielu działaczy na rzecz zwierząt. Psy, koty, konie, kozy, krowy (i tak dalej, i dalej), które trafiały pod ich opiekę, są liczone pewnie już w tysiącach. I żaden nie musi wymyślać żadnych - cytując panią prezes - cyrków. Dzięki wieloletniej pracy u podstaw, mozolnemu budowaniu swojej renomy i zaufania wśród odbiorców dzisiaj mogą zapewnić zwierzętom odpowiedni poziom opieki. Pewnie trochę plują sobie w brodę, gdy widzą, że można było to wszystko osiągnąć, idąc na skróty.
O co chodzi z tym koloryzowaniem? To bardzo proste. Znajdujemy na ogródkach działkowych błąkającego się kota. Możemy napisać w publicznej przestrzeni, że oto błąkał się kotek i teraz potrzebujemy środków, aby zapewnić mu podstawową diagnostykę czy wyżywienie. Prawdopodobnie zbierzemy 100, może 200 złotych. Ale możemy też napisać, że ten kot to Maciuś, który walczy o życie. Błaga wręcz o odrobinę litości, bo jego każdy dzień był pasmem niekończącego się bólu. Maciuś zarobi na swoje utrzymanie kilka, może kilkanaście tysięcy.
Oczywiście sam opis to nie wszystko. W tym krótkim, choć bardzo wymownym cytacie pani prezes ujawnia kolejne sposoby na odniesienie sukcesu marketingowego, który bezpośrednio przełoży się na ilość otrzymywanych funduszy. I nie rzuca słów na wiatr, bo choć o użyciu przez nią soku wiśniowego nigdy dotąd nie słyszałem, to o soku pomidorowym jak najbardziej. Stosowała go jej była wolontariuszka, która miała za namową prezeski wziąć udział w charakteryzacji kota. I nie było w tym nic przesadnie kreatywnego. Cała sztuczka polegała na wymazaniu kociego pyska czymś czerwonym. Sok wydaje się wręcz idealny, bo nie zrobi zwierzęciu żadnej krzywdy. Potencjalny darczyńca, widząc zwierzaka z takim makeupem, będzie przekonany, że choćby drobna wpłata pozwoli ukoić ból bezbronnej istoty.
Wymazany sokiem pomidorowym kot, o którym opowiadała mi wolontariuszka, zarobił kilka tysięcy złotych. Ironią losu jest to, że faktycznie był on daleki od dobrej kondycji i wymagał sporych nakładów finansowych, choć oczywiście nie aż tak ogromnej kwoty, jaką zebrano. Tylko nie było tego po nim widać, więc dziewczyny musiały mu trochę "pomóc". Pewnie nikt nie dowiedziałby się o tym, gdyby drogi działaczek nie rozeszły się w bardzo burzliwej atmosferze. (...)
Posłuchaj: