Ma pięć powozów, dwie bryczki i dwie pary sań. W małym mieście czasem wywołuje wielką sensację
Jarosław Musiał ze wsi Szynkielew pod Łodzią ma pięć powozów, dwie bryczki i dwie pary sań. Ma też wozy biesiadne i karawany pogrzebowe. Kolekcjonuje je, dba, czyści, podziwia, czasem przewozi rodzinę. Ma też zamówienia ślubne, pogrzebowe czy związane z innymi okolicznościami. Choć nie jest to jego główne zajęcie, to - jak mówi - lubi od czasu do czasu przejechać się bryczką. Na co dzień jest rolnikiem i przedsiębiorcą. Gospodarstwo prowadzi razem z żoną Agnieszką. Odziedziczył je po ojcu, który zmarł rok temu. Od niego zaraził się również pasją do powozów i miłością do koni.
Z pokolenia na pokolenie
Pierwsze powozy i karety miał jego pradziadek. Nie były tak ekskluzywne jak współczesne. Były proste, ale za to 'z duszą'. Później dziadek z babcią małego Jarka kontynuowali tradycję rodzinną. Kupowali już bardziej wyszukane i piękne karety. - Jak byłem dzieckiem, to stare karety stały u dziadziusia w powozowni. Bardzo mi się to podobało. Jednak gdy mój tata przejął je w spadku, to te powozy nie nadawały się już do jazdy. Sprzedał je kolekcjonerom, a sam kupił nowe. Dziadkowie trzymali je tylko dla siebie, po to żeby je podziwiać - wspomina.
Ojciec Jarosława Musiała dużo inwestował, bo karety nie są tanie, a kupował zwykle nowe pojazdy. - Teraz ja kontynuuję dzieło moich przodków. Prowadzimy z żoną gospodarstwo, a dodatkowo mamy karety i konie. Ich kupowanie sprawia ogromną frajdę całej mojej rodzinie - jeszcze większą, gdy możemy je wykorzystać - mówi.
Najczęściej zdarzają się zamówienia ślubne, przede wszystkim z Łodzi i okolicy. Najdalej wiózł parę, która sakramentalne 'tak' powiedziała sobie w kościele w Szczecinie. - To była długa wyprawa. Przewoziliśmy konie specjalnie przystosowanym do tego samochodem, a karetę lawetą. Trwało to osiem godzin - opowiada.
Jest wielce prawdopodobne, że pasję po ojcu przejmie Jakub. Chłopiec, choć jest jeszcze w wieku szkolnym, już chętnie jeździ z tatą ciągnikami, a gdy tylko może - również powozami. - Najbardziej lubię karetę dynię - śmieje się Jakub. - Myślę, że będę w życiu robił to, co robi tata. Na święto róży, gdy pojechaliśmy karetą, tata dał mi lejce i przez chwilę mogłem powozić. To było wielkie przeżycie - wspomina chłopiec.
Córki, choć lubią jeździć i czuć się jak księżniczki, nie sądzą, by przejęły w przyszłości pałeczkę po tacie. - Wydaje mi się, że brat będzie się zajmował gospodarstwem. Jesteśmy jednak jedną wielką rodziną i lubimy to, że tata ma taką pasję - mówi Judyta.
Szukanie nowości
Niewielu ludzi kupuje karety, więc niewiele jest firm, które je produkują. Mimo to zdarzają się perełki. Jarosław Musiał razem z żoną wypatrują ich czasem w internecie. Dwa lata temu kupili biały, piękny powóz Landauer - glass lando. Ostatnio zapragnęli rodzinnie stać się posiadaczami powozu królewskiego. Marzyli o czymś takim, ale już od wielu lat ich nie produkują, więc trudno było znaleźć taką okazję. Wreszcie się trafiła. Wypatrzyli powóz na jednym z portali internetowych. Od razu pojechali do jednego z dworków w Kutnie, aby go zakupić. - To jest coś pięknego. Pasowałyby na zamek królewski - cieszy się nasz rozmówca.
- Mając takie zamiłowanie, to nie jest tak, że coś sobie wymyślisz, że chcesz to mieć i od razu to zakupisz. To nie jest tak jak z autem, że jest tego dużo i szybo się to wyprodukuje. Musisz uzbroić się w cierpliwość i czekać aż ktoś z kolekcjonerów będzie sprzedawał - wyjaśnia.
'Ludzie patrzyli i podziwiali'
Agnieszka i Jarosław Musiałowie mają czwórkę dzieci (dwie starsze córki z pierwszego małżeńska pani Agnieszki). Najmłodsza z nich została nowym pojazdem odebrana ze szpitala, gdy się urodziła. Było to w styczniu tego roku. Kilka miesięcy później tym samym powozem została zawieziona do chrztu. Rodzina jechała najpierw przez wieś, a potem ulicami Pabianic do kościoła Najświętszej Marii Panny Różańcowej. Za nimi podążały inne powozy z kolekcji pana Jarosława. Ich przejazd wzbudził niemałe zdziwienie.
- To była wręcz sensacja - mówi Musiał. - Ludzie patrzyli i podziwiali. Ja jestem szczęśliwy, bo po to mamy te karety, aby używać je na ważne uroczystości rodzinne. Nie robimy tego na pokaz, choć niektórzy nam to zarzucają. Dla nas też to jest atrakcja, bo na co dzień pracujemy w gospodarstwie i nie ma czasu, żeby się przejechać i nimi nacieszyć - mówi.
Rodzinnie jeżdżą karetami do chrztu, na komunię i do ślubu. Najbardziej szalony pomysł, jaki miał Jarosław Musiał, to podróż z żoną i dziećmi na Walentynki do McDonald's w Pabianicach. Pojechali tam saniami. - To są sanie zabytkowe, po dziadziusiu, bardzo stare, ale odrestaurowane i w dobrym stanie. Dziadek kupił je od księdza, bo kiedyś księża zimą jeździli saniami, a latem karetami. Potem czasy się zmieniły. Gdy podjechaliśmy nimi pod McDonald's i staliśmy w kolejce pomiędzy samochodami, niektórzy ludzie robili sobie zdjęcia - wspomina.
Charytatywne akcje
Nie tylko dzieci pana Jarosława jeżdżą karetami, gdy coś się dzieje. W 1985 roku w lutym również sam Musiał był wieziony do chrztu karetą dziadka. Zna to jedynie z opowieści ojca. - Był siarczysty mróz i dużo śniegu, co widać na zdjęciach. Tata musiał odśnieżać drogi, żeby konie mogły przejść, a kareta była dobrze zakryta, abyśmy się nie rozchorowali. Potem jechałem karetą do komunii. To już pamiętam - mówi.
Karetę wykorzystują również, biorąc udział w akcjach charytatywnych. Jechali m.in. w szarży konnej ulicą Piotrkowską w Łodzi - organizowanej w ramach Wielkiej Orkiestry Świątecznej Pomocy. Ostatnio godzinną przejażdżkę wystawili na licytację, z której dochód będzie przeznaczony dla chorej na zespół Retta Martynki Stasiak z pobliskiej wsi.
Prawdziwa miłość to konie
Choć pojazdy to wielka pasja Jarosława Musiała, to - jak mówi - jeszcze większą miłością darzy konie, które je ciągną. Ma cztery klacze: dwie siwe i dwie kare. Najczęściej pary ślubne zamawiają białą karetę z siwymi końmi. Na pogrzeby natomiast zwykle idą czarne konie z ciemnymi karawanami.
- Przy koniach jest dużo pracy. Nasze są zadbane, bo żona się nimi opiekuje, wkładając w to całe swoje serce. Mamy własne siano, zboże i słomę. Nawet ostatnio, jak przyjechał lekarz weterynarz, bo jedna klacz nam się oźrebiła, był zaskoczony, że tak dobrze wyglądają. Zapytał, jakie witaminy im dajemy. A one po prostu otrzymują dobrą paszę w odpowiednich dawkach - opowiada.
Najdłużej w gospodarstwie jest Pantera, którą kupili w 2018 roku Krakowie. Wcześniej chodziła po krakowskim rynku. Później przyjechała do nich Marta z Częstochowy, a następnie Gracja i Rita. - U mnie konie mają dożywocie i nigdy nie oddam ich na mięso. Mamy też teraz dwa źrebaczki: chłopca i dziewczynkę. Jak źrebak będzie albo siwy, albo kary, to zostanie, a jak będzie kasztan czy gniady, to go sprzedamy. Klacze mamy z pełnym rodowodem. Mają bardzo dobre geny - zapewnia.
Powożenia nauczył go tata. Nie jest to prosta sprawa. Konie trzeba tak dopasować, żeby ze sobą współpracowały. - Klacz, jak się powozi, to trzeba być bardzo delikatnym, bo inaczej się zdenerwuje i może zastrajkować. Konia to nieważne kto powozi, wszystko wybacza - uśmiecha się nasz rozmówca.