,
Obserwuj
Pomorskie

Dr Brunet na Twitterze pokazuje, że w domach opieki wcale nie musi być smutno. "Często się śmiejemy"

4 min. czytania
13.05.2023 08:30
- To są po prostu moi przyjaciele - tak o podopiecznych domów opieki w Rumi i Jastrzębiej Górze mówi lekarz rodzinny, dr Maciej Merkel. Od ponad 10 lat odwiedza te miejsca po godzinach, a to, co tam zobaczył i przeżył opisuje w mediach społecznościowych, gdzie znany jest jako Dr Brunet.
|
|
fot. zdjęcie ilustracyjne/ unsplash.com

 

Dr Maciej Merkel: Były trudne. Nie mogłem zrozumieć, dlaczego ci ludzie starsi - mając rodziny - są w tych domach opieki. Ja miałem dwie babcie, były ciężko chore i opiekowali się nimi moi rodzice, w naszym rodzinnym domu. Nikomu przez myśl nie przeszło, by oddać je do domu opieki. Jednak po jakimś czasie zrozumiałem, że nie mam prawa nikogo oceniać. Sytuacje w życiu są różne. Bywa, że młodzi ludzie nie radzą sobie z opieką nad osobą starszą, nie mają cierpliwości. Ale dużo częściej wyjeżdżają za chlebem za granicę i szukają najlepszej opieki dla swoich bliskich.

Czego uczy pana ta praca?

Od początku uczy mnie pokory. Pokory wobec tego, że kiedyś w końcu wszyscy będziemy musieli odejść. Pokory wobec umierania, starości, niedołężności, kalectwa. Ale widzę też, jak bardzo brakuje tym ludziom czułości. Zwykłego potrzymania za dłoń, pogłaskania po głowie. To były dla mnie najważniejsze lekcje. Poza tym myślę, że empatii nauczyłem się już wcześniej, gdy pomagałem rodzicom w opiece nad moją babcią. Wtedy - pamiętam - do okna podchodziły nasze sąsiadki, które wiedziały, że studiuję medycynę i mówiły: "O, to na pewno będzie pan doktor od osób starszych, od babć". Od babci nauczyłem się też szacunku do starości.

Często jest pan w domu opieki?

Co najmniej raz w tygodniu, ale są i takie tygodnie, kiedy jestem praktycznie codziennie. Staram się zasadniczo nie przenosić pracy do domu, ale w tym przypadku jest inaczej. Bywa tak, że wracam i mam jeszcze kilka czy kilkanaście rozmów z rodzinami seniorów, pielęgniarkami czy opiekunkami. Tu nie mogę odmówić. I nie chcę.

Wiem, że zaczynał pan z księdzem Janem Kaczkowskim. Ostatnio obejrzałam o nim film "Johnny", byłam i do dziś jestem pod ogromnym wrażeniem.

Tak, wcześniej mieszkałem na Śląsku, ale kiedy przeniosłem się na Pomorze, to zacząłem pracować z Jasiem Kaczkowskim w jego Hospicjum Domowym. Jeździłem do pacjentów. To mnie wielu rzeczy nauczyło, na przykład tego, że ludziom chorym mówi się prawdę, nie oszukuje się ich. Że relacja pacjent - lekarz to nie jest tylko relacja polegająca na tym, że przychodzę do mechanika samochodowego i chcę się "naprawić", ale ta relacja musi polegać na wzajemnym zaufaniu i sympatii.

Domy opieki kojarzą się nam - osobom z zewnątrz - jako miejsca przygnębiające. Ale z pana wpisów na Twitterze wynika, że wcale nie musi być tam smutno.

Tak, często się śmiejemy, ważny jest dystans - do życia, do świata, do rodziny. Ja tam praktycznie ze wszystkimi mam bliskie relacje. I gdy przychodzę, to na przykład słyszę od seniorki, że miał zadzwonić syn, a tego telefonu nie było. Miałem też podopiecznego z Wielkiej Brytanii, z którym przesiadywaliśmy godzinami i on mnie uczył londyńskiego akcentu, czuł się przy tym bardzo potrzebny. Ale gramy też w szachy, warcaby, no i wspólnie gotujemy, choćby gulasz czy spagetti. Bardzo to lubię, to bardzo integruje.

Często skarżą się na syna czy córkę?

Niestety tak. Niejednokrotnie słyszę: "Zostałem porzucony przez bliskich'". Mówią o tym, że chcieliby być u siebie w domu, wśród bliskich. Czasami żalą się, że dzieci ich zostawiły, bo robią karierę. Jednocześnie w społeczeństwie często pokutuje przekonanie, że dzieci oddają do domu opieki swojego tatę czy mamę, bo byli kiepskimi rodzicami. Z moich obserwacji wynika, że to nie tak. Moim zdaniem takich osób, które były złe dla swoich dzieci czy wnuków jest mało. Najczęściej umieszczenie seniora w ośrodku wynika z tego, że syn czy córka wyprowadza się do innego miasta czy innego kraju, zmienia pracę, zakłada rodzinę i zaczyna nowe życie.

Pan tam bardziej jeździ jako lekarz czy jako przyjaciel?

To nie są wizyty typowo lekarskie. Bardzo dużo rozmawiamy, niemal o wszystkim. Przykładowo - pan, lat 86, ma ogromną ochotę na piwo. I bywa, że jedną puszkę mu przyniosę. Albo pani, lat 80, jest smutna i potrzebuje rozmowy. Dla mnie nie ma różnicy, czy pacjent rzeczywiście jest chory fizycznie, czy po prostu potrzebuje przytulenia i pobycia z nim, pogadania.

Jeśli chodzi o moje porady lekarskie w domach opieki, to może jest to jakieś 20 procent mojego przebywania tam. A reszta? Zdecydowanie jest to czas spędzany po prostu z przyjaciółmi. Często opowiadają o tym, co przeżyli dawno temu, wracają do czasów dzieciństwa. Bywa, że nie potrafią powiedzieć, co było wczoraj na obiad, ale kolegów sprzed lat pamiętają doskonale albo pięknie mówią o tym, co gotowały ich babcie. A ja siedzę i słucham.

*16 czerwca dr Brunet, czyli Maciej Merkel będzie gościem w Naczelnej Izbie Lekarskiej - ma mówić o empatii i etyce lekarskiej.

Dr Maciej Merkel jest lekarzem rodzinnym we Władysławowie i w Łęczycach koło Lęborka. Jest bardzo aktywny w mediach społecznościowych. Na Twitterze znany jako Dr Brunet.