"Z chłopami nie ma co zadzierać". Dlaczego metoda lisa nic nie dała?
- W 2025 roku mija 30 lat od zniknięcia PGR-ów z mapy Polski.
- Reportażysta i autor książki 'Zboże rosło jak las. Pamięć o pegeerach' w TOK FM ocenił, że eksperyment z PGR się nie udał.
- W PGR-ach najczęściej pracowali ludzie wywodzący się z wsi przeludnionych, w których gospodarstwa były na tyle małe, że kolejne pokolenia - bardzo liczne - nie miały co dziedziczyć.
- W ocenie gościa TOK FM co najmniej trzy czynniki stały za upadkiem PGR, w tym zawiedzione nadzieje.
- Zdaniem Bartosza Panka, państwo ostatecznie potraktowało PGR jak relikt komunizmu i najwyraźniej uznało, że ludzi, którzy tam pracowali, można zignorować.
W 2025 roku mija 30 lat od zniknięcia PGR-ów z mapy Polski - ostatnim zlikwidowanym było Państwowe Gospodarstwo Rolne "Torfrol" w Poznaniu (30 listopada 1995 roku). Jak ocenił w TOK FM Bartosz Panek, choć eksperyment się nie udał, PGR-y pozostały przykładem inżynierii społecznej, która - co do zasady - miała zmienić relacje w całym narodzie. - Państwowe Gospodarstwa Rolne miały tym, którzy posiadali, więcej odebrać, a tym, którzy nie mieli nic albo mieli bardzo mało, trochę dosypać. Innymi słowy: chodziło o to, by spłaszczyć strukturę społeczną - mówił dziennikarz radiowy, reportażysta i autor książki "Zboże rosło jak las. Pamięć o pegeerach".
Panek wskazał, że PGR-y mieściły się w ideologicznych ramach, w które Polska została na dobre wtłoczona po 1945 roku. Inna rzecz, jak dodał, że PGR-y to też historia powojennej i najdotkliwszej biedy. W tym także opowieść o braku środków, które pozwoliłyby sensownie zagospodarować wszystkie nowe ziemie, które Polska dostała na mocy traktatów pokojowych.
- Okazało się, że zorganizowane rolnictwo państwowe jest w tamtych warunkach najwygodniejsze, bo z jednej strony wpisuje się w nacjonalizację w zasadzie wszystkiego, co można było znacjonalizować w czasach realnego socjalizmu, gospodarki centralnie planowanej, a z drugiej strony pozwala na kontrolę mikroświatów. Dodatkowo też nie pozwala rozwijać przedsiębiorcom indywidualnym - dopowiedział w rozmowie z Anną Piekutowską.
To nie wszystko, co mamy dla Ciebie w TOK FM Premium. Spróbuj, posłuchaj i skorzystaj ze specjalnej oferty. Wejdź tutaj, by znaleźć szczegóły >
"Metoda lisa, nie lwa"
Gość TOK FM przypomniał też, że pod koniec lat 80. PGR-y zajmowały zaledwie ok. 20 proc. ziemi uprawnej przeznaczonej pod rolnictwo. - Okazało się, że rolnicy nie chcą się łączyć w spółdzielnie. Partia napotkała na opór z ich strony. Zresztą zalecenia - a czytałem o nich w dokumentach komitetu centralnego PZPR, to pasjonująca lektura - mówiły wprost, że partia nie chciała kolektywizować siłowo. Wiedziała, że chłopi są nastawieni bardzo niechętnie do nowych porządków. Poza tym wieś była też bardzo mocno związana z podziemiem niepodległościowym, więc przyjęto zasadę: z chłopami nie ma co zadzierać. Trzeba ich spróbować zdobyć metodą lisa, a nie lwa - podkreślił Bartosz Panek.
W praktyce, jak dodał, chodził o to, by nie otwierać "kolejnego frontu walki", tylko zachęcać, przekonywać. Dlatego, jak przypomniał, w teren wysyłani byli instruktorzy, którzy opowiadali wyłącznie o korzyściach. - To jednak nie działało. Rolnicy w znakomitej większości wiedzieli, że tu się kryje podstęp, że zaraz zostaną wywłaszczeni. Poza tym to była sprawa honoru i godności. Jesteś kimś, bo masz coś na własność - zastrzegł.
"PGR wygodnym rozwiązaniem"
- Kim byli więc ci, którzy decydowali się na to, by w PGR pracować? - dopytywała prowadząca.
- Najczęściej ludzie wywodzący się z wsi przeludnionych, w których gospodarstwa były na tyle małe, że kolejne pokolenia - bardzo liczne - nie miały co dziedziczyć - odpowiedział autor "Zboże rosło jak las". Jak uzupełnił, najczęściej nie było wśród tej grupy osób chętnych do przeniesienia się do miasta, rozpoczęcia pracy w fabryce czy np. skończenia szkoły na wyższym niż podstawowy bądź zawodowy etapie.
- PGR był wygodnym rozwiązaniem. Tam dostawało się wszystko, choć może nie od razu w takiej formie i w takim standardzie, na jaki zwykle większość miała nadzieję. Oferta pracy zawierała jednak informacje, że: dostajesz mieszkanie, przy zakładzie działa stołówka, są trzy posiłki dziennie, możliwe są premie i dzień pracy trwa osiem godzin, chociaż praca jest bardzo ciężka i czasem oznacza również dyżury w święta i w niedzielę - wyliczył.
Zastrzegł jednak, że mimo to znaczna część gospodarstw do samego końca mogła funkcjonować tylko dzięki robotnikom i robotnicom sezonowym. Regularnie też, jak dodał, do PGR-ów na żniwa jeździło wojsko i milicja.
"Największa tragedia i największa gorycz"
Co przede wszystkim stało za upadkiem PGR? W ocenie gościa TOK FM były to co najmniej trzy czynniki, w tym zawiedzione nadzieje. Na przełomie lat 80. i 90. większość osób - jak mówił - zdawała już sobie sprawę, że większość PGR-ów uzależniona była od dotacji z budżetu państwa, otwartych linii kredytowych w Banku Gospodarki Żywnościowej. - Większość wiedziała, że w nowym, kapitalistycznym, wolnorynkowym rozdaniu tak dłużej nie da się funkcjonować, że musi dojść do mniej lub bardziej radykalnych przetasowań - podkreślił reportażysta.
Do tego, jak dopowiedział, dochodziło poczucie końca świata, bo PGR był nie tylko największym zakładem pracy, ale też wyręczał samorządy. - Wraz ze zniknięciem zakładu pracy zniknęły też usługi, które sprawiały, że PGR-y były połączone z krwiobiegiem państwa. Zniknął transport publiczny, przedszkola, gabinety lekarskie. Zamykały się bardzo często też sklepy, które nie oferowały wyłącznie chleba i pasztetu. To wszystko, co sprawiało, że będąc mieszkańcem PGR-u możesz żyć na podobnym poziomie jak w mieście powiatowym oddalonym o 30-40 km - wskazał Bartosz Panek.
Z czasem, jak dodał, doszła też świadomość, że PGR "programował pracowników", by ci skupiali się najczęściej na jednej tylko czynności, podczas gdy państwo funkcjonujące już na nowych zasadach wymagało elastyczności. - I tu jest kluczowa sprawa: państwo nie oferuje niczego, co mogłoby pomóc dostosować do tych zasad. Wszystko zależy od ciebie, ty jesteś kowalem swojego losu. Tu właśnie rodzi się największa tragedia i największa gorycz - zastrzegł.
"Będziecie sobie jakoś żyć"
Zdaniem Bartosza Panka, państwo ostatecznie potraktowało PGR jak relikt komunizmu i najwyraźniej uznało, że ludzi, którzy tam pracowali i nadal będą tam mieszkać, można zignorować. - W gruncie rzeczy można im przekazać na własność mieszkania, w których dotychczas żyli, a które były własnością kombinatów. Dorzucić do tego 5 arów ogródka przy bloku i jakiś chlewik - jak chcecie, to sobie trzymajcie świnie, kaczki, gęsi i będziecie sobie jakoś żyć - dodał.
Tyle, że mieszkania nie były lokatą kapitału, bo już wtedy wymagały inwestycji.
Inna rzecz, jak podkreślił reportażysta, że państwo bardzo mocno zaufało w niewidzialną rękę wolnego rynku. I tak np. w opracowaniach, które pojawiały się na przełomie 1989 i 1990 roku w Komitecie Ekonomicznym Rady Ministrów można przeczytać, że siłę roboczą z upadających PGR przejmą usługi. Przy czym, jak dodał, bardzo optymistycznie zakładano, że najostrzejsza faza kryzysu potrwa maksymalnie pół roku, a trwała blisko dekadę.
- Jestem przekonany, że gdyby nie PGR, to wielu problemów współcześnie dzisiaj byśmy nie mieli - podsumował w TOK FM.