Dlaczego koalicja kłóci się o edukację zdrowotną? "Nie chodzi o to, co w tym przedmiocie jest"
- Edukacja zdrowotna, która miała być nowym obowiązkowym przedmiotem w szkołach, najprawdopodobniej nie będzie obligatoryjna;
- To efekt protestów wobec elementów edukacji seksualnej, która będzie zawarta w programie tego przedmiotu;
- Jak twierdzi Justyna Suchecka, to efekt nałożenia się prac nad zmianami w szkolnym programie z kampanią wyborczą
- W efekcie uczniowie stracą szansę chociażby na zdobycie wiedzy o dietach i chorobach cywilizacyjnych
Edukacja zdrowotna, nowy obowiązkowy przedmiot, miał trafić do polskich szkół we wrześniu 2025 r. Tymczasem w ostatni weekend wicepremier i minister obrony narodowej Władysław Kosiniak-Kamysz na swojej konferencji prasowej , że chce uspokoić protestujących przeciw wprowadzeniu tego przedmiotu, bo nie będzie on obowiązkowy. W odpowiedzi na to ministra edukacji Barbara Nowacka napisała na platformie X "Ktoś znów pomylił MON z MEN jak czytam". W poniedziałek okazało się, że wypowiedź Kosiniaka-Kamysza nie była odosobniona. W "Poranku Radia TOK FM Krzysztof Hetman, wiceprezes PSL przekonywał , że "że było to wynikiem rozmów, jakie się odbyły na ten temat z premierem Tuskiem". Również kandydat na prezydenta Rafał Trzaskowski na swojej konferencji prasowej stwierdził, że edukacja zdrowotna jest potrzebna, ale powinna być dobrowolna.
Powrót do przeszłości
- Wydawałoby się, że edukacja zdrowotna jest czymś, co powinno godzić i łączyć wszystkich Polaków. Z licznych badań wiemy, że to wartość najważniejsza, lub prawie najważniejsza, bo czasem przegrywa z rodziną - mówiła w audycji "Jest temat!" dziennikarka tvn24.pl zajmująca się systemem edukacyjnym w Polsce, Justyna Suchecka, określając zamieszanie jakie pojawiło się w ostatnich dniach "zaskakującym". - Nowy przedmiot to tylko w jednej dziesiątej edukacja seksualna, w tym miejscu zastępuje wychowanie do życia w rodzinie. Wszyscy dookoła, włącznie z politykami opozycji mówią, jak bardzo potrzebne rzeczy są na tym przedmiocie. To jest bardzo ważne - przypomniała gościni Agata Szczęśniak.
To nie wszystko, co mamy dla Ciebie w TOK FM Premium. Spróbuj, posłuchaj i skorzystaj ze specjalnej oferty. Wejdź tutaj, by znaleźć szczegóły >>
Jej zdaniem podstawowym problemem jest tu zbieżność czasu.- Nagle, kiedy okazało się, że prace nad tym przedmiotem nakładają się na kampanię wyborczą, to mamy do czynienia z powrotem do przeszłości. Czuję się, jakbyśmy znowu byli w roku 2020, kiedy to prezydent Andrzej Duda ogłaszał publicznie na wiecach, że będzie chronił dzieci, a teraz w tej roli występuje pan Karol Nawrocki w towarzystwie byłego ministra Czarnka - przekonywała, dodając, że w tej sytuacji politycy prawicy bronią dzieci nie tylko przed edukacją seksualną, ale także przed "rozmową o zdrowiu publicznym, o dietach, o mięśniach, o tym jak się nie stresować" czy o rzeczach związanych z chorobami cywilizacyjnymi.
Dziennikarka przyznała, że niestety seksualność młodych ludzi to jeden z tych tematów, na których można dziś budować kampanię wyborczą, a co za tym idzie polaryzację społeczną. W efekcie problemy ma cały przedmiot, który podejmował bardzo ważne tematy, m.in. miał uczyć młodych ludzi, jak chronić się przed złym dotykiem. - Osoby o raczej konserwatywnych i bardziej prawicowych poglądach akurat na tę cześć bardzo się cieszyły. Ten przedmiot w dużej mierze zyskał poparcie publiczne - tłumaczyła gościni TOK FM, wspominając tu tekst Tomasza Terlikowskiego, który przekonywał, że przedmiot jest zgodny z nauką papieża Franciszka. - Istnieje więc takie podejrzenie, że w ogóle nie chodzi tutaj o to, co w tym przedmiocie jest. Myślę, że większość ludzi, którzy się z nim kłócą, również polityków koalicji, w ogóle nie zajrzała do tej podstawy. Kluczowe jest to, co ludzie piszą w internecie i czy można na tym zyskać jakieś punkty - spuentowała.