,
Obserwuj
Wielkopolskie

"Pan sobie nie wyobraża, jaki panował wówczas terror". 67 lat od tragicznych wydarzeń w Poznaniu

Maciej Szefer
3 min. czytania
28.06.2023 07:00
Jako pierwsi w powojennej Polsce zbuntowali się przeciw złym warunkom pracy, niskim płacom i fatalnym warunkom życia. Wyrazili swój sprzeciw wobec komunistycznej dyktatury i zostali za to ukarani. Kilkadziesiąt osób, które na ulicach Poznania żądało chleba i wolności, zapłaciło za to najwyższą cenę. Mija 67 lat od tych wydarzeń.
|
|
fot. Łukasz Cynalewski / Agencja Wyborcza.pl

Poznaniacy pamiętają o wydarzeniach z czerwca 1956 roku, choć komunistyczne władze przez wiele lat próbowały zatuszować to robotnicze powstanie. Po latach, kiedy czasy się zmieniły, czerwiec jest w Poznaniu miesiącem pamięci o ofiarach i wydarzeniach, które - zdaniem historyków - wpłynęły na to, co działo się w Polsce w latach '70 i '80.

Maria Majchrzak miała wtedy kilka lat. Jej przyszły mąż był nieco starszy. Jako dziewięcioletni i ciekawy świata chłopiec znalazł się w centrum wydarzeń, które przeszły do historii i na stałe zostały w jego pamięci. Potem były zresztą przekazywane kolejnym pokoleniom.

- Śledzę adresy tych ludzi, którzy zginęli. To byli sąsiedzi mojego męża. Mieszkali na Jeżycach. Tu widzę kolejną ofiarę z tej dzielnicy, tym razem z ulicy Długosza - mówi Maria Majchrzak, żona uczestnika Poznańskiego Czerwca '56. - Gdyby nie te wydarzenia, to być może nie żylibyśmy teraz w wolnym kraju. To była niesłychana odwaga. Pan sobie nie wyobraża, jaki panował wówczas terror i jak ciężko się ludziom żyło. Brakowało wszystkiego, byliśmy zastraszani. To, że robotnicy wyszli na ulice protestować, najpierw z jednego zakładu, a potem kolejnych, to był akt desperacji i rozpaczliwa walka o godne życie - przekonuje moja rozmówczyni.

"Chciał wolności. Zginął na miejscu"

Marię Majchrzak spotykam przed plenerową wystawą, niedaleko Muzeum Powstania Poznańskiego - Czerwiec 1956 r. Opowiada mi, co o robotniczym powstaniu mówiono w jej domu i jak wspominali te wydarzenia uczestnicy.

- Mąż był 1947 rocznik. Ja jestem 1952. Małżonek wspominał zawsze wydarzenia z ulicy Kochanowskiego, kiedy wyrwał się mamie spod fartucha i pobiegł zobaczyć, co się dzieje. Jego uwagę zwrócił wysoki mężczyzna, który szedł w tłumie protestujących - wspomina Majchrzak. - Tego mężczyznę postrzelono w szyję, zginął na miejscu - dodaje.

W ciągu kilku dni powstania zginęło kilkadziesiąt osób. Rannych było o wiele więcej. Trudno zliczyć, ile życiorysów zostało złamanych potem przez komunistyczne władze, które próbowały zatuszować wszystkie wydarzenia w Poznaniu.

O 6.30, w czwartek 28 czerwca 1956 roku, uruchomiono główną syrenę w Zakładach im. Józefa Stalina Poznań (ZISPO - ówczesna nazwa Zakładów Przemysłu Metalowego Hipolita Cegielskiego). Był to sygnał dla robotników do rozpoczęcia manifestacji.

Pochód skierował się w stronę centrum Poznania, zmierzając do siedzib władzy - Miejskiej Rady Narodowej i Komitetu Wojewódzkiego Polskiej Zjednoczonej Partii Robotniczej. Na jego czele szły kobiety, pracujące na co dzień przy ręcznym szlifowaniu wagonów. Nikt nie krzyczał, robotnicy szli w milczeniu w kierunku urzędów, aby zmusić władze do konkretnych rozmów.

- Echa tego wydarzenia dotarły do całego świata. Dzięki temu, że odbywały się wówczas w mieście 25. Międzynarodowe Targi Poznańskie, świat się o tym dowiedział. Pisano o tym na zachodzie Europy, a także w Stanach Zjednoczonych czy Argentynie - mówi Rafał Reczek, dyrektor Instytutu Pamięci Narodowej w Poznaniu.

Manifestacja nabrała charakteru narodowego i antykomunistycznego. Do pochodu dołączali też przedstawiciele innych zakładów. Wznoszono hasła: "Chcemy wolnej Polski", "Wolności", "Żądamy wolnych wyborów pod kontrolą ONZ!". Domagano się przyjazdu do Poznania premiera Józefa Cyrkankiewicza i sekretarza KC Edwarda Ochaba.

"Łańcuch pokoleń nie zostanie zerwany"

Pojawiła się plotka o aresztowaniu części manifestujących. Tłum ruszył więc w kierunku więzienia na Młyńskiej, gdzie zdobyto broń. Inna część pochodu poszła w kierunku gmachu komitetu miejskiego PZPR na Jeżycach i budynku UB. Na ziemię z dachu ZUS-u runęły zagłuszarki zachodnich rozgłośni radiowych. Tam doszło do pierwszych walk ulicznych i padły strzały, które przypomina w rozmowie Maria Majchrzak.

- Częściej wspomina się wcześniejsze wydarzenia z Berlina czy Pilzna, a o Poznaniu mówi się niewiele. Staramy się to zmienić. Pamiętajmy, że nawet autor "Dżumy" Albert Camus - po wydarzeniach z Poznania - urządził w Paryżu manifestację. Potępiał komunizm, a o jego manifeście głośno było na Starym Kontynencie - precyzuje Reczek.

Wieczorem 29 czerwca premier Józef Cyrankiewicz w słynnym przemówieniu radiowym do mieszkańców Poznania powiedział, że "każdy prowokator czy szaleniec, który odważy się podnieść rękę przeciw władzy ludowej, niech będzie pewny, że władza ludowa mu tę rękę odrąbie".

W Poznaniu wciąż żyją uczestnicy wydarzeń sprzed 67 lat. Reczek wskazuje, że to najcenniejsze, co mamy. Podkreśla jednocześnie, że o wydarzeniach z czerwca 1956 roku należy mówić więcej, nie tylko w Poznaniu czy Wielkopolsce, ale i w całej Polsce. Najnowsze badania wskazują, że podczas Poznańskiego Czerwca życie straciło 57 osób. Rannych miało zostać 650 osób. Najmłodszą ofiarą był 13-letni Romek Strzałkowski.