"Pewnie pani latała po mieście i tak się stało". Kobiety po poronieniu zostawiane same sobie
Paulina Szydłowska była w wyczekiwanej i wymarzonej ciąży, jak się okazało - bliźniaczej. Gdy przyjechała do szpitala, usłyszała od lekarzy: "Pewnie pani latała jak poparzona po mieście i dlatego tak się stało". - To było moje pierwsze zderzenie z takim nieludzkim komentarzem. Lekarz ewidentnie wiedział lepiej, jak było. Choć zapewniałam, że to nieprawda, bo bardzo dużo leżałam. Ale nikt nie słuchał - opowiada w rozmowie z tokfm.pl.
- Własne doświadczenia skłoniły mnie do nagłośnienia problemu nieodpowiedniego traktowania kobiet w szpitalach podczas poronienia. Brak zrozumienia wśród personelu szpitalnego oraz łamanie praw pacjenta były impulsem do stworzenia fundacji - dodaje gościni tokfm.pl.
Kobiety potrzebują wsparcia
Jak podkreśla, wiele kobiet po poronieniu doświadcza braku empatii. - Rozumiem, że dla personelu medycznego poronienie jest czymś, z czym stykają się na co dzień, co jest dla nich czymś naturalnym i powtarzalnym. Ale w przypadku kobiety to jest dramat który dzieje się tu i teraz. Ona potrzebuje wsparcia, również emocjonalnego. Oczywiście w szpitalach są psycholodzy, do mnie również pani psycholog - na 10 minut - przyszła. Ale z tej rozmowy zapamiętałam tylko kilka pytań i zdanie "jeszcze pani kiedyś urodzi". Nie tego bym oczekiwała w tak trudnym dla kobiety momencie - opowiada nasza rozmówczyni.
Dlatego stworzyła fundację - by dać kobietom przestrzeń do opowiedzenia swoich historii. Zamieszcza je w mediach społecznościowych.
"Straciłam przytomność na kozetce, odzyskałam ją na sali poporodowej otoczona kobietami tulącymi swoje maleństwa. Moje prośby o pomoc psychologiczną czy osobną salę zostały zbyte słowami: "Nie ty pierwsza, histeryzujesz". Hitem było zdanie jakie wypowiedział ordynator: "Jak się napatrzysz na maluszki, to szybciej zajdziesz w ciążę" - to fragment jednej z takich relacji.
"Lekarz który mnie przyjmował, nie wykazywał żadnych uczuć - był zimny i niemiły. Przeprowadzał ze mną wywiad medyczny i wtedy usłyszałam: „Takich poronień to może być i ze 20". Poczułam się jakby ktoś wbił mi nóż w serce. Nikt w szpitalu nie przedstawił mi moich praw, nikt nie doradził co zrobić. A w tamtej chwili nie myślałam, ból przesłaniał mi wszystko" - to już fragment opowieści pani Oli. Takich historii jest więcej.
Potrzebne zmiany w prawie
Wielokrotnie opisywaliśmy na naszym portalu historie kobiet, które po poronieniu chciały dokonać pochówku czy ubiegały się o skrócony urlop macierzyński. Problem w tym, że - aby było to możliwe - trzeba znać płeć dziecka. A to trudne gdy do poronienia dochodzi bardzo wcześnie. W efekcie, gdy płci nie udaje się ustalić w badaniach genetycznych, za które musi zapłacić kobieta, bo państwo ich nie finansuje, nie ma ona żadnych praw.
Paulina Szydłowska i jej poznańska fundacja walczy, aby to zmienić. Nasza rozmówczyni uczestniczy w rozmowach w tej sprawie w Ministerstwie Rodziny, Pracy i Polityki Społecznej. - Widzę, że jest zrozumienie dla naszych postulatów i działań. I że jest ze strony pani minister chęć zmian - mówi Szydłowska.
Ministra Agnieszka Dziemianowicz-Bąk już kilka miesięcy temu zapowiedziała, że nieludzkie prawo zmuszające do oznaczenia płci dziecka po poronieniu musi się zmienić.
- W resorcie pracy zdecydowaliśmy się powołać specjalny zespół, do którego należeć będą zarówno osoby po stracie, jak i pracownicy z ministerstwa, przedstawiciele innych resortów, ale także lekarze, zewnętrzni eksperci i prawnicy, którzy na co dzień tą tematyką się zajmują. Zadaniem zespołu jest zdiagnozowanie problemów i przygotowanie możliwych sposobów ich rozwiązania. To wszystko wymaga najwyższej uwagi, zadbania o szczegóły i współpracy wielu podmiotów, a więc i czasu. Ale chcemy zrobić pierwszy krok - mówiła ministra w jednym z wywiadów w lutym.
- Gdy po poronieniu zapytałam w szpitalu o możliwość wykonania badań genetycznych usłyszałam "Za pierwszym razem się tego nie robi, ale kiedy pani poroni trzeci raz, to wtedy pani zrobi". Czy nie mogło to być wypowiedziane w zupełnie inny sposób? Jak ja miałam się w tej sytuacji poczuć, tuż po stracie? - mówi Paulina Szydłowska.
To, że kobiety muszą płacić za badanie genetyczne w celu uzyskania płci dziecka, jest w jej ocenie dyskryminujące. - To są niemałe kwoty, kilkaset złotych, czasami nawet więcej. Części kobiet na to nie stać - mówi w rozmowie z tokfm.pl. I dodaje, że koniecznie trzeba to zmienić. - Rozmowy w tej kwestii trwają, to na pewno wymaga dużej dyskusji i większych przemyśleń.
Jak wskazuje, częstym problemem jest coś jeszcze. - W naszej fundacji spotykamy się z opowieściami kobiet które mówią o tym, że szpitale nie chcą we właściwy sposób zabezpieczać materiału poronnego do badań. A bez tego takich badań - również za pieniądze - nie da się przeprowadzić. Jest to wręcz kluczowe. W jednym z przypadków z którym mieliśmy do czynienia, kobieta wypisała się na własne żądanie i pojechała do drugiego szpitala, bo wiedziała, że materiał nie będzie odpowiednio zabezpieczony. Dlatego ten wątek też poruszam w trakcie rozmów z przedstawicielami Ministerstwa Rodziny - dodaje gościni tokfm.pl.
Konkretna pomoc dla potrzebujących
Ostatnie spotkanie ministerialnego zespołu odbyło się 9 maja. Rozmawiano m.in. o rozporządzeniach regulujących prawo do zasiłku macierzyńskiego oraz zasiłku pogrzebowego w przypadku poronienia lub śmierci dziecka tuż po porodzie. Rozporządzenia mają znieść obowiązek ustalania płci i miałyby wejść w życie jesienią tego roku. Kolejne spotkanie zespołu planowane jest na czerwiec.
Fundacja "Ronić po ludzku" to nie tylko historie kobiet po poronieniu. To także webinary, podcasty oraz specjalnie uruchomiona infolinia dla kobiet, ale też mężczyzn, którzy potrzebują wsparcia po poronieniu. To numer 887 499 599. - Stworzyliśmy infolinię, na której można uzyskać informacje o przysługujących prawach w momencie straty ciąży. Mamy świadomość tego, że znajomość praw jest niezbędna "tu i teraz" - podsumowuje nasza rozmówczyni.