Kraj gangów. Pod ich kontrolą jest nawet 80 proc. stolicy. "Jest ryzyko, że miasto upadnie"
- Gangsterzy wtargnęli do więzienia w haitańskim Mirebalais i wypuścili z niego około 500 osób;
- Gangi od lat panują na Haiti, a międzynarodowa pomoc jest za słaba, żeby rozwiązać problem - mówił w TOK FM Tomasz Surdel;
- Przestępcy mają przewagę, m.in. dzięki nowoczesnej broni kupowanej legalnie w USA, a potem przemycanej do kraju;
- Pomóc mogłaby duża liczba zagranicznych wojsk, ale "Amerykanie się do tego nie garną".
Haitańska policja poinformowała we wtorek, że uzbrojeni gangsterzy wtargnęli do więzienia w mieście Mirebalais w środkowej części kraju i wypuścili ok. 500 osób. Wcześniej podpalono lokalny posterunek policji. Według haitańskich władz policja odzyskała już kontrolę nad miastem. Jednak sytuacja jest daleka od stabilnej.
- Czy Haiti jako państwo jeszcze w ogóle istnieje? - pytał w "A teraz na poważnie" Mikołaj Lizut.
- Wciąż istnieje, ma granicę i jakąś władzę centralną - przekonywał Tomasz Surdel, dziennikarz zajmujący się Ameryką Południową. - Tego, co się tam dzieje, można się było spodziewać. I to jest w tej sytuacji najbardziej tragiczne. Wszystkie te straszne wiadomości, które dochodzą z Haiti, że ostatnio zabito drugiego już kenijskiego policjanta, spalono największy szpital w stolicy - wszystko to było spodziewane - zaznaczył.
- Kiedy zaczęła formować się międzynarodowa misja stabilizacyjna na Haiti, wszyscy eksperci jednogłośnie powtarzali, że ona jest potrzebna, ale nie w takiej formie - zwracał uwagę dziennikarz. Już wtedy podkreślano, że 2,5 tys. policjantów to o wiele za mało. - Nigdy też nie udało się tych dwóch i pół tysiąca policjantów zebrać. Jest ich zdecydowanie za mało, ponieważ gangi są o wiele liczniejsze i lepiej uzbrojone - dodawał gość TOK FM.
A są świetnie uzbrojone dzięki broni, która przypływa z USA. - Tam jest legalnie kupowana i potem nielegalnie wysyłana do Haiti. Szacuje się, że mniej więcej 80 proc. broni, której używają gangi haitańskie, zostało oficjalnie zakupionych w sklepach w Stanach Zjednoczonych - mówił.
Surdel tłumaczył, że na Haiti funkcjonuje wiele gangów połączonych w różne koalicje, które są "dość płynne". - Wszystkie te gangi walczą z państwem haitańskim, ale od czasu do czasu walczą też między sobą - dodawał. Gangi zostały stworzone przez polityków, żeby wpływać na wyniki wyborów przez zastraszanie ludzi. Swoje grupy paramilitarne formowali także bogaci Haitańczycy. Potem jednak wyrwały się one spod ich kontroli. Obecnie żyją z porwań i okupów, kontrolują porty, panując nad transportem dóbr (Haiti musi importować większość produktów).
Nie można zapomnieć
Surdel przypominał, że USA finansują pomoc militarną, choć "jest ona słaba". - Amerykanie zdają sobie sprawę, że jest to tykająca bomba, która znajduje się relatywnie blisko ich granic. Szef dyplomacji amerykańskiej Marco Rubio w zeszłym tygodniu zrobił turę po okolicznych państwach, żeby porozmawiać o sytuacji na Haiti - podkreślił.
Receptą na bolączki Haiti byłoby wysłanie tam bardzo dużej liczby wojska. - Amerykanie się do tego nie garną, poza tym nie byliby tam dobrze widziani, bo mimo wszystko mają złą historię na Haiti. Okupowali ten kraj przez kilka lat w połowie ubiegłego wieku i Haitańczycy to wciąż pamiętają - zwracał uwagę Surdel.
Pomysłu na rozwiązanie problemu nie ma ONZ. - Co nie znaczy, że trzeba zapomnieć o Haiti. Bo jak zapomnimy, problem się rozleje. W tej chwili mówi się, że nawet 80 proc. terytorium stolicy jest pod kontrolą gangów. To rekord, nigdy tak źle nie było. Istnieją obawy, że miasto upadnie i zostanie całkowicie przejęte przez gangi - ostrzegał Surdel.