,
Obserwuj
Świat

Wdowa po pośle: Nie jadę do Smoleńska. Nie chcę rozmawiać o pieniądzach

3 min. czytania
08.04.2011 18:57
- Jest ciężko. Chcę, żeby to już się wreszcie zakończyło - powiedziała Alina Wojtas, wdowa po lubelskim pośle PSL Edwardzie Wojtasie, który zginął tragicznie w katastrofie prezydenckiego samolotu pod Smoleńskiem. Ś.p. Edward Wojtas zostawił po sobie też dwie córki.
|
|
fot. Robert Kowalewski / Agencja Wyborcza.pl

TOK FM: Mija rok od katastrofy. Czy dziś jest trudniej czy łatwiej niż wtedy, 10 kwietnia 2010 roku?

 

Alina Wojtas: Ten rok był bardzo trudny, musiałyśmy zmienić swoje życie. Nie mamy teraz planów ani marzeń. Myślimy tylko o tym, co będzie jutro. Dobrze, że i ja i córki chodzimy do pracy - dzień jest w miarę normalny. Ale przychodzimy do domu i w mediach ciągle słyszymy na ten temat. Jest nam z tym bardzo trudno. Minął rok, ale nam wydaje się, że to było tak niedawno. Trudno jest zapomnieć, trudno zaakceptować pustkę po mężu i jego nieobecność.

Wiele osób z niecierpliwością czeka na raport w sprawie katastrofy przygotowywany przez komisję ministra Millera. Pani też?

 

Chcę, żeby to już się wreszcie zakończyło. Przedłużanie tego śledztwa to dla nas rozdrapywanie ran, tylko przedłuża nasze cierpienie i ból. Choć czasem myślę, że może to przedłużenie spowoduje, że raport będzie bardziej rzetelny. Staram się spokojnie czekać.

Czy Pani solidaryzuje się z innymi rodzinami zmarłych, gdy słyszy pani takie sformułowania "my, rodziny smoleńskie, domagamy się"?

 

Na pewno do nich należę, ale nie emocjonuję się tak, jak część rodzin. Tu, w Lublinie, jestem sama. Biorę udział w spotkaniach z rodzinami, które odbywają się w Warszawie. Rozmawiamy wspólnie o naszych problemach. Moim zdaniem podziały między nami wytworzyła polityka i media. Z żadną z konkretnych grup rodzin się nie solidaryzuję. Wiem, że życia mojemu mężowi nic nie wróci. Nie chcę sobie brać na głowę dodatkowych emocji.

Czy jesteśmy bliżej wyjaśnienia przyczyn katastrofy?

 

Trudno powiedzieć. Słyszymy, że jest coraz więcej wątpliwości i niewyjaśnionych zdarzeń. Nie mamy jeszcze wszystkich dowodów, również wraku. Nie było wiele przesłuchań.

Bezustannie toczy się gorąca dyskusja wokół pomnika poświęconego ofiarom katastrofy.

 

To była taka tragedia, że pomnik wszystkim ofiarom na pewno się należy. Gdzie powinien powstać? Nie mnie o tym decydować. Na pewno w jakimś miejscu centralnym, gdzie będą przychodzić ludzie, przyjeżdżać wycieczki i pielgrzymki. Chodzi o to, żeby pozostała pamięć po tej tragedii.

Była Pani już w Smoleńsku?

 

Nie. Dla mnie i moich córek to jeszcze za trudne. Nie mamy odwagi. To, co widzimy w telewizji, te obrazki, zdjęcia z lotniska i okolicy, wyglądają przerażająco. Poczekamy jeszcze, potrzeba nam trochę czasu. Ale na pewno tam kiedyś pojedziemy.

Są prowadzone pierwsze rozmowy z Prokuraturą Generalną na temat odszkodowań dla rodzin. Czy to już ten moment, żeby rozmawiać o pieniądzach?

 

To dla mnie bardzo przykre, że informacja o odszkodowaniach została to podane do publicznej wiadomości. Ja żadnych takich rozmów nie podejmuję. Poczekam na zakończenie śledztwa i dopiero wtedy zastanowię się, czy będę występowała o taką ugodę, o jakieś zadośćuczynienie. Przykre jest to, że ktoś za mnie wycenił mój ból, moje cierpienie i że dowiedziałam się o tym z mediów, jak miliony Polaków.

Zaprosiła mnie pani do domu. Czy można powiedzieć, że wasz dom - pani i dwóch córek - choć częściowo tętni już normalnym życiem?

 

Na pewno nie. Życie po 10 kwietnia zupełnie się zmieniło. Szczególnie trudno jest nam w domu, bo tu zostało wiele rzeczy męża: ubrania, buty, inne przedmioty. Wszystko jest tak jak było. Dosłownie. Na stole, w biblioteczkach, stoją teczki i torby, które mąż przywoził do domu. W szafie wiszą jego ubrania. Czujemy ogromny ból, gdy na to wszystko patrzymy, ale nie mam odwagi nic z tym robić. Dom jest smutny, bardzo smutny. Po prostu.