Stawiszyński: Dyskusjofobia

Wystarczy rozejrzeć się dookoła - po mediach tradycyjnych i społecznościowych (tych ostatnich zwłaszcza) - żeby skonstatować wielokrotnie już diagnozowane zjawisko: w dzisiejszym świecie zanika zdolność racjonalnej dyskusji.

Zamiast niej króluje bezpardonowy pojedynek na inwektywy i inne radykalne środki perswazji o charakterze głównie emocjonalnym. W miejsce racji stosuje się oburzenie, urazę oraz manifestację grupowej solidarności. Bardzo często idzie z tym w parze także specyficzne przekonanie, że samo podejmowanie rozmowy z kimś, kto prezentuje się jako światopoglądowy przeciwnik, jest czymś zasadniczo niestosownym i moralnie wątpliwym.

Nazywam to przekonanie – czy raczej należałoby powiedzieć pewien splot emocji i myśli – „dyskusjofobią”, definicyjną cechą fobii jest bowiem lęk przed obiektami albo sytuacjami, które realnie nie są zagrażające.

Dyskusjofobia niesie w sobie tak fundamentalne przekonanie o bezpośredniości i oczywistości własnych rozpoznań i stanowisk, że jakiekolwiek konfrontowanie ich z majaczeniam błądzących w mroku heretyków z automatu jawi się jako bez mała skandaliczne. Towarzyszy jej także specyficzna presja wywierana czasami bardzo wprost, a czasami za pomocą subtelnych aluzji, z których jednoznacznie wynika, że zgoda z jakimś poglądem albo poparcie dla jakiejś sprawy jest dla człowieka przyzwoitego jedyną możliwą opcją. A ktokolwiek chciałby na ten temat dyskutować, tego należy obłożyć anatemą (czyli banem), albo w każdym razie odsądzić od czci i wiary, w myśl starej zasady „kto nie jest z nami, ten jest przeciw nam”.

Z prawdą jest więcej kłopotu

To oczywiście tylko wierzchołek góry ukrytej starannie w oceanie współczesnej infosfery i debaty publicznej. Coraz bardziej brutalnej, spolaryzowanej i stopniowo tracącej z oczu coś, co już w starożytnej Grecji – a zatem w kulturze, w której sformułowano zasadniczy zrąb naszego sposobu obchodzenia się z faktem istnienia – traktowano jako sprawę pierwszej wagi. Mianowicie przekonanie, że konfrontacja stanowisk, dyskusja, w której dokonuje się wymiana argumentów, służy – mówiąc najkrócej – wspólnemu dochodzeniu do jakiejś prawdy o świecie.

Niekoniecznie prawdy przez duże „P”, niekoniecznie jednej, niezmiennej i wyłącznej. Z tego rodzaju prawdą więcej jest bowiem, jak się zdaje, kłopotu niż pożytku. Raczej prawdy rozumianej jako niekończący się proces udoskonalania i precyzowania naszego obrazu świata. Osiągania coraz lepiej uzasadnionych i coraz bardziej adekwatnych twierdzeń o rzeczywistości, która wyjściowo stanowi dla nas sferę nieprzejrzystą i tajemniczą. Sferę, którą tu i ówdzie rozświetlamy – z biegiem czasu coraz skuteczniej i wnikliwiej – z pomocą wytwarzanych wspólnym wysiłkiem narzędzi poznawczych. A także – co równie istotne – określonych procedur i reguł ich stosowania.

Przyzwolenie na kłamstwo

Nie da się ukryć, że w ostatnich dekadach mamy do czynienia z poważnym kryzysem tego rodzaju punktu widzenia. Stworzone przez amerykańskiego eseistę Ralpha Keyesa pojęcie „postprawdy” – nawiasem mówiąc Keyes jest autorem świetnej książki na ten temat wydanej niedawno także po polsku – dość dobrze ten kryzys obrazuje. Jego motorem napędowym nie jest jednak wcale triumf postmodernizmu, czyli koncepcji, w myśl której nic, co ktokolwiek mówi o czymkolwiek, nie jest ani bliższe ani dalsze rzeczywistości, bowiem same pojęcia „rzeczywistości”, „adekwatności” i „poznania” są ledwie czymś na kształt literackiego konstruktu. Oczywiście, postmodernizm swoją rolę niewątpliwie tutaj odegrał. Można na przykład wskazywać, że upolitycznienie „prawdy”, które jest istotą krytyki formułowanej przez jego przedstawicieli („każda 'prawda' to tylko ekspresja określonych interesów politycznych”), przyczyniło się do dewaluacji tej kategorii. Niemniej w dzisiejszym kryzysie chodzi o coś zupełnie innego.

Jego istotą jest nie tyle dewaluacja prawdy, ile raczej... przyzwolenie na kłamstwo. Albo mówiąc jeszcze inaczej: bezkarność z jaką kłamstwo uchodzi politykom,  mediom i w ogóle wszystkim podmiotom oferującym jakiś produkt, poczynając od całkiem konkretnych odkurzaczy i smartfonów, a na bezcielesnych informacjach kończąc. W świecie technologii informacyjnych nikt już po prostu prawdy nie potrzebuje, bo manipulacja emocjami i przekonaniami bez oglądania się na to, jak rzeczy się mają, jest zdecydowanie prostsza i skuteczniejsza. Dlatego ludziom mówi się chętniej wcale nie to, co jest uzasadnione i zweryfikowane, ale to, co wywiera na nich odpowiedni efekt.

Trudno się dziwić, że w tego rodzaju krajobrazie, zasady racjonalnej debaty, konstruowania argumentacji, uzasadniania swoich przekonań – pozwalające oddzielić manipulację od rzetelnej wypowiedzi, kłamstwo od prawdy, perswazję od komunikacji – nie tylko tracą na wartości, ale stają się wręcz niebezpieczne. Trudno się dziwić, że filozofii nie ma w szkołach, a tu i ówdzie likwiduje się jej wydziały jako rzekomo pozbawione praktycznej wartości.

Emocje plus zamykanie się

Oczywiście kryzys pojęcia prawdy to tylko jeden ze składników zjawiska dyskusjofobii, o którym tu mowa: panicznej negacji poglądów niezgodnych z już posiadanymi, bez najmniejszej nawet próby poddania ich refleksji. Innymi jego niezbywalnymi składnikami są właśnie nowoczesne technologie komunikacyjne, które zamykają nas w informacyjnych bańkach, a zarazem intensywnie bombardują naszą sferę emocjonalną. W jednym z niedawnych kwadransów cytowałem Paula Blooma, psychologa, autora między innymi świetnej książki „Przeciw empatii”. Bloom przekonuje, że jesteśmy dzisiaj ponad miarę rozemocjonowani. Sprzyjają temu tyleż rozmaite psychologiczne i społeczne teorie, które emocjonalność wynoszą na piedestał, ile cała potężna sfera przemysłu marketingowego i kulturowego, opartego prawie wyłącznie na oddziaływaniu na uczucia. Dodajmy to tego naturalną tendencję do zamykania się w kręgu myślących podobnie, potwierdzania istniejących przekonań zamiast ich zmiany oraz agresji wobec wszystkiego, co odmienne i wymykające się łatwym klasyfikacjom – i dostaniemy właściwie komplet czynników przyczyniających się do galopującej epidemii dyskusjofobii.

Dotyka to prawicę i lewicę

Przy czym powiedzmy wprost, że jest to zjawisko niezależne od politycznej barwy, dotykające w równym stopniu konserwatystów i liberałów, prawicowców i lewicowców.

W kręgach prawicowych nader często charakteryzuje ją przekonanie, że wszyscy, którzy myślą inaczej to ludzie o podejrzanej moralności, źli, reprezentujący cywilizację śmierci, pragnący zniszczenia zachodniej kultury oraz – last but not least – opętani seksem i cielesnością. Z kimś takim – oczywiście – w ogóle nie należy rozmawiać, bo sam fakt podjęcia rozmowy oznacza autoryzowanie przeciwnika. W kręgach lewicowych – że wszyscy inaczej myślący to zasadniczo miłośnicy patriarchatu, przemocy i dyskryminacji, a także wyznawcy jakichś absurdalnych przesądów. Z kimś takim – oczywiście – w ogóle nie należy rozmawiać, bo sam fakt podjęcia rozmowy oznacza autoryzowanie przeciwnika.

Łatwo zauważyć, że w obu przypadkach używa się rozmaitych środków retorycznych nie po to, żeby przekonać antagonistę, ale żeby go zdeprecjonować i zdelegalizować. Deprecjacja i delegalizacja – odbywające się zazwyczaj w atmosferze moralnego wzmożenia i oburzenia,  przybierające niekiedy formę internetowych samosądów – pozwalają z jednej strony uniknąć trudu prowadzenia racjonalnego sporu. Z drugiej zaś poczuć błyskawiczną przyjemność z powodu redukcji napięcia wywołanego zderzeniem z innym punktem widzenia. Nie wspominając już nawet o gratyfikacji płynącej z wzajemnego upewnienia się przez członków danej grupy, że to właśnie oni reprezentują prawdę, dobro i piękno.

Zamach na każdego

W efekcie debata publiczna przestaje być postrzegana jako obszar wspólnego wypracowywania optymalnej formy stosunków społecznych, staje się natomiast terenem wojny ludzi dobrych, porządnych i moralnych z ludźmi złymi, niemoralnymi i zepsutymi. Zdecydowana nadobecność impetycznego moralizowania w rozmowach toczonych za pośrednictwem mediów społecznościowych jest jedną z konsekwencji takiego stanu rzeczy.

Sprzyja to eskalacji przemocy nie tylko dlatego, że polaryzuje, likwiduje różnorodność i zamienia ideowych oponentów w śmiertelnych wrogów. Skoro bowiem moje przekonania traktuję jako niezmienny, integralny składnik  tożsamości, nie zaś w pewnym stopniu przygodny zestaw tez o świecie, mogący łatwo ulec zmianie jeśli tylko pojawią się informacje, które go falsyfikują – wówczas każdy, kto ich nie podziela, dokonuje zamachu nie tyle na mój sposób myślenia, ile na mnie samego. Dlatego potrzeba obrony – najlepiej przez atak – wydaje się tutaj zupełnie naturalnym odruchem.

Sprzyja to eskalacji przemocy także, a może przede wszystkim dlatego, że usuwa wszelkie zewnętrzne punkty odniesienia i pogrąża nas w świecie jako żywo przypominającym niezbyt udane powieści fantasy. Cechują się one tym, że może się w nich zdarzyć dosłownie wszystko, bo światem przedstawionym nie rządzą właściwie żadne reguły. Cokolwiek postanowi, cokolwiek zechce autor – wydarza się ot tak, samo z siebie.

Na poziomie literatury jest to jednak znacznie bezpieczniejsza okoliczność, bo owocuje co najwyżej nudą. Na poziomie życia społecznego prowadzi natomiast ni mniej, ni więcej, do czegoś na kształt hobbesowskiego stanu natury, czyli de facto wojny wszystkich ze wszystkimi.

Po prostu – tam, gdzie nie ma prawdy, to znaczy tam, gdzie nie ma żadnego zewnętrznego punktu odniesienia, żadnych usystematyzowanych metod pozyskiwania wiedzy, tam rządzi siła. Tam bowiem przechodzi nie to stanowisko, które jest lepiej uzasadnione, ale to, za którym stoi silniejsza ekipa.

Do tego właśnie prowadzi dyskusjofobia, choć na pierwszy rzut oka być może tego nie widać.

Posłuchaj w Aplikacji TOK FM:

Więcej o:

Dostęp Premium TOK FM

Serwis informacyjny

Komentarze (4)
Stawiszyński: Dyskusjofobia
Zaloguj się
  • 2bxornot2b

    Oceniono 3 razy 1

    No e wspomne dobre czasy czerskiej chocby wielomiesieczna dyskusja na temat wanny wassermana, czy roztrzyganie problemu ministra do wora i do jeziora to byla roumowa racjonalna pelna pluralizmu dyskusja. Od powstania zajmujecie sie hejtem zwyklym brutalnym prymitywnym hejtem, wiec ja a bardzo nie rozumem obecnego waszego problemu.

  • kopandol

    Oceniono 5 razy 1

    Za SJP:
    "racjonalny - zgodny z rozumem, mający rozumowe podstawy"
    A na ch... komu w tym poybanym kraju rozum ?!
    Tu "żondzi" wiara.......

  • krytek-7

    Oceniono 5 razy -1

    Dyskusja w wykonaniu Klarenbachow i innych ku...zjonistow.Zadac pytanie z teza i samodzielnie na nie odpowiedziec,Zenujace jest,ze osoby tak traktowane nie reaguja i wystepuja w charakterze kozlow ofiarnych.

  • wujekdolf

    Oceniono 4 razy -4

    ciekawe czy dała millerowi i reszcie tych dziadów z sld.

Aby ocenić zaloguj się lub zarejestrujX