Śmielej zaglądamy do portfeli, pensje znów doganiają inflację. Ale do dobrych informacji z gospodarki wciąż daleko
Dziś zajrzymy w liczby, liczby, które opisują polską gospodarkę. To, co pokazują na koniec, przekłada się na nasze portfele, a tymi portfelami możemy całej gospodarce pomóc, albo jej zaszkodzić. Za nami sierpniowa seria danych, z których teraz wyciągamy to, co najciekawsze i najważniejsze.
Najważniejsze dla naszych portfeli są dane o wynagrodzeniach. Przeciętna pensja w Polsce znów zaczęła realnie rosnąć. Co to znaczy? Że pracodawcy dają podwyżki większe, niż wynosi inflacja — czyli w zderzeniu ze wzrostem cen pensje zaczynają wygrywać. Przez wiele miesięcy było odwrotnie, przez co konsekwentnie, cały czas ubożeliśmy.
Nie możemy mówić, że jest już dobrze, jest po prostu trochę lepiej. Pracodawcy wciąż muszą dawać podwyżki, bo cały czas brakuje im rąk do pracy. Ceny w sierpniu rosły o 10 procent, płace — o 12, przeciętne wynagrodzenie sięgnęło 7400 złotych brutto, choć pewnie dla wielu z was taka kwota wydaje się astronomicznie wysoka. Skąd się zatem wzięła?
Bo Główny Urząd Statystyczny do wyliczania przeciętnej pensji bierze pod uwagę tylko średnie i większe firmy takie, w których pracuje co najmniej 9 osób, a one zwykle płacą lepiej, wypłacają premie i dodatki — jak na przykład górnictwo czy energetyka. Czyli dane dotyczą ponad 6 milionów osób w Polsce, to mniej więcej 40 procent wszystkich zatrudnionych. Reszta pracuje w tak zwanej budżetówce albo najmniejszych biznesach, które często z ledwością wyrabiają na zakrętach, żeby wypłacić choćby pensję minimalną. Efekty widać później w sklepach.
To, co zarobimy, wydajemy w sklepowej kasie. I tu dochodzimy do kolejnych danych, które poznaliśmy, a więc o sprzedaży detalicznej. Ekonomiści mówią, że w ostatnich miesiącach mieliśmy do czynienia z recesją konsumencką. Wysoka inflacja powodowała, że więcej pieniędzy z naszego budżetu pochłaniały wydatki na mieszkanie, raty kredytów, koszty tankowania i żywności, a więc wydatki pierwszej potrzeby. Na resztę — brakowało. A ponieważ w pandemii puchły nasze portfele i masowo wymienialiśmy telewizory, komputery, lodówki i pralki, to teraz te w miarę nowe urządzenia ciągle nam służą. I na tym można oszczędzić. Jak więc ma się ta ogłoszona recesja konsumencka?
Teraz coś drgnęło. Sprzedaż detaliczna pokazująca, ile kupiliśmy, wciąż jest o niemal 3 procent niższa niż rok temu, ale ten minus z miesiąca na miesiąc się zmniejsza. Nie oznacza to, że ruszyliśmy masowo na zakupy, niemniej sierpniowy spadek był mniejszy od lipcowego, w lipcu mniejszy od tego z czerwca, który był lepszy od maja. W miarę jak pensje zaczęły zbliżać się do inflacji, my chętniej sięgaliśmy do portfeli. I właśnie w tym, ile wydajemy w sklepach cała nadzieja dla mającej już poważną zadyszkę gospodarki.
Liczy na to zwłaszcza przemysł. To ważny silnik napędzający gospodarkę, silnik, który niestety od wielu miesięcy wydaje z siebie niepojące dźwięki. Recesja w przemyśle trwa w najlepsze, jego produkcja kolejny miesiąc z rzędu spadała. Dlaczego?
Po pierwsze — uderzyło w niego nasze zaciskanie pasa, o którym mówiliśmy przed chwilą. Po co przemysł ma produkować pralki i telewizory, skoro nie ma kto ich kupić? Po drugie — pełzająca blisko dna gospodarka strefy euro, zwłaszcza ocierający się o recesję Niemcy. To nasz największy partner handlowy, jeśli jest w dołku, nie potrzebuje tylu produktów przemysłowych. Tyle przynajmniej, że spadają koszty produkcji — czyli tak zwana inflacja producencka, a więc – dużym uproszczeniu – ile kosztuje wytworzenie jednego telewizora. Kosztuje mniej niż rok temu, a to dobry prognostyk dla inflacji w ogóle – bo finalnie ten telewizor przynajmniej nie będzie dużo droższy. Niemniej, taśmy produkcyjne w fabrykach zwalniają, jest problem, a my tkwimy w środku tego problemu. Będziemy się z niego wygrzebywać, ale powoli i mozolnie.
Cała nadzieja — w naszych portfelach i naszych wydatkach — że kiedy pensje znów zaczęły realnie rosnąć, to i my odmrozimy budżety i pomożemy gospodarce w wyjściu z dołka. Bo tkwi w nim od wielu miesięcy. Cały rok ma zakończyć na zaledwie symbolicznym plusie, a wypracowanie go nie będzie, niestety, łatwe.