"Skrzyknęliśmy się i zaczęliśmy rozmawiać z leśnikami". Architektka z Krakowa ratuje las
Kleszczowskie wąwozy to piękny przyrodniczo teren położony około 15 km od Krakowa. Trzy lata temu Anna Treit przyszła tu na spacer, z chwilę wcześniej znalezionym psem. W trakcie wędrówki zauważyła, że wiele drzew jest oznaczonych jako przygotowane do wycinki. - Były to buki - piękne, dorodne, o wymiarach pomnikowych. Przepiękne miejsce, które także wielu moich sąsiadów z tej okolicy bardzo lubiło. Dlatego skrzyknęliśmy się i zaczęliśmy rozmawiać z leśnikami. Chcieliśmy przekonać ich, by tych drzew nie wycinali, ale oni byli nieugięci. Dlatego wymyśliłam kolędowanie pod bukami. Do lasu przyjechało wtedy dużo osób z Krakowa, także muzycy - wspomina Treit.
Pani Anna do kleszczowskich wąwozów zaprosiła też naukowców z Uniwersytetu Rolniczego. - Od razu powiedzieli, że w ich ocenie to jest rezerwat. Dziwili się, że nie wiedzieli o takim miejscu pod Krakowem. Zwłaszcza, że wcześniej swoich studentów leśnictwa wywozili aż w Bieszczady, by pokazywać im lasy z dużą ilością martwego drewna. Tematem zaczęli się też interesować dziennikarze i politycy. Sprawa zrobiła się głośna, bo ten las był naprawdę cenny. Niestety trwała wtedy pandemia, więc komunikacja z leśnikami była utrudniona - opowiada nasza rozmówczyni.
Po nagłośnieniu tematu dyrektor Lasów Państwowych ogłosił, że drzew nie wytnie. - W jednej z gazet padło takie zdanie, że - tu cytat - nie będzie tego lasu wycinał, tylko powstanie tam ścieżka edukacyjno-historyczna, żeby spacerom po lesie towarzyszyła głębsza refleksja - mówi Anna Treit.
Aktywistka wspomina, że "praktycznie całą pandemię spędziła w lesie". - Oznaczałam rośliny. Robiłam to "na piechotę", bo nie miałam świadomości, że są do tego specjalne aplikacje. Nigdy się tym nie zajmowałam. To była dla mnie zupełna nowość - mówi.
Wtedy też usłyszała od profesorów, z którymi miała kontakt, że są specjalne studia z ochrony przyrody i że jeśli zechce, może się na nie zapisać. Tak też ostatecznie zrobiła. Architektka postanowiła dodatkowo zostać przyrodnikiem. - A zrobiłam to między innymi dlatego, że jedno z pierwszych pytań ze strony leśników było takie, czy mam wykształcenie przyrodnicze - przyznaje. - Więc żeby nie można było nam zarzucić, że się nie znamy, postanowiłyśmy się dokształcić - mówi koordynatorka inicjatywy "Ratujmy kleszczowskie wąwozy".
Efektem studiów jest także to, że pani Anna wzięła się za przygotowanie tzw. wniosku rezerwatowego. Chodzi o doprowadzenie do powstania w wąwozach rezerwatu przyrody. - Zaczęłam docierać do naukowców, którzy pro bono postanowili mi pomóc - mówi. Tak powstało opracowanie geologiczne tego terenu, zinwentaryzowano ptaki, oznaczono mchy i wątrobowce. - Resztę roślin oznaczyłam sama i złożyłam wniosek. Regionalna Dyrekcja Ochrony Środowiska szybko go jednak odrzuciła. Po jednej, zimowej wizycie w lesie stwierdzili, że teren nie przedstawia walorów przyrodniczych - dziwi się Treit.
"Gotowe danie podane na tacy, a ktoś marudzi, że niesmaczne"
Pani Anna nie zamierzała jednak odpuszczać. Miała coraz większe wsparcie ze strony naukowców. - Do Kleszczowa przyjechał między innymi dr hab. Piotr Łukasik z Uniwersytetu Jagiellońskiego i wspólnie z innymi naukowcami wystosował stanowisko, że teren pod Krakowem jest cenny przyrodniczo. Nazwaliśmy to miejsce Małą Puszczą Kleszczowską. To około 100 hektarów lasu - mówi przyrodniczka. Pojawiła się też opinia Katedry Bioróżnorodności Uniwersytetu Przyrodniczego. - Mówiąc wprost, coraz bardziej utwierdzaliśmy się w przekonaniu, że jest o co walczyć - opowiada. Wszystkie opinie i dokumenty wysyłała do Dyrekcji Ochrony Środowiska.
Przedstawicieli RDOŚ zaprosiła też do lasu wiosną, w maju, gdy roślinność budzi się do życia. - Przyjechały trzy osoby. Spędziliśmy tam z pięć godzin. Wierzyłam, że zmienią zdanie - wspomina Treit. Po kilku miesiącach doszło do kolejnego spotkania, już w urzędzie. - Cały czas stano na stanowisku, że nie można uznać tego za rezerwat - dodaje. - Jednocześnie słyszałam opinie, że to wszystko przypomina gotowe danie podane na tacy, a ktoś marudzi, że jest niesmaczne - dodaje nasza rozmówczyni.
Ostatecznie sprawa trafiła do Generalnej Dyrekcji Ochrony Środowiska. - Niestety, tu decyzja też była dla nas niekorzystna, ale w międzyczasie nastąpiły duże zmiany personalne w Lasach Państwowych. Przyszły nowe osoby i zupełnie inaczej zaczęło się rozmawiać z leśnikami - podkreśla Treit. Zaczęły się kolejne rozmowy, dyskusje, spotkania w wąwozach. - Przyszło bardzo dużo osób, również przyrodnicy, naukowcy. I wtedy pan nadleśniczy powiedział, że przychyla się do stanowiska strony społecznej i że powinien tu powstać rezerwat - mówi pani Anna.
Obecnie wykonywane są kolejne badania, wizje lokalne w terenie, trwają zabiegi aktywistów i aktywistek o stworzenie rezerwatu. - Mamy plany. Nie chcę naszych działań wyprzedzać, ale działamy i nie odpuścimy. Walczymy do końca - mówi Anna Treit. I dodaje, że las jest dla niej miejscem odpoczynku. - Chodzę tam zawsze, gdy mam kryzys. Doskonale już go znam, choć las się zmienia. Był on "salą konferencyjną", gdy śpiewaliśmy kolędy, był "salą plastyczną", gdy zorganizowaliśmy w nim warsztaty. Także to już jest moje miejsce - podsumowuje nasza rozmówczyni.