"Tu trzeba krzyczeć". Nie tylko szpitale powiatowe są w kryzysie
Trwa "Czarny Tydzień" w szpitalach powiatowych. Lecznice, które biorą w nim udział, są oflagowane, a personel nosi czarne koszulki. - Bardzo wspieram ten protest, ponieważ dzisiaj to już trzeba krzyczeć. Trudna sytuacja nie dotyczy tylko szpitali powiatowych - uważa dyrektor Szpitala Uniwersyteckiego nr 1 im. dr. A. Jurasza w Bydgoszczy.
Z tego artykułu dowiesz się:
- Jaka jest sytuacja w szpitalach powiatowych?
- Czy podobne problemy dotyczą też szpitali uniwersyteckich?
- Co powoduje trudności diagnostyczne w szpitalach po 1 kwietnia?
- Co na temat reformy świadczeń przez NFZ uważa gość TOK FM?
Szpitale powiatowe znajdują się w bardzo trudnej sytuacji finansowej - borykają się z brakiem płatności za nadwykonania oraz drastycznym wzrostem kosztów bieżących, w tym wynagrodzeń personelu. Choć protest został zainicjowany przez mniejsze jednostki, głos poparcia płynie również z dużych ośrodków akademickich, które zmagają się z analogicznymi problemami systemowymi.
- Bardzo wspieram ten protest, ponieważ tu już nie można tylko rozmawiać, tu trzeba po prostu krzyczeć - przyznaje w rozmowie z tokfm.pl Jacek Kryś, dyrektor Szpitala Uniwersyteckiego nr 1 im. dr. A. Jurasza w Bydgoszczy. - Chciałbym z całą mocą podkreślić: ta trudna sytuacja nie dotyczy tylko szpitali powiatowych - dodaje.
Według szefa jednej z największych bydgoskich placówek, mimo że szpitale powiatowe są najgłośniejsze, kryzys dotyka także dużego procenta jednostek uniwersyteckich, które w obecnych warunkach ekonomicznych przestają sobie radzić. Dyrektor Kryś zauważa, że po odjęciu wysokospecjalistycznych oddziałów, takich jak kardiochirurgia czy psychiatria, kliniki uniwersyteckie posiadają te same nierentowne specjalności co powiaty, w tym chirurgię ogólną czy internę, a jednocześnie borykają się z podobnymi brakami kadrowymi.
NFZ zmienia wyceny świadczeń "między wierszami"
Kluczowym problemem podnoszonym przez protestujących jest mechanizm wyceny świadczeń przez Narodowy Fundusz Zdrowia, który - zdaniem menedżerów zdrowia - staje się coraz bardziej nieprzejrzysty. Dyrektor "Jurasza" wskazuje na zmianę wyceny punktowej świadczeń, która odbywa się bez głośnych zapowiedzi, a realnie uszczupla budżety szpitali.
- Nasz szpital na samej takiej wycenie "między wierszami" stracił za pierwszy kwartał 800 tysięcy. Kiedy mnożymy to razy cztery, to już mamy ponad trzy miliony mniej, tylko dlatego, że zostały delikatnie zmienione procedury w kardiologii i jeszcze w innych obszarach - tłumaczy dyrektor bydgoskiej placówki.
Jako konkretny przykład podaje też m.in operację prostatektomii, której wycena spadła o 4 tysiące złotych, co przy skali trzystu zabiegów rocznie generuje milion złotych straty. W opinii dyrektora Krysia obecna polityka finansowa NFZ jest patologiczna, ponieważ obniża się wyceny wybranych procedur, nie podnosząc jednocześnie stawek w dziedzinach od lat niedoszacowanych, jak chociażby interna czy geriatria, co uniemożliwia szpitalom bilansowanie kosztów leczenia.
"Będziemy ograniczać badania"
Szpitale krytycznie odnoszą się też do ograniczeń diagnostyki obrazowej, które obowiązują od 1 kwietnia. W "Juraszu" aktualne kolejki na badania tomografii komputerowej w trybie pilnym wynoszą już 6 miesięcy, a na rezonans magnetyczny - 7 miesięcy. Po zmianach będzie jeszcze dłużej. I choć hospitalizowani pacjenci mają zapewniony dostęp do badań, to ograniczenia uderzą w osoby korzystające z poradni specjalistycznych.
Dodatkowym obciążeniem są koszty opisów badań, które stanowią połowę ich wartości, oraz deficyt radiologów wybierających bardziej komfortową pracę w teleradiologii zamiast wyczerpujących dyżurów w centrach urazowych. Sytuacja ta rykoszetem uderza w Szpitalne Oddziały Ratunkowe, które stają się "drogą na skróty" do diagnostyki.
- Pacjenci na pewno będą chcieli mieć szybszą ścieżkę i przyjdą na oddział ratunkowy. Ponad 60 procent przyjęć na naszym SOR-ze to są przyjęcia poparte diagnostyką tomografii - wylicza Kryś. - Lekarze boją się odpowiedzialności przed prokuratorem, gdyby nie zlecili badania, choć bardzo duży odsetek to tomografie negatywne - dodaje. W obliczu zapowiedzi NFZ o płaceniu za nadwykonania jedynie w 50 lub 60 procentach ich wartości, dyrekcja nie ma innego wyjścia, jak tylko hamować liczbę badań, by nie pogłębiać zadłużenia.
Sytuację pogarsza niepewność dotycząca finansowania lipcowych podwyżek płac. - Każdy medyk wie, co to znaczy 1 lipca - kolejne podwyżki. Nie może tak być, że my nie wiemy, jak będą one realizowane - rozkłada ręce Kryś. - Tym bardziej, że tu wszyscy na to czekają. Od hydraulika, który de facto jest objęty tą ustawą, poprzez profesora. To nie może tak być, że my na dwa miesiące przed nie wiemy - irytuje się dyrektor.
Konsolidacja szpitali na "tak", ale pod warunkiem reformy wycen
W obliczu protestu powraca również dyskusja o konieczności konsolidacji usług medycznych w Polsce, co ma być odpowiedzią na rozdrobnienie personelu i infrastruktury. Strategia Ministerstwa Zdrowia w tym zakresie jest oceniana przez Jacka Krysia jako słuszna, jednak dyrektor zwraca uwagę na błędy w ustawodawstwie, które czynią proces łączenia placówek dobrowolnym i mało efektywnym.
- Ustawa o finansowaniu świadczeń zdrowotnych nie jest obligatoryjna dla ośrodków, które sobie nie radzą, aby dokonywać takich przymuszonych konsolidacji, to jest tylko pewna dobrowolność - ocenia szef bydgoskiego "Jurasza". Dodaje przy tym, że barierą są często lokalne zależności oraz lęki pracowników przed zmianami, mimo że specjaliści medyczni przy obecnych brakach kadrowych nie muszą obawiać się o zatrudnienie.
Zdaniem Krysia konsolidacja nie może być jednak jedyną drogą uzdrawiania systemu, jeśli nie pójdzie za nią gruntowna reforma wycen. - Prawidłowa wycena świadczeń, czyli likwidacja patologii polegającej na utrzymywaniu stawek, które są z definicji nierentowne, to podstawa. Choroby wewnętrzne wołają, krzyczą: jesteśmy niedoszacowani - podsumowuje dyrektor.
Źródło: TOK FM