,
Obserwuj
Polska

Udało się! Znalazł się ośrodek dla 19-latka z autyzmem, któremu pomocy odmówiło wcześniej ponad 80 placówek

Anna Gmiterek-Zabłocka, TOK FM
4 min. czytania
06.11.2019 13:52
Dominik Krynicki trzy ostatnie lata spędził w szpitalu psychiatrycznym, głównie przypięty pasami. Rodzice nie mogli zabrać go do domu ze względu na bardzo silne zachowania agresywne - w stosunku do siebie, ale również do nich. Opieki nad nim nie chciała się podjąć żadna z dziesiątków placówek. Dziś, gdy Dominik jest wreszcie w nowym otoczeniu, agresji jest coraz mniej.
|
|
fot. Archiwum prywatne rodziców Dominika

Historię Dominika opisywaliśmy kilka miesięcy temu. Już wtedy jego rodzice wiedzieli, że ich syn musi opuścić szpital, bo placówka ustawiła 'termin graniczny', do którego mógł w niej przebywać. Ośrodka dla syna szukali na własną rękę, pomagał też Miejski Ośrodek Pomocy Społecznej w Gdyni. Rozesłano zapytanie do ponad 80 domów pomocy społecznej - większość odmówiła. Pojedyncze wyraziły wolę przyjęcia 19-latka, ale... za minimum 2-3 lata, bo taką mają kolejkę oczekujących. Całą historię opisaliśmy jako pierwsi.

Po nagłośnieniu sprawy przez media do rodziców Dominika zgłosił się szef ośrodka w miejscowości Dąbie pod Bytowem, z jasną deklaracją przyjęcia chłopca. Rodzice nigdy nie ukrywali, jak zachowuje się ich syn i że może być dla otoczenia niebezpieczny. Chłopak w ataku agresji wszystko demoluje i niszczy, rzuca się na podłogę. To nie zraziło jednak prezesa i terapeutów z ośrodka w Dąbiu.

W nowym miejscu, bez pasów

- Pan prezes mimo wszystko był dobrej myśli. Powiedział, że zrobi wszystko, by Dominikowi pomóc. Z pełną odwagą i ze zrozumieniem przyjął wyzwanie i dlatego wielki ukłon w jego stronę - mówi Arkadiusz Krynicki, tata Dominika.

Najtrudniejsze były pierwsze dni, choć - jak mówią rodzice - od początku na twarzy syna widzieli, że w Dąbiu mu się podoba. Założenie było takie, by nie zakładać pasów. - Pożyczono pasy, na wszelki wypadek, ale były schowane. W pierwszą noc Dominik położył się na łóżku tak, jak się kładł w szpitalu, gotowy do zapięcia pasów. Ale pasów nie było - opowiadają.

Pobierz Aplikację TOK FM i słuchaj sprytnie:

Dominikiem na co dzień zajmuje się terapeutka, pani Ania. Ma z nim dobry i ciepły kontakt. Dzięki niej chłopiec znowu - po latach w szpitalu - zaczął sam jeść czy korzystać z toalety. Sam się ubiera. - Nawet sam myje zęby, jak mówi nam pani Ania - opowiada mama.

Ośrodek jest położony spory kawałek od Gdyni, dlatego rodzice nie są w stanie być u syna codziennie (jak to było w szpitalu), ale odwiedzają go raz w tygodniu, w weekendy. Na miejscu mogą przenocować i dzięki temu spędzić z synem dwa dni. - Jak tylko przyjeżdżamy, Dominik od razu się ubiera i chce iść do samochodu. Zawsze lubił jazdę autem i to się nie zmieniło. Cieszy się, gdy przyjeżdżamy - opowiada pan Arkadiusz.

Dominik w ośrodku dwa razy dziennie ma seanse w komorze hiperbarycznej - zagranicą jest to dość popularna metoda wsparcia dla dzieci z autyzmem. Tlen, który jest podawany pod zwiększonym ciśnieniem w specjalnej komorze, pomaga w odżywianiu i regeneracji komórek. Dominik ma dwa godzinne seanse dziennie, a raz wytrzymał nawet półtorej godziny. Czy to mu pomaga? - Na razie trudno ocenić, ale na pewno jest dużo spokojniejszy na co dzień - słyszymy od rodziców.

- To, co Dominik dostał w tym ośrodku, pokazuje, że priorytetem w pracy z takimi osobami jest odpowiednie podejście - z empatią, z życzliwością, z ciepłem, ze zrozumieniem. To są główne przyczyny tego, że zachowania syna są w tej chwili takie, jakie są - mówi pan Arek, dodając, że agresji - w porównaniu z tym, co było wcześniej - jest naprawdę niewiele.

Dominik Krynicki
Dominik Krynicki
Archiwum prywatne rodziców Dominika

Żeby gmina nie przestała pomagać

Ogromne wsparcie wykazały władze Gdyni, w tym wiceprezydent Michał Guć - to właśnie gmina finansuje pobyt chłopca w ośrodku. - Pobyt Dominika musiał być 'skonstruowany' w oparciu o jego indywidualne potrzeby, w związku z tym jest inaczej finansowany, znacznie drożej niż pobyt innych podopiecznych tego DPS-u - mówi pani Karina. W grę wchodzi kwota ok. 10 tysięcy zł przelewana co miesiąc na konto placówki.

Rodzice są szczęśliwi, oddychają z ulgą, choć nie kryją obaw. - Boimy się, co byłoby, gdyby gmina się wycofała z tego finansowania. Mamy takie myśli. Ale jest jeszcze coś - wiemy, że nasz syn dziś ma dobrą opiekę, uśmiecha się, ale dzieci innych rodziców tego nie mają. Brakuje rozwiązań systemowych w tym zakresie, brakuje ośrodków dla takich podopiecznych. I to jest poważny problem - mówi Karina Krynicka. - Nam się udało, ale zdaję sobie sprawę, że jest mnóstwo takich rodziców, którzy nie mają w sobie tyle siły, by się podnieść i zawalczyć.

'My już dawno nie mamy marzeń'

- My się musimy na nowo nauczyć marzyć, ale oczywiście priorytetem był i jest dla nas nasz syn - mówi pan Arkadiusz. - Byliśmy zawsze skupieni na tym, co tu i teraz i zapomnieliśmy o marzeniach. A oczekiwania? Żeby było tak, jak jest teraz - nic mi więcej nie potrzeba - mówi mama Dominika.