"Bez tego wróg rozstrzela nas jak kaczki". Gen. Bieniek o słabym punkcie snu o potędze polskiej armii

Polski rząd planuje dozbrojenie armii na niespotykaną dotąd skalę. - Gdybyśmy chcieli te wszystkie plany zrealizować, będzie to kosztowało ok. 100 mld zł. Czyli kolejne i jeszcze kolejne pokolenie Polaków będzie za to płaciło - ocenił w TOK FM gen. Mieczysław Bieniek.
Zobacz wideo

Polska armia planuje zakupy sprzętu wojskowego na wielką skalę. Zamówienia na niego składa nie tylko w Stanach Zjednoczonych, ale także m.in. w Korei Południowej. Przypomnijmy, pod koniec lipca minister obrony Mariusz Błaszczak zatwierdził umowy na południowokoreańskie uzbrojenie: lekkie myśliwce FA-50, czołgi K2 i samobieżne armatohaubice K9. Rząd ogłasza to jako swój wielki sukces i pręży muskuły, sugerując, że polska armia stanie się jedną z potężniejszych w Europie.

Jednak w ocenie gen. Mieczysława Bieńka, do zrealizowania tego planu jeszcze daleka droga. A same zakupy sprzętu nie sprawią, że polskie wojsko  stanie się potęgą.

- Rzeczywiście skala tych zakupów jest olbrzymia i nawet nasi amerykańscy sojusznicy momentami łapią się za głowę, gdy o tym słyszą. Np. wtedy, gdy zamawiamy 500 systemów rakietowych typu HIMARS. Tyle że taka ilość sprzętu nie może zostać wyprodukowana i dostarczona od razu, musi upłynąć dekada. Więc to wymaga czasu, także dlatego, że trzeba ten sprzęt zaabsorbować do struktur organizacyjnych sił zbrojnych. Czyli przeszkolić żołnierzy z jego obsługi, do tego dochodzi taktyka, logistyka i zmiany w strukturach dowodzenia itd. – tłumaczył w TOK FM były zastępca dowódcy strategicznego NATO.

Gen. Bieniek zwrócił uwagę, że to skomplikowana operacja, którą teraz trudno precyzyjnie zaplanować, bo – jak mówił - jeszcze nie wiemy, jak liczebne docelowo będą nasze siły zbrojne. - Zaplanowano, że będziemy mieli ok. 300 tys. żołnierzy. Ale czy osiągniemy ten poziom w ciągu następnej dekady, nie wiem – przyznał w rozmowie z Mikołajem Lizutem.

Gość TOK FM dodał, że jeśli zamówiony sprzęt zostanie dostarczony do Polski, nasze siły zbrojne będą dysponowały kilkoma typami czołgów, armatohałubic, śmigłowców i myśliwców. - Trzeba będzie stworzyć od podstaw bazy logistyczne, bo chodzi o ciągłość dostarczania części. A nie mówię tu o sprzęcie typu: rurka czy trybik... To są bardzo wyrafinowane części. Łańcuch dostaw musi być stały, bo jak w samolocie zapali się czerwona lampka, to on z hangaru nie może wyjechać. To jest duże wyzwanie – ocenił.

"Wróg rozstrzela nas jak kaczki"

Gen. Bieniek uważa, że nawet gdy udało się uzbroić polską armię w cały sprzęt, o którym mówi rząd, to musi ona mieć jeszcze osłonę przeciwlotniczą. A tego cały czas brakuje. - To kolejny wydatek, który musi zostać zrealizowany, aby to wszystko, co chcemy kupić - czołgi, armatohaubice, samoloty - miało sens. Bo bez osłony przeciwlotniczej, jak rozwiniemy w terenie brygady bojowe, to przeciwnik rozstrzela je jak kaczki – wyjaśnił.

Generał wskazał też na aspekt finansowy planowanych inwestycji w polską armię. - Gdybyśmy chcieli te wszystkie plany zrealizować, będzie to kosztowało ok. 100 mld zł. Czyli kolejne i jeszcze kolejne pokolenie Polaków będzie za to płaciło – podsumował rozmówca Mikołaja Lizuta.

DOSTĘP PREMIUM