,
Obserwuj
Ludzie

"Nocne naloty" w Afganistanie. "Gdy nas zabijali, mówili po prostu, że jesteśmy talibami"

oprac. Katarzyna Rogowska tokfm.pl
5 min. czytania
30.05.2026 19:30

"Nadejście obcych zwiastował zwykle odgłos helikoptera - tak jak 13 października 2020 roku, gdy łoskot śmigła obudził około dwudziestej drugiej Gholama Sachiego. Rodzina była pogrążona we śnie. Po chwili usłyszeli głośne pukanie, a raczej walenie pięścią w metalową bramę. Gholam Sachi powoli ruszył w jej kierunku, by otworzyć. (...) Po chwili jego rodzina usłyszała huk. Publikujemy fragment reportażu autorstwa Jagody Grondeckiej pt. "Emirat to my. Jak talibowie odbijali Afganistan".

Afganistan - zdjęcie ilustracyjne
Afganistan - zdjęcie ilustracyjne
fot. EAST NEWS

Poniższy fragment pochodzi z książki autorstwa Jagody Grondeckiej pt. "Emirat to my. Jak talibowie odbijali Afganistan", która ukazała się 20 maja 2026 r. nakładem Wydawnictwa Czarne.

Nocne naloty

1

Wieś Zulfikar Chel, czy - jak mówią na nią miejscowi - po prostu Zul, z daleka wygląda na bardzo senną. Mimo że znajduje się w graniczącej z Kabulem prowincji Wardak i od stolicy dzielą ją zaledwie dwie godziny jazdy samochodem, leży na uboczu, z dala od głównej drogi, zasłonięta kolejnymi pagórkami. Dopiero z niewielkiej odległości widać, jak na tle górskiego krajobrazu wyrastają piaskowożółte budynki z adobe, suszonej cegły, najpopularniejszego w Afganistanie materiału budowlanego. Budulec pozyskany z tego, co akurat dostępne - zwykle gliny, iłu czy mułu wymieszanych z trawą - świetnie sprawdza się w suchym, gorącym klimacie, nawet podczas upałów oferując przyjemny chłód we wnętrzu domów. Ma jeszcze jedną podstawową zaletę: jest tani.

Nie licząc kilkorga dzieci bawiących się na dworze, wieś zamieszkana przez jakieś sto osób sprawia wrażenie wymarłej lub opuszczonej. Trwa ramadan, muzułmański miesiąc postu, podczas którego wierni od świtu do zmierzchu powstrzymują się od jedzenia i picia. W kwietniu, w centralnym Afganistanie to nie lada wyczyn: temperatura jest wysoka, a dzień długi. Życie zwykle zamiera tuż po suhurze, ostatnim posiłku przed świtem, by rozpocząć się od nowa parę chwil przed zachodem słońca. Nic dziwnego, że gdy przyjeżdżam, Zul jest pogrążona we śnie. Dopiero zaalarmowani przez dzieci o pojawieniu się nieznanych przybyszów mieszkańcy zaczynają powoli wyłaniać się zza wysokich murów swoich domów. Nieczęsto widują tutaj gości. Jedyni obcokrajowcy, których poznali, zawsze nosili mundury; ich przybycia wyczekiwali z trwogą, w niepewności.

"Emirat to my. Jak talibowie odbijali Afganistan", Jagoda Grondecka
fot.

Wydawnictwo Czarne

Nadejście obcych zwiastował zwykle odgłos helikoptera - tak jak 13 października 2020 roku, gdy łoskot śmigła obudził około dwudziestej drugiej Gholama Sachiego. Rodzina była pogrążona we śnie. Po chwili usłyszeli głośne pukanie, a raczej walenie pięścią w metalową bramę. Gholam Sachi powoli ruszył w jej kierunku, by otworzyć. Od lat poruszał się na wózku po tym, jak w trakcie jednego z bombardowań jego wsi szrapnel trafił go w kręgosłup. Po chwili jego rodzina usłyszała huk. Gholam Sachi zginął zastrzelony u wejścia do własnego domu.

Znajdowało się w nim wówczas dziesięć osób. Synowie Gholama pobiegli do pokoju, w którym spały kobiety. Wtedy żołnierze wtargnęli do środka i zaczęli wyprowadzać wszystkich na zewnątrz, dorosłych dodatkowo zakuwając w kajdanki. Mężczyźni przeszukiwali kobiety, co dla konserwatywnych Pasztunów stanowi policzek i plamę na honorze rodziny, podobnie jak zmuszanie starców do wielogodzinnego stania na zewnątrz w zimną noc. Rodzina Gholama Sachiego, którego ciało wciąż leżało przy bramie, czekała pod gołym niebem do przeszło trzeciej nad ranem, aż umundurowani żołnierze, mówiący między sobą w paszto i po angielsku, zakończą rewizję we wszystkich domach we wsi. Nie była to dla nich pierwszyzna - padli ofiarą tak zwanego nocnego nalotu już po raz czwarty. Według mieszkańców Zulu w takich akcjach zginęło od piętnastu do dwudziestu spośród nich, co oznacza, że życie stracił co piąty członek niewielkiej społeczności.

- Gdy nas zabijali, mówili po prostu, że jesteśmy talibami - opowiada z goryczą osiemnastoletni Zahidullah, najstarszy syn Gholama.

Pogrzeb Gholama Sachiego odbył się od razu następnego dnia. Islam nakazuje, by pochówku dokonywać możliwie jak najszybciej, co w Afganistanie podyktowane jest również względami praktycznymi - brakuje miejsc, w których można przechowywać ciała w odpowiednich warunkach. Pochówek odbył się na wzgórzu za wsią, niecałe dziesięć minut piechotą od domu. Zahidullah był przerażony. W jednej chwili nie tylko stracił ojca, ale jako jego najstarszy potomek, wówczas szesnastoletni, został głową licznej rodziny. Za wszelką cenę nie chciał przerywać edukacji, więc by zapewnić byt bliskim, zaczął pracować po szkole i w piątki, jedyne wolne dni w tygodniu. Mimo pomocy dalszych krewnych ciężar obowiązków go przytłaczał, aż w końcu chłopak musiał rzucić naukę. Jednak to nie rozwiązało problemów. W całym Wardaku właściwie nie istnieje przemysł, który generowałby miejsca pracy. Większość rodzin uprawia poletka pszenicy, kukurydzy czy ryżu, ale to zwykle nie wystarcza do zaspokojenia podstawowych potrzeb. Wielu mężczyzn wyjeżdża do Iranu czy Pakistanu, bez wiz i paszportów, by tam wykonywać sezonowe prace. Inni krążą pomiędzy Kabulem, Wardakiem i Ghazni, a bywa, że odleglejszymi prowincjami - wszędzie, gdzie praca rąk pozwoli im przywieźć do domu parę afgani. Teraz taki sam los miał stać się udziałem Zahidullaha, który wciąż był przecież dzieckiem, i zmienić na zawsze życie jego i jego rodziny.

2

Jednostka, która dokonała nalotu na wioskę, nazywała się 01 i należała do jednej z najbardziej tajemniczych struktur powołanych do życia w ramach afgańskich sił zbrojnych - tak zwanych Zero Units - stworzonych i koordynowanych przez CIA, a także bezpośrednio z nią współpracujących. Struktury 01 operowały w centralnym Afganistanie, w prowincjach Wardak i Logar, 02 - w Dżalalabadzie, 03 - znane też jako Siły Uderzeniowe Kandaharu - na południu, a 04 w Kunarze. Oficjalnie nic więcej na ich temat nie wiadomo. Ze względu na agresywne metody były znane jako grupy uderzeniowe. Formalnie podlegały afgańskiej agencji wywiadowczej. Ajmal Fajzi, rzecznik prezydenta Karzaja, wyznał jednak "Guardianowi": "Niektóre z nich mają rzekomo pracować z NDS, ale nie są uzbrojone przez NDS, opłacane przez NDS ani wysyłane na operacje przez NDS. Czasami informują tylko NDS o operacjach na kilka minut przed rozpoczęciem. Wykonują je bez informowania miejscowych władz, a kiedy coś idzie źle, nazywają to operacją łączoną" 1. Fajzi i jego mocodawca odżegnywali się tym samym od odpowiedzialności za jedno z przedsięwzięć, które "poszły źle" - nalotu jednostki 04 na początku 2013 roku i śmierć w jego wyniku kilkorga dzieci.

Mieszkańcy Zulu twierdzą, że wielu afgańskich żołnierzy, którzy towarzyszyli Amerykanom w misjach w Wardaku, pochodziło z położonych na wschodzie kraju Kunaru i Nangarharu. Zdarzało się, że pozostawali oni w wioskach przez jedną czy dwie noce, a wtedy na kilka chwil wyłamywali się ze schematu kat-oprawca i rozmawiali z miejscowymi. Zdaniem Zahidullaha afgańscy żołnierze musieli wykazywać się przed swoimi zagranicznymi mocodawcami brutalnością. Im większą, tym lepiej.

- Za czasów republiki nie mieliśmy najmniejszego poczucia bezpieczeństwa - mówi inny mieszkaniec Zulu, trzydziestojednoletni Ahmad. W wyniku jednego z ostrzałów wioski jego ojciec stracił wzrok i słuch, a dziewięcioletni wówczas syn czucie w nogach (gdy spał na podłodze niedaleko okna, szrapnel ranił go w plecy; od tamtej pory porusza się na wózku inwalidzkim). - W naszej wiosce nie było żadnych talibów, a obcokrajowcy i tak przychodzili, wyciągali z domów nasze kobiety, starszych ludzi. Bywało, że zimą trzymali ich na mrozie. Tak, z tamtych czasów mamy straszne wspomnienia.

Posłuchaj: