Pedofile są znakomitymi psychologami". Stanisław Obirek o molestowaniu przez księży
"To były rzeczy wzniosłe: łacina, kultura. No i nagle zaczął mi wkładać rękę w spodnie. Ludziom, którzy czegoś takiego nie przeżyli, bardzo trudno jest uwierzyć, że to się tak naturalnie dzieje. I że się o tym z nikim nie rozmawia. Myślę, że Tomasz Sekielski znakomicie uchwycił ten mechanizm, dając swemu dokumentowi tytuł Tylko nie mów nikomu. Dochowanie tajemnicy nie musiało być przedmiotem żadnej umowy. Po prostu czuło się, że o tym nie powinno się z nikim rozmawiać" - opowiadał Stanisław Obirek w książce "Wąska ścieżka. Dlaczego odszedłem z Kościoła", będącej zapisem rozmowy z Arturem Nowakiem.
Poniższy fragment pochodzi z książki autorstwa Stanisława Obirka i Artura Nowaka pt. "Wąska ścieżka. Dlaczego odszedłem z Kościoła", wydanej 26 lutego 2020 roku nakładem wydawnictwa Prószyński i Sk-a. Jej drugi wydanie ukazało się 23 kwietnia 2026 r.
Byłeś wykorzystywany seksualnie przez księży.
To prawda. Najpierw w szkole podstawowej. Czyli mogłem mieć wtedy dziesięć-jedenaście lat. Potem jako nastolatek, w pierwszej czy drugiej klasie liceum wszedłem w podobną relację.
Wszedłeś w relację?! Chyba zostałeś w nią wciągnięty.
Niech więc będzie, że powtórzyłem ten schemat. Jak to się stało? Może chodzi o to "lgnięcie" dzieci do duchownych, o którym mówił arcybiskup Józef Michalik? Żartuję oczywiście, ale to jest żart przez łzy.
To było dramatyczne doświadczenie. Do dzisiaj nie potrafię sobie wytłumaczyć, jak to się stało, że obu tym księżom udało się zwabić mnie w swoje pedofilskie sidła. Nie jest żadnym usprawiedliwieniem to, że nie byłem jedyną ich ofiarą. Miałem nieszczęście spotkać jako katechetów dwóch księży, którzy w chory sposób przeżywali swoją seksualność.
Opowiedz o pierwszym nadużyciu.
To był ksiądz z Narola, nazywał się Józef Moskal. Chodziłem wtedy do podstawówki. On był człowiekiem dość prostym, by nie powiedzieć: prymitywnym, ale potrafił z większością ministrantów nawiązać kontakt. Organizował obozy, wyjazdy, szkolenia na lektora - a przecież każdy chciał być włączony do elitarnej grupy, która mogła czytać święte teksty w czasie mszy. Wszystko po to, żeby nas ze sobą związać i wejść w nasz dziecięcy świat. Żeby stworzyć klimat zaufania.
Długo nie mówiłem o szczegółach. Dzisiaj jestem już gotów opowiedzieć, jak to wyglądało. Były zaproszenia na wikarówkę, pomaganie w liczeniu pieniędzy z tacy. Jako chłopcy z biednych rodzin czuliśmy się wyróżnieni.
Quiz: Ważne wydarzenia polityczne mijającego tygodnia. Sprawdź, czy je pamiętasz
Ukończ quiz i odbierz nagrodę do -40% na TOK FM Premium!
Zniżka zależy od uzyskanego wyniku.
Promocje nie łączą się.
Co on z tego miał?
Obmacywał nas, głaskał, podszczypywał. Ale potem posuwał się dalej. Najpierw mnie dotykał w miejscach intymnych, a potem brał moją rękę i właściwie wkładał do swoich majtek, żebym to ja jego dotykał. Dzisiaj nazwalibyśmy to molestowaniem. To było koszmarne. Jako dziecko z bardzo prostego domu, gdzie się oczywiście o wychowaniu seksualnym nie rozmawiało, gdzie seks był tabu, kompletnie nie wiedziałem, jak się zachować. Paraliżowało mnie to, że oto nagle zjawia się ksiądz i dotyka tej intymnej sfery.
Całkiem dosłownie.
Dosłownie i w prymitywny sposób. To był rodzaj inicjacji seksualnej. Takiej trochę fascynacji, trochę zaciekawienia.
Co to jest?
No tak. Co to jest, kiedy przedstawiciel Boga (a dziecko właściwie księdza z Bogiem utożsamia) uważa "tę sferę" za płaszczyznę zbliżenia?
Powiedzmy wprost - dotyka dzieciakowi penisa.
No tak to wyglądało. Bardzo to wszystko jest zagmatwane. I dziecko się zastanawia, a może wcale się nie zastanawia, tylko zdumione widzi, że tak w ogóle można. Doświadczyłem czegoś, czego tak małe dziecko po pierwsze, nie potrafi nazwać, a po drugie, przed czym nie potrafi się obronić. Przecież nie jest na to w żaden sposób przygotowane.
Potem to owocuje tym, że dziecko oddala się od Kościoła, unika miejsca, w którym ten drapieżca może przebywać. Nie potrafi powiedzieć rodzicom, dlaczego jego zapał służenia do mszy jakoś nagle znika.
Bo, oczywiście, nikomu nic nie powiedziałeś.
Nie, wtedy z nikim o tym nie rozmawiałem. Ani z rodzicami, ani - tym bardziej - z kolegami. Nie czułem takiej potrzeby, a zresztą co miałem powiedzieć? Poczucie krzywdy przyszło znacznie później. Z własnego doświadczenia wiesz, że nawet dzisiaj to jest raczej norma niż wyjątek. Dzieci mają jakiś naturalny wstyd, który nie pozwala im o tych sprawach mówić, i księża to genialnie wykorzystują. Nie tylko powtarzają "nie mów o tym nikomu", ale stwarzają przy tym jakąś osobliwą więź z ofiarą. Moje szczęście w nieszczęściu polega na tym, że żaden z moich oprawców nie posunął się do brutalnych gwałtów. To był "tylko dotyk".
Czy z perspektywy czasu udało ci się zrozumieć, dlaczego się nie broniłeś, dlaczego nie zawiadomiłeś o tym rodziców, milicji, nauczycieli, no nie wiem, przełożonych sprawcy? Pytam jako osoba, która też była wykorzystywana przez duchownych. Jako dojrzały już człowiek twierdzę, że sprawca coś dziecku daje, ono czuje się wybrane, schlebia mu to, że na nim skupiła się czyjaś uwaga. Myślę, że pedofile są znakomitymi psychologami.
Chyba rzeczywiście jest w tym element oczarowania dziecka przez osobę dorosłą, bardzo dla niego życzliwą. Przynajmniej w moim wypadku tak było. Ale podejrzewam, że u większości ofiar księży katolickich mechanizm jest podobny. Do tego ksiądz nie jest jakąś tam osobą dorosłą. To ktoś szczególny, przedstawiciel świętości, instytucji, z którą kojarzą się dziecku rzeczy wzniosłe, boskie, takie jak pierwsza komunia czy - dla chłopców - ministrantura.
Próbowałeś po latach do tego wrócić? Mam na myśli rozliczenie krzywdy.
Nigdy o tym nie rozmawiałem. Bardzo byłbym ciekaw, czy są jakieś zapisy w aktach osobowych księży, bo często się mówi, że księża mają teczki u biskupów i że przypadki molestowania są w nich opisane. Tak było przecież z dochodzeniem prowadzonym przez dziennikarzy śledczych "Boston Globe" - oni trafili na informacje w dokumentach kościelnych. Może i u nas znalazłby się zapis o tym, że ten czy inny ksiądz był przeniesiony z jednej parafii do drugiej i z jakich powodów. Wiem, że w dzisiejszej Polsce jest to trudne. Ale podejrzewam, że ten konkretny ksiądz, który mnie molestował w szkole podstawowej, mógł być z tego powodu przenoszony z parafii do parafii, więc możliwe, że zachowały się skargi jakiejś grupy bardziej śmiałych rodziców.
Nie sprawdzałeś tego?
Nie. Po wyjeździe z Narola miałem luźne związki z tą miejscowością.
Myślę, że gdyby dobrze pokopać, okazałoby się, że nie byłem jedyną ofiarą. Przypuszczam, że dzieci molestowanych przez tego drapieżcę było kilkanaścioro, a może i kilkadziesięcioro.
Ja to widzę szerzej. Jeśli wziąć pod uwagę bliskich ofiar, a więc rodziców i rodzeństwo, mężów, żony, dzieci, środowisko rówieśnicze, okazuje się, że całe otoczenie pokrzywdzonego jest ofiarą. Pokrzywdzony cierpi przecież latami, czasem przez całe życie.
Masz rację. Wszyscy dźwigają ten krzyż. Zastanawiam się czasem, czy ówcześni biskupi, Jan Nowicki, a potem Marian Rechowicz, wiedzieli o przypadku tego księdza (a zapewne nie brakowało innych) i co z tym robili. Czy zamietli tę wiedzę pod dywan i nie dyskutowali o tym? To były lata 60., 70. i 80., więc znowu nie aż tak odległe.
Przypuszczam, że gdyby takie świadectwo jak moje skonfrontować z dokumentami kościelnymi, z jakimiś kronikami, z zapisem historii przenosin tego księdza, okazałoby się, że mieliśmy do czynienia z powszechną praktyką, która dzisiaj tak gorszy i bulwersuje. Czyli z przesuwaniem pedofilów w sutannach na nowe parafie.
Historia powtórzyła się, gdy byłeś już w liceum, w Lubaczowie.
To drugie doświadczenie było inne. Wydawałoby się, że dramatyczne przeżycia ze szkoły podstawowej powinny mnie przed tym ustrzec. W końcu byłem starszy i mądrzejszy, no i przygotowany na tego typu niebezpieczeństwa ze strony księdza. Ale ten drugi drapieżca miał zupełnie inną strategię. Nie był tak prymitywny ani wulgarny jak pierwszy.
Pamiętasz, jak się nazywał?
Ksiądz Stanisław Skorodecki. Oprócz religii, na którą chodziłem, prowadził też lekcje łaciny dla chętnych. To był typ uduchowiony, otaczała go aura wrażliwości. Humanista, intelektualista, dość lotny, lepiej wykształcony niż inni księża diecezjalni. Mieliśmy do czynienia z wyrafinowaną taktyką uwodzenia. Mówię "my", bo upatrzył sobie całą grupę chłopców. Dom parafialny w Lubaczowie był duży, ksiądz miał do dyspozycji wielopokojowy apartament, do którego nas zapraszał. Na chłopaku z biednej rodziny ten apartament robił wrażenie, a ksiądz stwarzał klimat zaufania i bezpieczeństwa.
Skorodecki to znana postać. Otaczano go szacunkiem jako człowieka z opozycyjną kartą, osobę prześladowaną. Kim był naprawdę, dowiedzieliśmy się nie tak dawno.
Tak, tworzył wokół siebie legendę ofiary komunizmu, bo był kapelanem kardynała Stefana Wyszyńskiego w Komańczy. Dopiero dużo później okazało się, że był tajnym współpracownikiem bezpieki. Ale w czasach, kiedy chodziłem do liceum, funkcjonowały jeszcze różne mity, na których on budował swój autorytet.
Podszedł was tą łaciną.
To były rzeczy wzniosłe: łacina, kultura. No i nagle zaczął mi wkładać rękę w spodnie. Ludziom, którzy czegoś takiego nie przeżyli, bardzo trudno jest uwierzyć, że to się tak naturalnie dzieje. I że się o tym z nikim nie rozmawia. Myślę, że Tomasz Sekielski znakomicie uchwycił ten mechanizm, dając swemu dokumentowi tytuł Tylko nie mów nikomu. Dochowanie tajemnicy nie musiało być przedmiotem żadnej umowy. Po prostu czuło się, że o tym nie powinno się z nikim rozmawiać.
A ja znowu się temu poddałem. Wielu pewnie zapyta: dlaczego nie uciekłeś, dlaczego nie dałeś mu w twarz, czemu nie odepchnąłeś i tak dalej.
Czujesz, że takie pytania przerzucają na ciebie część winy?
Tak, mam poczucie, że takie dopytywanie jest bolesne i raniące. Jakbym jeszcze raz musiał zdawać jakiś egzamin i po raz kolejny go oblewał. Jakbym się musiał tłumaczyć z tego, że nie stanąłem na wysokości zadania.
Ofiary boją się, że nikt ich nie zrozumie. Doskonale pokazaliście to w rozmowach z dorosłymi ofiarami księży w książce Żeby nie było zgorszenia. Ofiary mają głos [autorstwa Artura Nowaka i Małgorzaty Szewczyk-Nowak - przyp. red.]. Powstały na ten temat filmy, które pokazują, że ofiary, nawet po latach, są zdezorientowane i nie bardzo potrafią o tym mówić. Bo często spotykają się z pytaniem: "No jak to, dlaczego nikomu o tym nie powiedziałeś".
Zastosowałem podobną taktykę jak w Narolu. To znaczy po pierwszym i drugim takim doświadczeniu zacząłem go unikać. Nawet nie pamiętam, czy zakończyłem lekcje religii z jakąś oceną na świadectwie. To chyba sprawiło, że wtedy wziąłem z Kościołem rozbrat.
Posłuchaj: