Anatomia z filmiku w internecie. Tak chcą produkować przyszłych lekarzy. "Psucie jakości opieki"

Uczelnie wyższe otwierają coraz więcej kierunków medycznych. Jednak organizacje lekarskie alarmują, że to nie rozwiąże problemów polskiej służby zdrowia. - Rządzący na problem związany z brakiem lekarzy znaleźli prostą receptę: wyprodukować jak najwięcej studentów medycyny - mówi dr Łukasz Jankowski, szef Naczelnej Rady Lekarskiej.
Zobacz wideo

Coraz więcej uczelni - nie tylko stricte medycznych - w Polsce zaczyna kształcić lekarzy. Chociaż - jak alarmują eksperci - nie ma odpowiedniej liczby wykładowców, a baza pozostawia jeszcze wiele do życzenia, to studia na kierunku lekarskim ruszają. Część z nich nie ma nawet pozytywnej opinii Polskiej Komisji Akredytacyjnej. Na przykład ostatnio chodziło o kierunek lekarski w Radomiu. Wtedy sprawa trafia do ministra edukacji a ten może, ale nie musi taki kierunek wygasić. Jeśli tego nie zrobi, studenci dalej się uczą. - Bywa, że minister daje danej uczelni zielone światło, godząc się na okres przejściowy, bez akredytacji. I tak się to kręci - mówią nam lekarze.

Ale liczby się zgadzają. - Rekordowa liczba studentów medycyny to suma wysiłków rektorów wraz z uczelniami oraz polityki prowadzonej przez rząd Zjednoczonej Prawicy. To są fakty a nie deklaracje - chwalił się ostatnio na Twitterze minister zdrowia Adam Niedzielski. 

Lekarz "na szybko"

Innego zdania jest Naczelna Rada Lekarska. Zdaniem jej prezesa, Łukasza Jankowskiego, rząd nie ma strategii i nie wie, ilu lekarzy będzie w Polsce potrzebnych za 5 czy 10 lat. - Rządzący na problem związany z brakiem lekarzy znaleźli prostą receptę: wyprodukować jak najwięcej studentów medycyny - mówi Jankowski. I dodaje, że nie tędy droga.

W jego ocenie, trzeba przede wszystkim stawiać na jakość kształcenia, a nie na ilość. - W dokumentach rządowych próżno szukać strategii na rozwój sektora kadr medycznych. Na wielu konferencjach mówimy, że kadry medyczne są dziś głównym problemem systemu ochrony zdrowia. Ale nie chodzi przecież o powstawanie jak grzyby po deszczu uczelni z negatywną jakością kształcenia - tłumaczy dr Jankowski. 

Jego zdaniem, otwieranie nowych kierunków, które nie dostają pozytywnej oceny Państwowej Komisji Akredytacyjnej, a mimo to działają - to porażka systemu. - Można zaryzykować twierdzenie, że docelowym produktem Ministerstwa Zdrowia nie będzie już lekarz specjalista, bo miejsc na specjalizacjach nie przybędzie, ale lekarz, który ukończył uczelnię niemedyczną, która otworzyła kierunek lekarski. Taki lekarz bez specjalizacji nabywa jakąś umiejętność po szybkim kursie i staje przy łóżku pacjenta. W mniemaniu Ministerstwa Zdrowia to pozwoli zapełnić lukę systemową, a naszym zdaniem, nie rozwiąże żadnego problemu. Bo będzie to psucie jakości opieki nad pacjentem i martwimy się, że do tego właśnie dojdzie - alarmuje w rozmowie z TOK FM prezes Naczelnej Rady Lekarskiej. 

Jak wskazuje, do rady już docierają sygnały o uczelniach, które przez internet szukają wykładowców, bo studentów nie będzie miał kto uczyć, ale też o kierunkach, na których anatomii studenci uczą się... z prezentacji czy filmików w internecie. - Tak się nie da. Nie da się być dobrym lekarzem, nie będąc w Anatomicum - mówi Jankowski. 

Trudna weryfikacja 

Naczelna Rada Lekarska chce mówić "sprawdzam". Pomysł jest taki, by absolwentów tych uczelni, do których są zastrzeżenia i które nie mają zgody na prowadzenie medycyny a ją prowadzą, po studiach - sprawdzać. - Myślę, że Okręgowe Rady Lekarskie stając na straży jakości wykonywania zawodu będą po prostu takim osobom powoływać komisje i sprawdzać, czy dana osoba rzeczywiście nabyła wiedzę i umiejętności potrzebne do właściwego wykonywania zawodu lekarza. To oczywiście będzie trudne logistycznie przy tak dużej liczbie absolwentów, ale rolą Izby Lekarskiej jest dbanie o jakość - tłumaczy Jankowski. 

Jak dodaje, absolwenci takich uczelni byliby traktowani jak absolwenci studiów ukończonych np. na Białorusi czy w Kamerunie. W ich przypadku też powoływane są takie specjalne komisje, by sprawdzić ich umiejętności. - Nie boimy się wykorzystywać tutaj uprawnień ustawowych. Ta ścieżka jest tożsama z tą, którą zawsze wdrażamy, gdy dochodzą do nas informacje o tym, że jakiś lekarz, który pracuje w systemie, nie umie wykonać jakiejś procedury albo nie umie uczyć na nowoczesnym poziomie. Wtedy również Izba Lekarska powołuje komisję złożoną z trzech specjalistów i lekarz jest egzaminowany. Sprawdzamy, czy jest w stanie w sposób bezpieczny i skuteczny pomagać pacjentom. Jeśli tak się nie dzieje, jego prawo wykonywania zawodu jest zawieszane. Może być też wdrożona ścieżka skierowania lekarza na dodatkowe przeszkolenie - mówi Jankowski. I dodaje, że wszystko odbywa się na drodze postępowania administracyjnego. 

Dziś na kierunkach lekarskich kształci się ponad 9 tysięcy przyszłych lekarzy na jednym roku studiów, plany - które można znaleźć w KPO - mówią, że za kilka lat ma być ich ponad 14 tysięcy na pierwszym roku. Krytycznych uwag nie brakuje.

Krytycznie odnosi się też Gilbert Kolbe, absolwent pielęgniarstwa. 

Zdarzają się też głosy - choć są w mniejszości - takie jak ten dr Tomasza Zielińskiego, które mówią o tym, że to dobrze, że kształci się w Polsce coraz więcej przyszłych medyków. 

DOSTĘP PREMIUM