"Błędy mogą kosztować życie ludzi". Ta katastrofa już w Polsce ruszyła
Przedwczesne śmierci emerytów i niewydolność szpitali na skalę, jakiej nie znamy. Do tego likwidacja szkół, bankructwa firm, pracowanie Polaków do śmierci. To czarny scenariusz katastrofy, która w Polsce już się zaczęła.
W Polsce żyje 37,4 mln osób, ale w 2040 roku będzie nas o 2,2 mln mniej, a w 2100 roku aż o połowę (19 mln) - wynika z danych ONZ. Jednak zanim jako społeczeństwo będziemy wymierać, przejdziemy przez długi i bolesny proces starzenia się.
- Ta katastrofa rozkłada się na lata i nie jest spektakularna jak np. wojna. Konflikt zbrojny wybucha "tu i teraz", więc trudno go nie zauważyć. W przeciwieństwie do seniora, który umiera w samotności, bez szklanki wody, w brudnej pielusze. A takich cichych "eutanazji" będzie mnóstwo, jeśli nic nie zaczniemy robić - mówi ekspert ds. demografii Ariel Drabiński.
Przedwczesne i niegodne śmierci emerytów to jednak nie wszystko. Jak twierdzi mój rozmówca, może nas czekać masowa likwidacja szkół i niewydolność szpitali na skalę, jakiej nie znamy. Do tego bankructwa firm, pracowanie do śmierci, duże wzrosty cen za prąd, wodę i gaz. Ale też zagrożenie dla bezpieczeństwa państwa, bo wojsko się postarzeje i zmniejszy.
Co z wielkimi inwestycjami w hale sportowe, stadiony i centra konferencyjne? Mogą porosnąć mchem i świecić pustkami. Polska wydaje na nie grube miliony, bo przygotowuje się na czasy, które... właśnie mijają.
Ta katastrofa spadnie na wojsko. Z pomocą przyjdą kobiety i migranci?
Do 2040 roku liczba Polek i Polaków w wieku od 20 do 54 lat zmniejszy się o ok. 2,8 mln - prognozuje Główny Urząd Statystyczny. Przydatnych do służby wojskowej będzie więc ubywać, a wyzwań dla armii przybywać. Po pierwsze dlatego, że Polska weszła w czas zagrożeń ze strony Rosji. Po drugie: wojsko już dziś jest używane do gaszenia kryzysów spowodowanych powodziami, a tych będzie coraz więcej przez katastrofę klimatyczną.
- Pokażę to na przykładzie Kłodzka, blisko którego żyję. W 1997 roku młodzi mieszkańcy tego miasta przychodzili z ratunkiem starszym, schorowanym i niepełnosprawnym. Ale gdy w ubiegłym roku znów przyszła wielka woda, młodych było już zdecydowanie mniej, a liczba emerytów zwiększyła się do 24 proc. (jeszcze w 2013 roku było ich 16 proc.). Ich ewakuacja w o wiele większym stopniu spadła na barki żołnierzy i służb cywilnych. W kolejnych latach odsetek starszych Polaków będzie rósł (do prawie 29 proc. w 2040 roku - przyp. autora), a pracy dla wojska podczas katastrof naturalnych będzie coraz więcej - tłumaczy Ariel Drabiński.
Dostęp do młodych rekrutów będzie się zmniejszał, dlatego - jak dodaje ekspert - armia musi bardziej otworzyć się na kobiety i włączyć je do kwalifikacji wojskowej. To jednak może nie wystarczyć. Zdaniem mojego rozmówcy nieuniknione są dwie trudne dyskusje: o obecności migrantów w wojsku i odwieszeniu obowiązkowego poboru.
- Żadnej z tych rzeczy nie da się wprowadzić szybko. Kwestia migrantów na razie jest zbyt kontrowersyjna dla społeczeństwa, a obowiązkowego poboru nie da się odwiesić z dnia na dzień. Nagle nie ściągniemy do armii dziesiątek tysięcy ludzi, bo nie mamy już infrastruktury gotowej na ich przyjęcie. Brakuje koszar, poligonów, mundurów, wszystkiego. To robota na lata, która musi zostać poprzedzona rozmową ze społeczeństwem. Coś jednak trzeba zacząć robić, bo katastrofa demograficzna jest zagrożeniem dla bezpieczeństwa państwa - podkreśla ekspert.
Polska na emeryturze. "Prawdopodobnie będzie mocno biednieć"
W Polsce będzie ponad 10 mln emerytów, czyli o 1,1 mln więcej, niż jest teraz - wynika z prognozy GUS na 2040 rok. Alarmująca jest jednak inna liczba, seniorów po osiemdziesiątce, która prawie się podwoi (z 1,6 do 3 mln). Co to oznacza? - Wystrzał kosztów leczenia i gigantyczne obciążenie dla systemu zdrowia - odpowiada Ariel Drabiński i otwiera tabelki z wykresami Narodowego Funduszu Zdrowia za 2023 rok (to najnowsze dane).
Najpierw jednak ważne zastrzeżenie: seniorzy z przyszłości, o których mowa, to my wszyscy. Jeśli nie zostaniemy nimi w 2040 roku, to nieco później, kiedy katastrofa demograficzna jeszcze bardziej się rozpędzi. Tym gorzej więc dla nas.
Ze wspomnianych tabelek wynika, że średni roczny koszt leczenia na NFZ pacjenta przed 45. rokiem życia (poza najmłodszymi dziećmi) nie przekraczał 3 tys. zł. Później już te sumy skokowo rosły: 50-letni pacjent wymaga leczenia za średnio ok. 4 tys. zł, 60-letni za prawie 7 tys. zł, 70-letni za ponad 10 tys. zł, a 80-letni za przeszło 11 tys. zł. Czyli na tego ostatniego NFZ wydawał ponad 6 razy więcej niż na dwudziestolatka (niecałe 2 tys. zł).
- A przecież najstarszych pacjentów jest zawsze o wiele więcej niż tych wchodzących w dorosłość. To oznacza, że mamy przed sobą lawinowe wzrosty nakładów na opiekę zdrowotną przy jednoczesnych dużych spadkach składek na NFZ. Bo zmniejszy się liczba pracowników, którzy będą je płacili. Przez najbliższe 15 lat Polska będzie się więc starzeć i prawdopodobnie mocno biednieć - analizuje ekspert.
Szpitale do likwidacji? Inaczej "cicha eutanazja"
Kolejki wszystkich Polaków do lekarzy się wydłużą, a system opieki zdrowotnej może zostać sparaliżowany, jeśli nie przygotuje się do katastrofy demograficznej.
- Część szpitali musi zostać zlikwidowana. Wiem, że to z pozoru wygląda nielogicznie: pacjentów będzie przybywało, a ja mówię o zamykaniu placówek. Ale wszystkich ich nie utrzymamy, nie ma siły. Zwłaszcza że musimy bardzo rozbudować system opieki geriatrycznej i paliatywnej. Trzeba zrobić analizę, gdzie szpitale "nakładają się" na siebie, jaka jest ich dostępność w najbardziej starzejących się regionach Polski i jaki jest do nich dojazd dla seniorów. A potem zoptymalizować tę sieć, żeby emeryci mogli dostać realną pomoc - przekonuje Ariel Drabiński.
Jak dodaje, w zarządzaniu takim kryzysem nie ma już bezbolesnych rozwiązań. Alternatywą jest nierobienie niczego i puszczenie katastrofy samopas. - Seniorzy, zwłaszcza z mniejszych miejscowości, zostaną pozbawieni dostępu do lekarzy. Będą umierać znacznie wcześniej i w o wiele gorszych warunkach, niż gdyby dostali opiekę. Taką cenę zapłacimy za utrzymywanie fikcji. To właśnie nazywam "cichą eutanazją" - podkreśla.
Aby jej uniknąć, Polska już teraz musi również rozbudowywać sieć domów pomocy społecznej i opieki dla seniorów. Powinny pójść na to duże pieniądze z budżetu państwa. - To ważne, bo już dzisiaj ok. 30-40 proc. młodych Polek i Polaków nie ma dzieci, a ich liczba prawdopodobnie będzie tylko rosła. Nikt więc nie zajmie się nimi na starość, jeśli nie zrobi tego państwo - przekonuje.
Poza tym - kontynuuje ekspert - taka profesjonalna opieka nad seniorami jest potrzebna, bo wiele córek i synów nie jest w stanie unieść jej psychicznie ani finansowo. - Zajmowałem się umierającą babcią i wiem, jak bardzo jest to obciążające. Czasem śpi się po dwie-trzy godziny na dobę, bo resztę czasu trzeba poświęcić schorowanemu bliskiemu. Trudno jest wtedy pracować. A w starym społeczeństwie i zwłaszcza w dużych miastach będzie brakowało rąk do roboty. Im jest ich mniej, tym większe są problemy dla gospodarki i państwa. W jego interesie więc leży zorganizowanie systemu opieki nad seniorami - tłumaczy mój rozmówca.
Katastrofa demograficzna. Ich dotkną masowe zwolnienia
O ile w dużych miastach może brakować pracowników, to na prowincji prawdopodobnie będzie problem ze znalezieniem zatrudnienia. Jedną z grup, którą obejmą zwolnienia, będą nauczyciele.
- Według Głównego Urzędu Statystycznego do 2040 roku liczba dziesięciolatków spadnie z 388 do 293 tys., czyli o jedną czwartą. Tak naprawdę będzie ich jeszcze mniej, bo GUS robił tę prognozę w 2023 roku, a poziom dzietności w Polsce już jest gorszy, niż zakładał urząd. Ale nawet te dane pokazują, że za 15 lat bardzo wiele szkół będzie do zamknięcia. Zwłaszcza na prowincji, bo ona najszybciej się wyludnia. Tam mnóstwo nauczycieli zostanie zwolnionych - ocenia Ariel Drabiński.
Pozostanie im migracja do większych miast albo przekwalifikowanie się. I tutaj - zdaniem eksperta - znów mogą pomóc inwestycje w domy dla seniorów, które będą też nowymi miejscami pracy. - Tym bardziej że opustoszałe szkoły mogą być przerabiane na centra dla osób starszych. Nauczyciele, którzy będą chcieli, mogą tam znaleźć zatrudnienie - stwierdza.
- A co z uczniami na prowincji? - dopytuję.
- Trzeba będzie zorganizować im dowozy do średnich miast, gdzie szkoły się utrzymają. Chodzi o busy, które codziennie zbiorą ich z okolicznych wsi i bezpiecznie przetransportują do podstawówek w mieście. Wtedy te dzieciaki dostaną edukację na odpowiednim poziomie - zakłada mój rozmówca.
Emerytury na miarę katastrofy. "Praca do śmierci"
Liczba Polek i Polaków wchodzących na rynek pracy stale będzie się zmniejszać, a emerytów - rosnąć. Wpływy ze składek do ZUS będą się więc kurczyć, a jego wydatki poszybują. Jak to się przełoży na wysokość emerytur?
- O ile w 2015 roku, według Instytutu Emerytalnego, ich wysokość wynosiła 52 proc. ostatniej pensji, o tyle w 2060 roku będzie to już tylko 18,7 proc. To drugie wyliczył dla ZUS dr Jarosław Oczko z UMK w Toruniu. Czyli nie miejmy złudzeń, podwyższenie wieku emerytalnego jest konieczne. Im dłużej będziemy z tym zwlekać, tym wyżej go podniesiemy. Oczywiście jeśli tego nie zrobimy, to system emerytalny się nie zawali. Po prostu dostaniemy głodowe świadczenia i żeby przeżyć, aż do śmierci będziemy musieli dorabiać. Jednak nie wszyscy będą w stanie, dlatego zrobi się dramat - podkreśla Ariel Drabiński.
A jak zmieni się rynek pracy? Jeśli nie będziemy przyjmować migrantów, to, powtórzmy, zwłaszcza w dużych miastach zabraknie rąk do pracy. - I wtedy są dwa scenariusze. Pierwszy: państwo nic nie robi i patrzy, jak kolejne firmy upadają. Tym bardziej że przedsiębiorcy będą coraz mocniej obciążani podatkami, które pójdą na utrzymanie starzejącego się społeczeństwa. Jeśli firmy zaczną plajtować, to PKB spadnie, a państwo będzie miało coraz mniej pieniędzy na opiekę dla seniorów i szpitale. Znów wracamy do wizji "cichej eutanazji" - wzdycha.
Drugi scenariusz: państwo przygotowuje się na ten kryzys. - Czyli już teraz np. tworzy cały system prawnych i podatkowych zachęt do tego, by przedsiębiorcy inwestowali w robotyzację, centra sztucznej inteligencji i inne nowe technologie. To może trochę złagodzić skutki odpływu pracowników, przynajmniej dla gospodarki - opisuje.
Jak dodaje, pracodawcy też będą musieli dostosować się do nowych warunków. Koniec z ofertami: "Zatrudnimy w młodym, energicznym zespole". Firmy muszą zacząć przyciągać starszych do pracy i wychodzić naprzeciw im potrzebom.
- W naturalny sposób seniorzy różnią się od młodych: kreatywnością, odpornością na stres, wydajnością. Bardziej chorują, więc częściej mogą być nieobecni w pracy. Potrzebują wsparcia na wielu poziomach. Czyli całe biznesy trzeba będzie przeorganizować. Również nakierować w większym stopniu na usługi i produkty dla seniorów. To się nazywa srebrna gospodarka - stwierdza mój rozmówca.
Polska pod kreską. "Jest już za późno"
Teraz statystyczna Polka rodzi 1,2 dziecka, ale żeby przestało nas ubywać, ten wskaźnik musiałby skoczyć prawie dwukrotnie, do poziomu 2,1. W ocenie Ariela Drabińskiego kolejne polskie rządy nie mają pomysłów, jak to zrobić. Jest już za późno, żeby powstrzymać katastrofę demograficzną za naszego życia.
- Nawet gdyby teraz ruszyła duża fala narodzin, to musiałaby mieć czas, żeby przejść przez kolejne grupy wiekowe i zastopować katastrofę. Po dekadzie doszłaby do dziesięciolatków, po następnej do dwudziestolatków, po kolejnej do trzydziestolatków itd. W sumie potrzeba na to ok. 50 lat. Ale im później zaczniemy, tym będzie trudniej. Z biegiem lat będzie przecież ubywać kobiet w wieku rozrodczym - tłumaczy.
Pierwsza taka katastrofa. "Błędy mogą kosztować życie ludzi"
Na pytanie, jaka będzie Polska w 2040 roku, ekspert odpowiada, że widzi ją jako kraj zaprzepaszczonych możliwości. - Przez 35 lat szybko się rozwijaliśmy i bogaciliśmy, ale przespaliśmy czas, w którym mogliśmy ograniczyć katastrofę demograficzną. Dalej go marnujemy, przygotowując Polskę na czasy, które już były. Przez lata nie inwestowaliśmy w małe miejscowości i teraz to nadrabiamy. Słusznie, ale problem w tym, że wydajemy duże pieniądze np. na hale i stadiony, z których za chwilę nie będzie miał kto korzystać. Wkrótce trzeba to będzie zamykać albo przerabiać na centra dla seniorów - ocenia.
Jak dodaje, rozbudowujemy też miasta i pozwalamy im się rozlewać. Sieci wodociągowe, gazowe i elektryczne stale się wydłużają, przez co - zdaniem mojego rozmówcy - kiedyś będzie drożej. - Bo koszty utrzymania tych sieci rozkładają się na liczbę osób, które zamieszkują daną przestrzeń. Jeśli ich mocno ubędzie, to ceny wody, prądu i gazu wzrosną - mówi.
Jak dodaje, Polska dalej nie ma kompleksowej strategii, która pomogłaby zmniejszać skutki katastrofy demograficznej. Politycy boją się jej jak ognia, bo wymaga od nich podejmowania samobójczych decyzji: podniesienia wieku emerytalnego, typowania szpitali i szkół do zamknięcia albo przyjmowania migrantów.
- W dodatku zarządzanie tym kryzysem jest bardzo trudne. Można popełnić błędy, które będą kosztowały życie ludzi. Bo katastrofa demograficzna jest nowością nie tylko dla Polski, lecz także dla dużej części ludzkości. To przecież pierwszy moment w dziejach, kiedy rodzi się tak mało dzieci i tak szybko przybywa seniorów. Mamy doświadczenie w walce z kryzysami finansowymi, ale nie dzietności. Tutaj możemy opierać się na różnych badaniach i analizach ekspertów, jednak nikt nie podsunie sprawdzonych sposobów na uchronienie się przed czarnymi scenariuszami. Wiemy jednak jedno: jeśli nic nie zrobimy, to ludzie mogą umierać w niegodnych warunkach - podsumowuje Ariel Drabiński.
Źródło: TOK FM