Gorzka prawda o pracy w sądach. "3 700 zł na rękę. To o czym my mówimy?"
- Ministerstwo Finansów proponuje waloryzację płac pracowników budżetówki w 2026 r. na poziomie 3 proc.;
- Nie zgadza się na to zarówno strona pracowników jak i pracodawców;
- "To już naprawdę robi się nudne i żenujące. Musi być jakiś mechanizm ustalania tych płac, niezależne od arbitralnych decyzji polityków. Bo bez pracowników budżetówki to państwo nie będzie funkcjonować" - wskazała w tokfm.pl Urszula Łobodzińska;
- Wiceprzewodnicząca Związku Zawodowego Pracowników Sądów KNSZZ "Ad Rem" przestawiła do jakiej sytuacji doprowadzają niskie płace w sądownictwie.
W lipcu doszło bezprecedensowego wydarzenia w Radzie Dialogu Społecznego. Po raz pierwszy w historii zarówno strona pracowników, jak i pracodawców jednomyślnie podjęły uchwałę, w której domagają się wyższej niż proponuje rząd podwyżki płac. Chodzi o wynagrodzenia w sektorze publicznym. Rząd proponuje w przyszłym roku pracownikom budżetówki waloryzację na poziomie zaledwie 3 procent.
Nie ma komu pracować w sądzie, rząd chce łatać dziury studentami
- Trudno sobie wyobrazić zgodę organizacji pracodawców i związków zawodowych, a jednak sytuacja w budżetówce jest tak tragiczna, że do takiej uchwały doszło. To o czymś świadczy - mówiła w rozmowie z tokfm.pl Urszula Łobodzińska, wiceprzewodnicząca Związku Zawodowego Pracowników Sądów KNSZZ "Ad Rem".
Łobodzińska sama jest asystentką sędziego z 8-letnim stażem, prawniczką ze zdanym egzaminem adwokackim. Jej trzyminutowe wystąpienie z Rady Dialogu Społecznego, w którym starała się przekonać ministra finansów Andrzeja Domańskiego do podwyżek i ukazać katastrofalną sytuację w sądach, odbiło się szerokim echem w internecie.
- Moja praca polega na pisaniu projektów wyroków, uzasadnień i postanowień dla sędziów. Więc sami państwo mogą ocenić, czy mam wysokie kwalifikacje i jak ważna jest moja praca. W zeszłym roku nie dostałam kredytu na samochód, ponieważ za mało zarabiam. Wakatów wśród asystentów jest tak dużo, że Ministerstwo Sprawiedliwości chce teraz zatrudniać studentów. 37 wakatów w samym Sądzie Apelacyjnym w Warszawie, ponad 50 w Sądzie Okręgowym w Warszawie. Chciałabym zobaczyć tych studentów piszących wyroki i uzasadnienia w najwyższych instancjach sądownictwa powszechnego - mówiła na forum RDS.
Poważny kłopot przyszłych sędziów. 'A gdzie nasza godność?'
'Pół sądu szuka dla pracownicy mieszkania'
Wskazała też na bardzo niskie zarobki kuratorów sądowych, obsługi sądu, psychologów i psychiatrów. A także urzędników sądów. - W jednym z wydziałów sądu okręgowego w mieście wojewódzkim w ciągu trzech lat zwolniło się 35 pracowników sekretariatu. Sekretariat był 15-osobowy - podawała.
- Inna historia z zaprzyjaźnionej prokuratury: urzędniczka, samotna matka, chciała dorabiać po pracy w dyskoncie. Jej pracodawca się na to nie zgodził, bo nie licuje to z powagą urzędu. Za to licuje z powagą państwa polskiego to, że jej dziecko chodzi w za małych butach. Kolejna historia z Warszawy: pół sądu szuka dla pracownicy mieszkania, bo jej nie stać na wynajem. Kończy się to tak, że pracownica sprząta sąd, żeby sobie dorabiać po godzinach pracy - mówiła Łobodzińska.
Dodała też, że coraz więcej rozpraw spada, dlatego że nie ma protokolantów. - Chciałabym zapytać strony pracodawców, jak się prowadzi biznes w państwie, w którym sądownictwo nie działa - powiedziała.
W tym momencie poproszono ją, żeby kończyła już wypowiedź. - Byłam pospieszana, żebym szybciej mówiła. Wydaje mi się, że to absolutnie nie powinno to tak wyglądać - skomentowała (już w rozmowie z nami) Łobodzińska.
Nowa władza, stare zasady
- Rada Dialogu Społecznego ma prowadzić dialog, a zgodnie ze słownikową definicją dialog to szereg rozmów, negocjacji i innych działań mających doprowadzić do porozumienia między stronami konfliktu. W RDS od lat to się absolutnie nie dzieje, chociaż ustawa do tego zobowiązuje. Po prostu każda ze stron mówi swoje stanowisko i się rozchodzimy. W kampanii wyborczej obiecywano nam rozmowy i debaty. Niestety nie widzimy tu żadnej zmiany w stosunku do poprzedniej ekipy rządzącej - wskazała.
Jak dodała, choć było to ostatnie posiedzenie przed wakacyjną przerwą, na prośbę ministra zostały połączone dwa punkty: płaca minimalna i płace w budżetówce. - Bo on się spieszył. Ja rozumiem, że ma dużo pracy, ale jednak wydaje się, że RDS jest dosyć ważnym elementem funkcjonowania państwa i prowadzenia negocjacji - zaznaczyła Łobodzińska.
A o sytuacji pracowników sądów mogłaby mówić jeszcze długo. - Bardzo często zdarza się, że pracownicy np. urlop poświęcają na jakieś saksy za granicą, żeby sobie dorobić. Nie miałam czasu o tym wszystkim powiedzieć, ale dorabianie sobie wśród pracowników budżetówki to standard - przekonywała nasza rozmówczyni.
I wyliczała: "Początkujący urzędnik otrzymuje 3700 zł na rękę i brak jest obietnicy, że po jakimś czasie te zarobki znacząco wzrosną". - Sprawdziłam, ile teraz wynosi mediana wynagrodzeń, czyli ta dana, według której połowa społeczeństwa zarabia mniej, a połowa więcej. To nawet starszy sekretarz, który ma 6 375 zł brutto, jest poniżej tej mediany [według danych GUS z listopada 2024, wynosiła 6842 zł brutto - red.]. Większość pracowników sądów należy do tej biedniejszej połowy społeczeństwa nawet po wielu latach pracy - podkreśliła.
Przyznała, że pod filmem z jej wystąpienia na RDS pojawiły się komentarze, które "bardzo ją poruszyły" - np. że ktoś (aby dorobić) nakleja różne ogłoszenia albo sprząta po godzinach. - Ja też mieszkam w Warszawie, jestem asystentem, więc moje płace na pewno nie należą do najniższych w sądownictwie, ale dorabiam jako kurator społeczny - relacjonowała asystentka sędziego.
Będzie strajk pracowników sądów? Zabrania tego ustawa
Centrale związkowe domagają się 12 proc. podwyżki w 2026 roku. - To wynika z tego, że na przestrzeni ostatnich lat procentowo i pensja minimalna, i przeciętne wynagrodzenie rosło szybciej niż nasze płace. I jesteśmy właśnie o tyle stratni - tłumaczyła wiceprzewodnicząca "Ad Rem". Strona pracodawców proponuje zaś 5 proc. waloryzacji.
Minister finansów Andrzej Domański podtrzymał jednak propozycję strony rządowej w wysokości 3 proc. Jak argumentował, w 2024 r. średnioroczny wskaźnik wynagrodzeń w państwowej sferze budżetowej wzrósł o 20 proc.
- Jesteśmy w sytuacji, że każda ekipa rządząca albo opcja polityczna, jak jest kampania wyborcza, to nam obiecuje. I przed lub po wyborach próbuje nam dosypać trochę pieniędzy, czy to w postaci nagród, czy to jakiejś waloryzacji. A potem, jak się kończy okres kampanijny, to najłatwiej jest oszczędzać właśnie na pracownikach budżetówki i nas zamrozić. Tak jest, od kiedy pracuje. I to już naprawdę robi się nudne i żenujące. Musi być jakiś mechanizm ustalania tych płac, niezależne od arbitralnych decyzji polityków. Bo bez pracowników budżetówki to państwo nie będzie funkcjonować - podkreśliła Łobodzińska.
Jej zdaniem "jest to po prostu błędne koło". - Budżetówka jest niedofinansowana i obywatele narzekają na jej powolne i wadliwe funkcjonowanie. Więc potem politycy mówią: będziemy ciąć wydatki, bo administracja jest przerośnięta - żeby zadowolić tych, którzy narzekają. Mrożone są więc wydatki na sferę publiczną i ona działa jeszcze gorzej. Pojawia się więc jeszcze większy hejt na pracowników budżetówki - opowiadała nasza rozmówczyni. - Wszystkich, którzy nas krytykują i mówią, że my sobie pijemy kawkę czy robimy paznokcie w czasie pracy zapraszam chociaż na jeden dzień, żeby zobaczyli, jak to naprawdę wygląda - dodała.
A z powodu braków kadrowych i ogromnej rotacji na pracowników spada coraz więcej pracy. - Ta praca jest odpowiedzialna, pod presją czasu. Atmosfera też jest trudna, dochodzi często do mobbingu. I stażysta, a każdy urzędnik musi przejść przez staż, otrzymuje 3 700 zł na rękę. To o czym my mówimy? - załamywała ręce.
Strajk w Jeremiasie. Jest porozumienie, ale to 'może nie być koniec'. 'Załoga jest zdeterminowana'
Jak podkreśliła, "wydaje się, że do pracy w budżetówce powinni przychodzić najlepsi, najbardziej sprawdzeni ludzie, na których to państwo może polegać i na których barkach będzie funkcjonowało". - A przy tak niskich płacach trudno to sobie wyobrazić - ubolewała.
Wiceprzewodnicząca związku zawodowego wskazała, że pracownicy sądów chętnie by zastrajkowali, ale nie mają do tego prawa. Zabrania im tego art. 19 ustawy o rozwiązywaniu sporów zbiorowych. - Uważa się nas za niezbędnych do funkcjonowania państwa, dlatego nie możemy strajkować, nie możemy przerwać naszej pracy. A jednocześnie nie płaci się nam adekwatnie do wagi naszych obowiązków. Jest to chore - stwierdziła Łobodzińska.
- Zabrano nam konstytucyjne prawo do strajku, mamy też dużo zapisów, które są mniej korzystne niż te w Kodeksie pracy, np. nadgodziny nie są płatne 150 proc. tylko 100 proc, w czasie pełnienia dyżurów aresztowych [mających na celu zabezpieczenie obsługi postępowań aresztowych i przyspieszonych - red.] odbiera nam się prawo do dobowego i tygodniowego odpoczynku, nie możemy też podejmować dodatkowego zatrudnienia bez zgody pracodawcy. I nie ma za to żadnej rekompensaty finansowej - podsumowała rozmówczyni tokfm.pl.