,
Obserwuj
Polityka

PiS wreszcie "zdobyło" PKW. Wojciech Hermeliński mówi o nieracjonalnych zmianach. I wskazuje największe niebezpieczeństwo

Roch Kowalski TOK FM
5 min. czytania
27.01.2020 11:09
Zamiast apolitycznych sędziów - prawnicy wskazani przez polityków. Tak wygląda obecnie Państwowa Komisja Wyborcza. Organ, który czuwa nad przeprowadzaniem wyborów, liczeniem głosów i sprawdzaniem majątków partii, przeszedł dokładnie tę samą drogę, co instytucje zmienione już przez PiS: z bezstronnego zespołu stworzono taki, który jest zależny od polityków.
|
|
fot. Adam Stępień / Agencja Wyborcza.pl

Najlepszym dowodem na to, jak poważne konsekwencje może mieć proces upolityczniania instytucji, jest Krajowa Rada Sądownictwa, której wybór członków przez posłów doprowadził do interwencji Trybunału Sprawiedliwości Unii Europejskiej i największego w historii ostatniego 30-lecia kryzysu wymiaru sprawiedliwości. Podobny mechanizm zastosowano w Trybunale Konstytucyjnym. Przy czym w mianowaniu członków TK zmienił się nie tyle sam proces, co proweniencja osób tam delegowanych. Efekt jest jednak taki sam: sąd konstytucyjny od kilku lat działa bezpośrednio na zlecenie partii rządzącej.

Decyzję o tzw. zreformowaniu Państwowej Komisji Wyborczej PiS podjęło pod koniec 2017 roku. Pomysł wpłynął, jak to zwyczajowo już bywa przy ustawach o największym znaczeniu ustrojowym, jako projekt poselski i od razu był krytykowany przez opozycję. Głównie ze względu na rozwiązanie, które zakładało wygaszenie kadencji wszystkich członków PKW wraz z końcem VIII kadencji Sejmu. Uzasadnienia prawnego i logicznego tej decyzji właściwie nie było. Był za to, powtarzany jak mantra, propagandowy przekaz odnoszący się do wyborów samorządowych z 2014, kiedy to zdaniem PiS-u PKW się skompromitowała.

Awaria, która dała Prawu i Sprawiedliwości broń do rozprawienia się z PKW

Żeby mit rozpropagowany przez PiS rozmontować, trzeba wrócić do wydarzeń z jesieni sprzed sześciu lat.

Powyborcza noc z 16 na 17 listopada 2014 przyniosła ogromną awarię systemu informatycznego. Mimo początkowych zapewnień członków PKW, liczenie głosów trwało nie kilkadziesiąt godzin, a kilka dni. To wzbudziło wśród niektórych głębokie obawy o prawidłowość procesu wyborczego. Najgłośniej o fałszowaniu wyborów mówił wtedy... Jarosław Kaczyński. Na wspólnej konferencji z Leszkiem Millerem, szef PiS domagał się powtórzenia wyborów samorządowych.

Rozpętana wtedy atmosfera podejrzeń doprowadziła wręcz do fizycznej agresji. W piątek, 21 listopada, do siedziby komisji siłą wdarli się przedstawiciele środowisk prawicowych i rozpoczęli okupację budynku, żądając natychmiastowego podania wyników wyborów oraz dymisji wszystkich członków Państwowej Komisji Wyborczej. Warto przypomnieć, że wśród protestujących byli m.in. obecny poseł Konfederacji - Grzegorz Braun i reżyserka Ewa Stankiewicz, jedna z najważniejszych postaci ruchu Solidarni 2010.

Okupacja siedziby PKW
Okupacja siedziby PKW
Fot. Sławomir Kamiński/ Agencja Wyborcza.pl

Drugim zarzutem formułowanym pod adresem PKW było - jak się później okazało - brzemienne w skutkach ułożenie karty wyborczej. Formuła książeczki, w której na pierwszej stronie znalazła się lista Polskiego Stronnictwa Ludowego, dała ludowcom spory wzrost liczby głosów, co w badaniach wykazali m.in. politolodzy.

Reforma, czyli... upolitycznienie

Prawo i Sprawiedliwość wykorzystało więc wydarzenia z wyborów samorządowych 2014 roku, by uzasadnić konieczności zreformowania Państwowej Komisji Wyborczej. Przy czym - podobnie jak w KRS i TK - nie o reformę instytucjonalną ostatecznie chodziło, a o wymianę kadrową.

- Ta kompromitacja, która miała miejsce w roku 2014, była chyba oczywista dla wszystkich - mówił pod koniec 2017 roku poseł Łukasz Schreiber. Pomijał przy tym fakt, że odpowiedzialni za nieprawidłowości z wyborów samorządowych lat ponieśli już konsekwencje i to takie, o których obecnie jedynie można pomarzyć, na przykład w przypadku Mariana Banasia. Na kilka dni po okupacji siedziby PKW z 2014 roku prawie wszyscy członkowie PKW honorowo podali się do dymisji. Ich rezygnację przyjął prezydent Bronisław Komorowski.

Jaka więc była prawdziwa przyczyna propozycji zmian kadrowych w Państwowej Komisji Wyborczej? Odpowiedź na to pytanie kryje się pod odmienianym przez ostatnie lata przez wszystkie przypadki rzeczownikiem „sędziowie”.

Od początku istnienia w III RP, od 1991 roku, nadzorująca wybory komisja miała charakter organu quasi-sędziowskiego. Jej członków delegowały trzy najważniejsze polskie sądy: Sąd Najwyższy, Trybunał Konstytucyjny i Naczelny Sąd Administracyjny. To gwarantowało zupełną bezstronność i apolityczność instytucji. Wystarczy zresztą spojrzeć na poczet przewodniczących PKW, wśród których znajdziemy wybitnych prawników, co do których nigdy nie pojawiły się oskarżenia o sprzyjanie którejkolwiek ze stron politycznego sporu.

PiS, przy sprzeciwie opozycji, przyjęło zmiany dotyczące składu Państwowej Komisji Wyborczej, ale odroczyło ich wejście w życie do początku 2020 roku. Dlatego „starzy” członkowie przeprowadzili po przyjęciu ustawy jeszcze wybory: samorządowe w 2018 roku, europejskie i parlamentarne w 2019. Do żadnych nie zgłoszono większych zastrzeżeń, a protesty wyborcze, które wpłynęły po ostatnim wyborze posłów i senatorów, zostały gremialnie odrzucone przez - wybraną zresztą przez nową Krajową Radę Sądownictwa - Izbę Kontroli Nadzwyczajnej w Sądzie Najwyższym.

- Uważam, że zmiany, które ustawodawca wprowadził, są zmianami nieracjonalnymi, niepotrzebnymi, ale wpisują się w kontekst rugowania sędziów ze wszystkich organów - ocenił w TOK FM były przewodniczący PKW i sędzia TK w stanie spoczynku - Wojciech Hermeliński. - Oczywiście, że mam żal, bo po 30 latach działania organów wyborczych, które przez Komisję Wenecką były podawane jako przykład dla krajów nowej demokracji, od tego się odchodzi - mówił.

Wojciech Hermeliński przestaje być przewodniczącym PKW. 'Na początku wiele osób mi to stanowisko odradzało'

Tydzień temu prezydent Andrzej Duda powołał nowy skład PKW. Jej członków wybrali przede wszystkim posłowie. Z proporcjonalnym podziałem: w sumie czterech przedstawicieli ma opozycja (dwóch Koalicja Obywatelska, po jednym Lewica i PSL-Kukiz’15), trzech Prawo i Sprawiedliwość. Ostatnich dwóch delegowały: zależny od partii rządzącej Trybunał Konstytucyjny i Naczelny Sąd Administracyjny. Sąd Najwyższy z tej procedury, z oczywistych względów, wykluczono zupełnie.

Jak upolityczniona PKW będzie rozliczać partie polityczne?

Kopernikański przewrót, który dokonał się w myśleniu o charakterze i pochodzeniu członków PKW, będzie miał fundamentalne znaczenie w pracach zespołu. I niekoniecznie chodzi o pieczę sprawowaną nad przebiegiem wyborów. - Jednym z zadań PKW jest rozliczanie sprawozdań, które są składane przez komitety wyborcze i partie polityczne. Jeśli w składzie Państwowej Komisji Wyborczej będą zasiadały osoby, które przed chwilą były członkami partii albo sympatyzowały z ugrupowaniami, i to one mają oceniać finanse komitetów, to łatwo postawić zarzut bycia sędzią w swojej sprawie - przekonuje Hermeliński. Podkreślić trzeba, że od zaakceptowania sprawozdania partii przez PKW zależy wypłata dotacji i subwencji.

'Rzeczpospolita': PKW odrzuciła sprawozdanie partii Jarosława Gowina

Kluczowe w patrzeniu na nowy skład PKW jest postrzeganie jej członków. Na razie nikt nie ma argumentów do tego, by z góry kwestionować efekty ich pracy. Ale nowej PKW brakuje przymiotów, którymi instytucja przed reformą mogła się szczycić: bezstronności i apolityczności. Bo grzechem pierworodnym każdego z członków tego organu jest sposób ich wyboru - czysto polityczny. I do końca kadencji nad każdym z nich będzie wisiał miecz Damoklesa w postaci zarzutu o stronniczość i przychylność wobec ugrupowania, które danego członka delegowało.

A wątpliwości pojawiają się już teraz. Dariusz Lasocki z bycia stołecznym radnym Prawa i Sprawiedliwości nie zrezygnował od razu po wyborze na członka PKW - zrobił to dopiero po powołaniu przez prezydenta na nowe stanowisko.