,
Obserwuj
Gospodarka

Diamenty już nie są najlepszym przyjacielem kobiet? Na pewno nie są przyjacielem inwestorów

Wojciech Kowalik
4 min. czytania
15.10.2023 12:58
Ceny surowych diamentów spadły w ostatnich miesiącach o niemal 20 procent. Biżuteria nie błyszczy już tak jak w czasach pandemii, kiedy wydawaliśmy na nią zaoszczędzone wtedy pieniądze. Teraz, w kryzysie kosztów życia, wolimy wydawać na przyjemności: podróże, wakacje, restauracje...
|
|
fot. Paweł Małecki / Agencja Wyborcza.pl

Światowa diamentowa układanka jednak mocno się komplikuje: główną rolę gra w niej Rosja, a świat chce objąć sankcjami rosyjskie "krwawe diamenty". Z zysku z ich sprzedaży korzysta państwowa rosyjska kasa, która finansuje agresję na Ukrainę. Okazuje się jednak, że na drodze do sankcji stanęli... jubilerzy z belgijskiej Antwerpii, przez którą przechodzi 80 procent światowych drogocennych kamieni. A czy niższe ceny diamentów oznaczają, że i pierścionki u jubilera będą tańsze?

Diamentowa branża z rozrzewnieniem wspomina zapewne czasy pandemii. Kiedy siedzieliśmy zamknięci w domach, branża turystyczna, rozrywkowa i gastronomiczna w lockdownach walczyły o przetrwanie, puchły nasze portfele. 2021 i 2022 rok, to był największy w historii światowy popyt na biżuterię, napędzany zaoszczędzonymi w pandemii pieniędzmi. Teraz to się jednak skończyło. Czy diamenty nie są już najlepszym przyjacielem kobiet?

Brutalnie zweryfikowała to przetaczająca się przez świat inflacja oraz wywołany nią kryzys kosztów życia. Bo jak tu myśleć o diamentach, kiedy trzeba zapłacić wysokie rachunki? Te pieniądze, które zostały nam w portfelu, wolimy wydawać na inne rozrywki: podróże, wakacje, wyjścia do restauracji. Biżuteria schodzi na dalszy plan. A kiedy my nie kupujemy u jubilera, jubiler nie kupuje kruszcu. I właśnie tym niższym popytem eksperci tłumaczą spadki cen.

Ale diamenty stały się teraz obiektem politycznym. Za sprawą największego producenta tego minerału, jakim jest... Rosja, która z wydobyciem rzędu 35 milionów karatów odpowiada za jedną trzecią światowej produkcji. Głównie przez swoją powiązaną z Kremlem państwową spółkę, więc zyski z wydobycia diamentów płyną do państwowej kasy szerokim strumieniem. A rosyjska kasa, to teraz głównie machina finansująca agresję na Ukrainę, dlatego tamtejsze diamenty już zyskały przydomek "krwawych". Zachód, o ile w miarę szybko porozumiał się w sprawie sankcji na inne rosyjskie surowce - przykładem jest tu ropa naftowa i jej produkty - o tyle w sprawie diamentów już tak jednomyślny nie jest. Dlaczego?

Bo choć sankcje na rosyjskie diamenty wprowadziły Stany Zjednoczone czy Wielka Brytania, a także poszczególne zachodnie wielkie marki jubilerskie, jak Tiffany i Pandora, o tyle Unia Europejska ma z tym kłopot. Sprzeciw od dawna zgłasza Belgia, która chce chronić swój potężny rynek w Antwerpii. To właśnie przez to belgijskie miasto przechodzi ponad 80 procent wszystkich światowych diamentów, a rosyjska państwowa firma była największym partnerem biznesowym w dzielnicy jubilerów działającej w mało reprezentacyjnych budynkach niedaleko głównego dworca kolejowego w Antwerpii.

Swoją siedzibę ma tam spółka De Beers - czyli światowy diamentowy potentat, który przez lata dyktował warunki i ceny na światowych rynkach. To on wykreował hasło "diamenty są wieczne".

Teraz jednak możliwe, że Belgia - pod pewnymi warunkami - zgodzi się na wprowadzanie sankcji na rosyjskie diamenty. Bo tamtejsza branża zdała sobie sprawę, że tego kryzysu nie da się po prostu przeczekać.

To nie wszystko, co mamy dla Ciebie w TOK FM Premium. Spróbuj, posłuchaj i skorzystaj z oferty "taniej na zawsze". Wejdź tutaj, by znaleźć >>

Wcześniej jednak swoje sankcje może nałożyć grupa G7, a więc grupa najbardziej rozwiniętych gospodarek świata, I te sankcje teoretycznie mogłyby uderzyć w Rosję, bo siedem krajów grupy: Stany Zjednoczone, Japonia, Niemcy, Wielka Brytania, Francja, Włochy i Kanada odpowiadają za 70 procent światowej - nazwijmy to - konsumpcji diamentów. No właśnie, ale kluczowe wydaje się tu słowo "teoretycznie".

Bo cały problem polega na tym, że diament - zanim z kopalni trafi do oczka w pierścionku zaręczynowym na palcu - przechodzi z rąk do rąk przez pół świata. Najczęściej z Rosji trafia do Indii - tam potężnie rozwinął się rynek szlifierzy diamentów i tamtejszy rząd nie chce słyszeć o ograniczeniu diamentowej współpracy z Rosją. Później trafia na inne rynki, najczęściej w workach, w których znajdują się mieszanki diamentów z różnych zakątków świata, w których łatwo przemycić te pochodzące z Rosji. Rynek głowi się więc teraz w jaki sposób śledzić i wyłapywać rosyjskie kamienie - pomysłów jest wiele, wykorzystują najnowocześniejsze technologie, ale eksperci rynku mówią, że jest jeszcze daleko do sytuacji, gdy będą stosowane w całym diamentowym przemyśle.

No, chyba że świat postawi na diamenty wytwarzane w laboratoriach? Lato tego roku przyniosło przełom: pierwszy raz sprzedaż kamieni z laboratorium na rynku jubilerskim zrównała się ze sprzedażą diamentów wydobywanych w kopalniach. I to również wpłynęło na obniżenie cen naturalnych kamieni. Spadły one na tyle, że rząd afrykańskiej Angoli - ósmego światowego gracza na tym rynku - zamknęły w magazynach ponad milion karatów, czekając, aż ceny wzrosną na tyle, żeby na sprzedaży zarobić więcej. Dla porządku dodajmy, że Afryka, po Rosji, jest największym producentem diamentów na świecie. Do tego dodajmy Australię i Kanadę i mamy całą diamentową czołówkę świata.

No dobrze, ale skoro cena surowych diamentów obniżyła się o 20 procent w półtora roku, to czy i biżuteria z diamentami stanieje? Odpowiedź, jaką daje najbardziej znany światowy analityk rynku, jest krótka: nie. Nie stanieje, bo branża jubilerska broni swoich marży i swoich zysków jak niepodległości. To raz, a dwa - nadchodzący czas między kupowaniem prezentów pod choinkę a przypadającymi w lutym Walentynkami, to dla branży jubilerskiej złoty interes.