Gdy Niemcy kichają, Europa ma zapalenie płuc. A może być jeszcze gorzej
Europejskie gospodarki wpadają pod wodę. Z tą największą włącznie. Konsumenci trzymają się za kieszenie, hamuje budownictwo, a wraz z nim wszystkie branże pokrewne. Utrwala się kryzys kosztów życia i to pomimo, że Europa w tym sezonie grzewczym powinna sobie poradzić w energetyce dużo lepiej niż w poprzednim. I choć nastroje są nieco lepsze niż jeszcze miesiąc temu, to największa europejska gospodarka musi sobie poradzić z kryzysem finansów publicznych, jakiego nigdy wcześniej nie widziała. Bo Niemcy słynące z żelaznej finansowej dyscypliny i precyzyjnego planowania musiały nagle wstrzymać wszystkie nowe państwowe wydatki. A gdy rząd nie wydaje pieniędzy, jest bieda.
A zaczynamy więc od Niemiec, które dla Europy są tym, czym Ameryka dla świata. Gdy Niemcy kichają, Europa ma zapalenie płuc. Niemiecki trybunał nałożył na rząd zakaz realizowania nowych wydatków. Pieniądze leżały w funduszach przeznaczonych na odbudowę po epidemii COVID, bo nie wszystkie zostały wydane. Niemiecki Trybunał Konstytucyjny zabronił wydawania ich w inny sposób. Ekonomiści nazwali decyzję sądu bombą zrzuconą na niemieckie finanse publiczne. Pieniądze miały iść na inwestycje proekologiczne i dopłaty w gospodarce. Bardzo prawdopodobne, że zamrożenie inwestycji rządowych najmocniej dotknie niemiecki przemysł, który i bez tego jest w niezłych tarapatach. Szczególnie przemysł motoryzacyjny, któremu grunt dosłownie wyjechał spod nóg. Największe niemieckie auto marki przyznają wprost, że przestały być konkurencyjne. Rosnące koszty produkcji, głównie z powodu drogiej energii, masa pieniędzy potrzebnych na rozwój nowych technologii, by sprostać chińskiej konkurencji. To wszystko sprawia, że dawna gwiazda niemieckiej gospodarki nie świeci już tak jasno. Wystarczy powiedzieć, że Mercedes i Volkswagen musiały ostatnio zatrzymywać linie produkcyjne. Bo ich auta nie znajdowały tylu nabywców, by nie trafić na magazynowy plac.
To nie wszystko, co mamy dla Ciebie w TOK FM Premium. Spróbuj, posłuchaj i skorzystaj z oferty 'taniej na zawsze'. Wejdź tutaj, by znaleźć szczegóły >>
Pod znakiem zapytania stoi rządowe wsparcie dla największego w Europie producenta stali na cięcie emisji dwutlenku węgla. Inne branże dotknięte brakiem publicznego wsparcie to: mikroprocesorowa, w tym światowi giganci z inwestycjami w Niemczech, jak amerykański Intel czy tajwański TSMC. Ale także na przykład produkcja ogniw do samochodów elektrycznych. Pod znakiem zapytania stoi też mechanizm wyrównujący niemieckiemu przemysłowi koszty wahań cen surowców i prądu. Podsumowując - w największej europejskiej gospodarce nie jest dobrze. A może być jeszcze gorzej. Jeśli tamtejszy rząd nie ogarnie przyszłorocznej budżetowej dziury.
Na razie Niemcy zwijają gospodarkę w tempie kilku dziesiątych procent kwartalnie. Co znaczy, że faktycznie znajdują się w recesji. Stoją za nią dociśnięci inflacją konsumenci, bo konsumpcja prywatna stanowi dwie trzecie niemieckiego Produktu Krajowego Brutto. Ale Niemcy to nie jest jedyny kraj w Europie, który ma takie problemy. Na przykład Francja, która wpadła pod wodę pomimo spadającej z inflacji. Bo ceny we francuskiej gospodarce zaczęły hamować mocniej niż się spodziewano. Przede wszystkim z powodu stabilizacji cen energii, gdyż rynek nabrał zaufania do francuskiego bezpieczeństwa energetycznego.
Minorowe nastroje też w gospodarce Szwecji. W trzecim kwartale znów się skurczyła. A to znaczy, że technicznie ten skandynawski kraj znalazł się w recesji, bo gospodarka zwijała się przez dwa kwartały z rzędu jeden po drugim. Wszystko dlatego, że Szwedzi od pięciu miesięcy systematycznie wydają coraz mniej. Szwedzki bank centralny półtora roku temu gwałtownie podniósł stopy procentowe z zera do czterech procent. Szwedzkie rodziny odczuły ten skok w domowych budżetach. W górę poszły koszty raty hipotek, bo większość takich kredytów jest oprocentowana zmiennie. Zapaść dotknęła branże mieszkaniową, firmy budowlane mają problemy z finansowaniem inwestycji. Cieszy się Riksbank, bo bieda w konsumenckich portfelach to spadek inflacji.
Podobnie zadowolony może być Europejski Bank Centralny. Ceny w całej strefie euro zahamowały mocniej niż przewidywano. Co z kolei daje nadzieję na obniżkę stóp procentowych. Może nie od razu, ale w dającej się przewidzieć perspektywie. A wraz z obniżką nadzieję na spadek kosztów kredytowych i ulgę dla europejskich budżetów domowych.
Teraz więc podsumowanie i prognoza. Z ankiety przeprowadzonej przez agencję Reutera wynika, że Europa ma znacznie poważniejsze problemy niż płytka recesja. Brakuje jej napędu do rozwoju, a im dłużej będzie trwać w bezruchu, tym mniej będzie konkurencyjna i tym dłużej zajmie jej wychodzenie z dołka. Dzisiaj zmaga się z wielką trójką hamulcowych: wciąż wysoką inflacją, wysokimi stopami procentowymi oraz brakiem wystarczających inwestycji i publicznym oszczędzaniem. I dlatego w najbliższym czasie trudno liczyć na zasadniczą zmianę na lepsze.
Zwłaszcza, że Europa mierzy z się z kurczącym się rynkiem pracy i starzejącymi się społeczeństwami. Już teraz europejskie firmy wiszą na szyi swoim załogom. Oceniają, że strata pracownika to strata nie do odrobienia. Co prowadzi do patologicznego zbieractwa. Biznesy utrzymują wyższe zatrudnienie niż potrzebne, pompując koszty, napędzając wzrost wynagrodzeń, ale nie zwiększając produktywności. Najgorzej w tym kontekście wyglądają Niemcy. Które nie radzą sobie ze spadkiem konkurencyjności swojej gospodarki i niepewnymi czasami. I tu wróciliśmy do początku, naszej opowieści. Czas więc na pointę.
W tym miejscu - w miejscu Europejski Bank Centralny widzi nas, konsumentów. Bo gdy w konsumenckich sercach ustaje niepewność, wraca odwaga w wydatkach. Zwłaszcza, że zdaniem ekonomistów stopy procentowe w Europie spadną wcześniej niż później. Prawdopodobnie w pierwszej połowie roku. Niestety, to nie będzie polski przypadek. My będziemy poczekać na kolejne obniżki stóp znacznie dłużej. Możliwe, że do Bożego Narodzenia. Przyszłego roku.