Tak Polacy wolą wydawać pieniądze. Mamy nowe zjawisko
Boomu konsumpcyjnego wciąż w Polsce nie ma. Sprzedaż detaliczna wprawdzie rośnie, ale dużo wolniej niż życzyliby sobie tego ekonomiści. Dlaczego wciąż nie ruszamy masowo do sklepów? Dlaczego nie kupujemy nowych telewizorów i lodówek? Co wspólnego mogą mieć z tym nasze wyjazdy wakacyjne oraz nowy światowy trend, który mówi, że wcale nie trzeba kupować dużo?
Sprzedaż szorująca po dnie
Sprzedaż detaliczna - te publikowane co miesiąc dane Głównego Urzędu Statystycznego pokazują naszą, konsumentów, kondycję finansową oraz skłonność do wydawania. Kiedy inflacja pędziła bez żadnych hamulców, dane o sprzedaży jednoznacznie pokazywały coś, co ekonomiści nazwali "recesją konsumencką" - trzymaliśmy się za kieszenie mocno i wydawaliśmy tylko na najpotrzebniejsze rzeczy. Po tej recesji nie ma już śladu, ale nie wpadliśmy w masową konsumencką euforię i nie ruszyliśmy masowo do sklepów.
W sierpniu sprzedaż wzrosła o nieco ponad 2,5 procent i był to znacznie gorszy wynik niż ten, którego spodziewali się ekonomiści. Okazuje się, że o ile nasze codzienne zakupy mniej więcej trzymają się w normie, o tyle sprzedaż tak zwanych dóbr trwałych, a więc mebli, telewizorów, pralek i innych sprzętów do domu szoruje po dnie kolejny miesiąc z rzędu. Podobnie sprzedaż ubrań i obuwia. Ogólną statystykę od kilku miesięcy ratuje natomiast sprzedaż samochodów, choć i ta hamuje. Wraz ze spadającymi cenami paliw, chętniej tankujemy też nasze samochody, bo wyraźnie rośnie sprzedaż paliw. I jeszcze jedna kategoria, która od miesięcy rośnie - to sprzedaż farmaceutyków.
Dobra trwałego użytku i usługi
Ta kategoria zalicza spadki od trzech lat. Mebli oraz sprzętu RTV i AGD nie kupujemy, bo po pierwsze: wciąż nieźle służą nam te, które kupiliśmy w pandemii. Wtedy siedzieliśmy zamknięci w domach, zarobionych pieniędzy nie mieliśmy gdzie wydawać, więc chętnie wymienialiśmy domowe sprzęty: od tych największych jak pralki, po te mniejsze jak urządzenia do pieczenia chleba, aż po sprzęt do ćwiczeń i drobną elektronikę. Teraz wszystkie one mają po trzy-cztery lata i wciąż świetnie nam służą. Po drugie: nie ma za bardzo do czego kupować nowych mebli i pralek. Bo sprzedaż mieszkań cały czas spada, a skoro mieszkań kupujemy coraz mniej, to nie mamy też czego urządzać i meblować. A po trzecie: całkiem prawdopodobne, że nasz strumień pieniędzy przekierowaliśmy zupełnie gdzie indziej - i to wytłumaczenie może być kluczowe do odpowiedzi na pytanie o brak boomu konsumenckiego w sklepach.
Bo całkiem możliwe, że zamiast na kupowanie nowych rzeczy, postawiliśmy na usługi. A tych, dane o sprzedaży detalicznej już nie wychwytują. Czyli mówiąc obrazowo: wstrzymamy się z zakupem nowego telewizora, a za te pieniądze jedziemy na wycieczkę zagraniczną. Albo: zamiast wydawać na nowy stół do salonu, wolimy wydać na dobry obiad z rodziną w restauracji. Albo: zamiast nowej lodówki, wolimy te pieniądze wydać na koncert. To jedna część wytłumaczenia, ta lepsza. Ta druga jest, niestety, gorsza.
Od fryzjera, przez mechanika samochodowego, aż po dostarczanie nam do domu wody lub ogrzewania - usługi cały czas drożeją. Jak rosną rachunki za wodę pewnie wszyscy się już przekonaliśmy, więc musimy przeznaczać na nie więcej naszych pieniędzy. Ale kwestia usług to tylko pierwsza część powodów dla których nie widzimy sklepowego boomu zakupowego. Jaka jest druga?
'Niedokonsumopcja'
To nie jest tak, że na zakupy nie mamy pieniędzy i musimy mocno trzymać się za kieszenie. Pensje nam cały czas rosną - w większych firmach w dwucyfrowym tempie. Przeciętna pensja sięga 8200 złotych brutto, nawet realnie, a więc po odliczeniu tego co z tych podwyżek zjada nam inflacja, widać więc mocne wzrosty. Ale nauczeni doświadczeniem z czasów galopującej inflacji, wolimy wszystkiego nie wydać. Pieniądze płyną więc na nasze rachunki, lokaty czy obligacje jako oszczędności. I w ten sposób odbudowujemy swoją poduszkę finansową, którą nadszarpnęły złe czasy wysokiej inflacji.
A na to wszystko nakłada się jeszcze nowy, zdobywający na świecie popularność trend. Angielskie "underconsuption" chyba moglibyśmy przetłumaczyć jako "niedokonsumopcja". Ma to być zrównoważone podejście konsumenckie, promujące minimalizm i wydawanie pieniędzy z głową. Trend zdobywa fanów na TikToku od Stanów Zjednoczonych po zachodnią Europę. Po co kupować nową rzecz, skoro dotychczasowa ma się świetnie i jeszcze nam służy? Promotorzy i promotorki tego zjawiska chwalą się w mediach społecznościowych ręcznikami odziedziczonymi po rodzicach, używanymi meblami kupionymi z drugiej ręki, ubraniami z lumpeksów - i nie planują zakupu kolejnych, dopóki te rzeczy się nie skończą. Ma to być odwrotność zakupowego szału, ulegania modom i reklamom. Czy to tylko kolejny trend internetowy?
Największe amerykańskie sieci handlowe - od sprzedawców ubrań, przez elektromarkety, aż po sklepy z wyposażeniem wnętrz - notują od miesięcy postępujący spadek wydatków konsumenckich. Także polscy producenci mebli coraz głośniej mówią o najgorszym od dwóch dekad kryzysie. A tak wypatrywany przez nich konsument w tym czasie albo wyjeżdża na wakacje, albo odkłada pieniądze do skarpety.