Gwałciciel w "malinowej czapce" niedługo wyjdzie na wolność. Zbrodnie zapisywał w notatniku
Andrzej to bezrobotny ślusarz z Wrocławia. Ma 34 lata i nadal mieszka z rodzicami. Nie ma nawet własnego pokoju. Dzieli jedno pomieszczenie z chorą onkologicznie matką, a granicę prywatności wyznacza jedynie ława. Mieszkanie rodziny jest brudne, zagracone, na ścianach wiszą krzyże i obrazki ze świętymi.
W części pokoju, którą zajmuje Andrzej, stoi biurko, a wokół niego zeszyty. Wiele kartek zajmują tabele - w kolumnach widnieją kolejno imiona, cyfry, kolor włosów, stan małżeński, krótkie opisy ('mała śliczna', 'niebezpieczna', 'uczuciowa') i uproszczone rysunki przedstawiające różne pozycje seksualne.
Gdzie indziej zapisane są słowa: 'Bóg zwalnia mnie z grzechu gwałtu na kobiecie. Gwałcę kobiety od 12. do 50. roku życia. W czasie pokoju mogę gwałcić kobiety. Ale w czasie wojny mogę gwałcić i zabijać. W czasie wojny nie zabijam kobiet, ale mogę zabijać mężczyzn'. W mieszkaniu znajduje się także mapa Wrocławia z kropkami naniesionymi czerwonym i zielonym flamastrem. Jedna z nich oznacza okolice Parku Skowroniego, położonego na terenie osiedla Krzyki w południowej części miasta.
'Pozostawał duchem'
To tędy w czerwcu 2010 roku do pracy idzie 42-letnia kobieta. Na swojej drodze mija obcego mężczyznę. Ten zawraca za nią, łapie od tyłu i zaczyna dusić. Do gwałtu dochodzi w pobliskich wysokich trawach. Przedtem oprawca spisuje dane z dowodu osobistego ofiary.
Kilka dni później niedaleko tego miejsca podczas joggingu zostaje zaatakowana 24-letnia studentka. Proceder wygląda bardzo podobnie. Po gwałcie sprawca wyciąga z telefonu zakneblowanej i skrępowanej własnymi ubraniami dziewczyny kartę SIM. Każe liczyć do stu, po czym odchodzi.
Obie ofiary zgłaszają się na policję, a ich sprawami zajmuje się Prokuratura Rejonowa dla Wrocławia Krzyki-Zachód. Prokuratorka dr Joanna Pawlik-Czyniewska przygląda się podobnym sprawom i odkrywa, że we Wrocławiu dochodziło już do zdarzeń o bardzo podobnym przebiegu i to nie tylko na terenie Krzyków, ale także Jagodna, Psiego Pola i Fabrycznej. Zadanie odnalezienia sprawcy otrzymuje trzech funkcjonariuszy.
Policjanci przeglądają kolejne akta spraw - najpierw z 2010 roku, potem z lat wcześniejszych. Trafiają na osiem zdarzeń o podobnym modus operandi i zaczynają rozumieć, że prawdopodobnie mają do czynienia z seryjnym gwałcicielem. Jednak przez to, że kobiety nie były w stanie podać dokładnych rysopisów i nie udaje się znaleźć śladów DNA, śledztwo stoi w miejscu. 'Pozostawał duchem' - mówi Izabela Michalewicz, wrocławska dziennikarka, która w serii 'Będziesz następna' występuje w roli narratorki. W międzyczasie, co kilka dni, zgłaszane są kolejne gwałty lub ich usiłowania.
Grupa policjantów trafia na stary telegram - jego autor informuje, że jego koleżanka z pracy być może padła ofiarą jakiegoś przestępstwa. Nie jest pewny, bo kobieta nie chciała powiedzieć, co się stało. Śledczy znajdują ją i pytają o zdarzenie z przeszłości. Ta zaczyna krzyczeć, płakać, w końcu mdleje. Udaje się ją ocucić, a gdy policjanci wyjmują legitymację, oddycha z ulgą. Była przekonana, że mężczyźni to wysłannicy człowieka, który lata temu ją zgwałcił.
To nie wszystko, co mamy dla Ciebie w TOK FM Premium. Spróbuj, posłuchaj i skorzystaj z oferty 'taniej na zawsze'. Wejdź tutaj, by znaleźć szczegóły >>
Prokurator Pawlik-Czyniewska przesłuchuje kobiety, które - zdaniem śledczych - mogły paść ofiarą tej samej osoby i pozostaje z nimi w kontakcie. Gdy jedna z nich przekazuje, że widziała swojego oprawcę na placu budowy, śledczy niezwłocznie udają się na miejsce. Okazuje się jednak, że nie jest to poszukiwany.
'Gdyby nie ten nóż, to bym go ochrzaniła'
Jest niedzielny poranek. Kobieta idzie po polnej drodze ze swoim psem. Nagle zwierzę staje na baczność i czemuś się przygląda. Spacerowiczka jest zaniepokojona. Nagle słyszy za sobą ciężkie kroki. Odwraca się i widzi zamaskowanego mężczyznę z nożem w prawej dłoni. 'Ile Ty masz lat?' - pyta ją. Kobieta jest w szoku. 'Gdyby nie ten nóż, to bym go ochrzaniła. Ale się przestraszyłam i powiedziałam, że 60' - będzie wspominała później. 'Babć to ja nie tykam' - odpowiada mężczyzna i spokojnie odchodzi.
Kobieta nie ma przy sobie telefonu, więc idzie do najbliższego napotkanego domu i tam zgłasza zdarzenie na policję. Ta przyjeżdża na miejsce i zabiera niedoszłą ofiarę na objazd po okolicy, by wspólnie namierzyć napastnika w 'pięknej malinowej czapce z daszkiem', którą kobieta rozpoznałaby natychmiast. 'Może to ten?' - pyta policjant, wskazując na jednego z przechodniów. 'Nie, to nie ten' - odpowiada kobieta, ale nie bez wahania. Bo mężczyzna z plecakiem niby łudząco przypomina napastnika z pola, ale jest inaczej ubrany. Policjant wyczuwa, że w zachowaniu kobiety jest coś nie tak i, mimo wszystko, decyduje się zatrzymać mężczyznę.
Ten nie daje się tak łatwo, próbuje się wyszarpnąć, ale policjanci są szybsi i zakuwają go w kajdanki. Na masce samochodu ląduje zawartość plecaka - są tam prezerwatywy, gazety pornograficzne i malinowa czapka z daszkiem.
Na komisariacie Andrzej Ś. - bo tak nazywa się zatrzymany - jest pewny siebie. 'Nic na mnie nie macie' - stwierdza. Policjanci oddają go w ręce trzyosobowej grupy, uformowanej z polecenia prok. Pawlik-Czyniewskiej, a ci z kolei zabierają się za przeszukanie jego mieszkania. Drzwi otwiera ojciec Andrzeja, jest nastawiony wrogo. Jednak zarówno on, jak i matka nie wydają się zaskoczeni. Funkcjonariusze wchodzą do mieszkania, gdzie trafiają na mapę Wrocławia i na zeszyty i notatniki - niektóre już pożółkłe. Podczas lektury śledczy uświadamiają sobie, że Andrzej Ś. mógł zgwałcić przynajmniej 96 razy.
'Byliśmy kolegami'
Wniosek o areszt tymczasowy zostaje obroniony. Już w pokoju przesłuchań policjanci skłaniają Ś. do zwierzeń, przyjmując konkretną strategię - nie potępiają jego czynów, a traktują bardziej jak kumpla, który może im się zwierzyć ze wszystkich erotycznych podbojów. 'Tak go nakręciliśmy wspólnie z chłopakami, że chciał się chwalić tym, co zrobił. Myślę, że miał wrażenie, że my go podziwiamy i zazdrościmy, jaki on jest fajny, jaki macho' - wspomina jeden z przesłuchujących.
Ta metoda działa - okazuje się, że Andrzej Ś. pamięta dużo, a nawet pierwsze gwałty, do których doszło już w 1995 roku. Zgodnie z własnym, zapisanym w zeszycie 'kodeksem' atakował kobiety do 50. roku życia, ale i 15-latki. Jeżeli nie gwałcił, to dlatego, że akurat siedział w więzieniu.
Podczas gwałtów nigdy jednak nie dochodziło do wytrysku, a prawdziwą satysfakcję Ś. osiągał dopiero po fakcie, gdy odtwarzał w głowie swoje zbrodnie. Policjanci nigdy nie znaleźli DNA Andrzeja Ś. na miejscach zdarzenia, ponieważ ten zawsze używał gumowych rękawiczek i prezerwatyw. Jak ognia unikał kamer monitoringu, nigdy nie korzystał z komunikacji miejskiej.
Śledczy co jakiś czas wyciągają Andrzeja Ś. zza krat, by wozić go na kolejne wizje lokalne (w sumie było ich kilkadziesiąt). Mężczyzna dodaje do swojej opowieści kolejne fakty. 'Przyniosłem mu z domu swoją kurtkę. Był okres jesienny, a chłopak miał jedynie koszulkę - ciuchy, które miał w mieszkaniu, zabezpieczyliśmy pod kątem pokazania ewentualnym pokrzywdzonym. Także troszkę się zmienia perspektywa, w zależności od tego, co się chce osiągnąć. Byliśmy kolegami' - wspomina śledczy.
Przez cały ten czas Andrzej Ś. nawet nie udaje skruchy. Wręcz przeciwnie - napawa się strachem własnych ofiar. Gdy jest w pobliżu, nawet pracownice komisariatu nie mogą czuć się bezpieczne. 'Będziesz następna' - mówi Andrzej Ś. do protokolantki. Podczas okazania jedna z obecnych za szybą ofiar chce sprawdzić, czy rozpozna głos Andrzeja Ś. 'Zgwałcę cię, zabiję cię' - słyszy.
'Nie był zdeterminowanym drabem'
Co istotne, Andrzej Ś. wygląda naprawdę niepozornie. 'Dość wysoki, lekko otyły brzuch, widać było, że ramiona są obłe, otłuszczone. I ten jego bieg - nie bieg młodego człowieka, tylko taki ‘plasfusowaty’. Nie był takim zdeterminowanym grabem, który od razu wali na odlew' - wspomina jedna z niedoszłych ofiar Ś.
Gdy wieści o seryjnym gwałcicielu rozchodzą się po całym Wrocławiu, wielu zadaje sobie pytanie, dlaczego policja przez lata nie informowała mieszkańców o zagrożeniu. Jak w 2010 roku tłumaczy rzecznik KW Policji we Wrocławiu asp. Paweł Petrykowski, 'nie było wiadomo, że tych gwałtów dokonał ten sam przestępca'. 'Nie było okoliczności wskazujących, że mamy do czynienia z jednym sprawcą. Każdy z tych czynów różnił się od innych. Przestępca dokonywał ich na terenie kilku dzielnic, sprawami zajmowały się różne jednostki policji' - mówi Petrykowski wrocławskiej 'Gazecie Wyborczej'.
Ś. wie, że czeka go proces, ale odmawia adwokata. Tak samo jak kilkadzieści lat wcześniej słynny amerykański seryjny morderca Ted Bundy - chce reprezentować sam siebie, by móc samodzielnie zadawać pytania swoim ofiarom. Bundy'emu co prawda to się udało, ale Andrzejowi Ś. już nie.
Miejsce Andrzeja Ś. jest w Gostyninie?
Andrzej Ś. zostaje oskarżony o 20 przestępstw, do których należą gwałty i próby gwałtów - tylko tyle udaje się mu udowodnić. W 2010 roku sąd skazuje go na najwyższą możliwą karę - 15 lat więzienia. To oznacza, że na wolność wyjdzie już niedługo, w 2025 roku. A - jak zapowiada Ś. zza krat - po opuszczeniu więzienia nadal będzie gwałcił.
Czy wobec tego następnym miejscem pobytu Andrzeja Ś. będzie, już przeludniony, Krajowy Ośrodek Zapobiegania Zachowaniom Dyssocjalnym w Gostyninie? To tam trafiają przestępcy, którzy mimo odbycia zasądzonego wyroku, na wolności będą stanowić zagrożenie.
Pierwszym pacjentem ośrodka stworzonego na mocy ustawy z dnia 22 listopada 2013 r. o postępowaniu wobec osób z zaburzeniami psychicznymi stwarzających zagrożenie wobec życia, zdrowia lub wolności seksualnej innych osób (znanej jako 'ustawa o bestiach'), był Mariusz Trynkiewicz, który w 1988 roku zgwałcił i zamordował czterech chłopców.
W wrześniu 1989 r. sąd skazał Trynkiewicza na czterokrotną karę śmierci oraz pozbawienie praw publicznych, jednak w wyniku amnestii z grudnia 1989 r. najwyższy wymiar kary zamieniono na 25 lat więzienia. Trynkiewicz zakończył odbywanie kary w lutym 2014 roku.