Gdzie nie spojrzeć, tam rekordy. Giełdy rozgrzane. Kiedy nadejdą spadki?
Im bardziej giełdy na świecie idą w górę, tym więcej pojawia się ostrzeżeń przed korektą spadkową. Giełdowa hossa trwa trzy lata, ostatnio jeszcze przyspieszyła, a rekordy wszech czasów biły parkiety jak świat długi i szeroki: od Warszawy przez Nowy Jork po giełdy azjatyckie.
Z tego artykułu dowiesz się:
- Co napędza giełdowe wzrosty?
- Jak na hossie korzysta warszawska giełda?
- Dlaczego szefowie banków inwestycyjnych studzą nastroje?
Najnowsze ostrzeżenie dwóch wielkich banków inwestycyjnych zmroziło inwestorów. A to nie pierwsze takie ostrzeżenia, mówili o nich też prezesi dwóch wielkich banków centralnych świata oraz eksperci Międzynarodowego Funduszu Walutowego. Giełdowe rynki akcji gnają na złamanie karku jak świat długi i szeroki. W ciągu ostatniego miesiąca kluczowe indeksy w USA osiągnęły nowe szczyty wszech czasów, nowe maksima osiągnęły giełdy w Japonii i Korei Południowej, a chiński parkiet w Szanghaju osiągnął najwyższy poziom od dekady. Dziarsko, razem z tymi kluczowymi giełdami świata, podąża też Giełda Papierów Wartościowych w Warszawie: jej szeroki indeks WIG osiągnął niedawno rekord wszech czasów.
Jakie są powody wzrostów?
Po pierwsze: w Stanach Zjednoczonych giełdy napędzają starzy znajomi wszystkich inwestorów czyli big-techy, na czele z NVidią. Spółka, której mikroprocesory napędzają sztuczną inteligencję, niedawno z hukiem przebiła 5 bilionów dolarów wartości: to największa giełdowa firma świata, która ciągnie za sobą całą obecną hossę, bo do niej podczepione są kolejne wagony: Microsoft, Apple, Tesla, Amazon, właściciele Google'a i Facebooka. Po drugie: giełdy - zwłaszcza azjatyckie - swój ostatni wystrzał zawdzięczają zawieszeniu broni w wojnie handlowej Stanów Zjednoczonych z Chinami. I po trzecie: wspólnym mianownikiem wzrostów dla wszystkich giełd są spadające w USA stopy procentowe - kapitał ucieka od dolara i szuka innych miejsc w których mógłby zarobić. I tu, cała na biało, wchodzi Giełda Papierów Wartościowych w Warszawie.
Warszawski parkiet przechodzi właśnie drugą największą hossę w swojej dość krótkiej, bo nieco ponad 30-letniej historii. W ostatnich trzech latach ta hossa przyniosła 150-procentowy wzrost. Co ciekawe, w ogóle na tych wzrostach nie chcieli zarobić drobni inwestorzy, którzy od giełdy trzymają się z daleka. Za to wielki światowy kapitał zarabiał bardzo chętnie: kiedy po agresji na Ukrainę Rosję wyłączono z indeksów rynków rozwijających się, nasz rynek stał się bardzo atrakcyjny. I dalej jest, bo ostatnie rekordy o których wspominaliśmy napędziła właśnie zagranica.
Czas na zimny prysznic
Rozgrzane rynkowe nastroje studzą jednak szefowie dwóch wielkich amerykańskich banków inwestycyjnych. Starzy rynkowi wyjadacze mówią wprost: nadchodzi korekta. "Prawdopodobnie w ciągu najbliższego roku-dwóch nastąpi spadek na rynkach akcji o 10-20 procent" - mówi prezes Goldman Sachs, a wtóruje mu szef banku Morgan Stanley. Przy czym obaj od razu uspokajają, że inwestorzy powinni raczej cieszyć się z okresowych spadków, bo będą oznaczały bardziej zdrowy rozwój sytuacji niż oznakę kryzysu. Te słowa zbiegły się z niedawnymi ostrzeżeniami Międzynarodowego Funduszu Walutowego, poważniejszymi, o możliwej gwałtownej korekcie. Dlaczego?
Dlatego, że wyceny spółek giełdowych puchną. Przodują tu firmy z branży sztucznej inteligencji, ze wspomnianą NVidią na czele. Szef amerykańskiego banku centralnego Jerome Powell ostrzega, że akcje mogą być już przewartościowane. Bank Anglii też ma wątpliwości dotyczące wielkiej góry gotówki, którą światowy kapitał wkłada w technologię. A niektórzy na rynku już wieszczą rosnącą coraz bardziej bańkę spekulacyjną.
Ale nie tylko rynki akcji w ostatnim czasie przeżyły boom. Rozgrzany do czerwoności niczym płynne złoto rynek tego kruszcu właśnie przechodzi schłodzenie. Złoto od sierpnia biło rekord wszech czasów za rekordem wszech czasów, rynek był tak rozgrzany, że po sztabki kupujący ustawiali się w kolejkach. I przyszło spowolnienie, bo przecież na rynkach nic nie może rosnąć cały czas. Ci, którzy kupili na górce, na razie są na minusie. Podobnie na rynku bitcoina, który po pobiciu rekordu cofnął się o 20 procent.
Na razie o odwróceniu trwającej od trzech lat hossy nikt nie mówi. Mowa jest o możliwych spadkach rzędu 10-20 procent, w powszechnym rynkowym przekonaniu, bessa zaczyna się, kiedy rynki spadną o ponad 20 procent. Chociaż kilka miesięcy rządów Donalda Trumpa pokazało, że prognozowanie jest dziś ekstremalnie trudne. Bo rynkom w tym roku nie raz puszczały nerwy, by zaraz później zapanowała na nich beztroska euforia.