Rezydencje w Alpach idą jak świeże bułeczki. A narciarskie kurorty chowają zabawki do pudeł
Obserwujemy nowe szaleństwo. Chodzi o szaleństwo na rynku nieruchomości, a konkretnie o rynku chat górskich. Chaty są alpejskie, ceny dla zwykłego zjadacza chleba nieosiągalne, a ruch w interesie mimo to — nadzwyczajny. I wcale nie dlatego, że Europejczycy mocniej pokochali sporty zimowe.
Na początek jednak o nowych rekordach. Najnowsze dane potwierdzają to, co odczuwaliśmy na własnej skórze: październik był najcieplejszym październikiem w historii pomiarów. Był cieplejszy od poprzedniego rekordowego miesiąca o blisko pół stopnia Celsjusza. Ta różnica też jest rekordowa, znacznie większa niż w każdym z ostatnich 30. lat. A to znaczy, że problemem dla Europy jest nie tylko to, że klimat staje się coraz bardziej zwrotnikowy, ale także to, że ta zmiana przyspiesza. I już niemal pewne jest, że cały rok pobije rekord wszech czasów i będzie najcieplejszy od 125 tysięcy lat. Tę prognozę zmienić mogłoby tylko zdarzenie o rozmiarach apokalipsy. Takie, w którym w listopadzie i grudniu Europa byłaby skuta lodem, a na to raczej się nie zanosi. Przeciwnie, wciąż będzie stosunkowo ciepło. I z tą synoptyczną perspektywą przenosimy się teraz w góry. Konkretnie do alpejskiej chaty.
Bo europejscy pośrednicy nieruchomości ze zdziwieniem obserwują stałe ogólnoświatowe zainteresowania nieruchomościami położonymi w miejscowościach typowo górskich. Letniskowe rezydencje w takich miejscowościach jak St. Moritz czy Crans-Montana podrożały w ciągu ostatnich 12 miesięcy o blisko pięć procent, co dla stosunkowo stałych cen nieruchomości w krajach strefy euro jest zjawiskiem raczej niezwykłym. Jeszcze bardziej niezwykły jest powód, z którego alpejskie chaty stały się towarem deficytowym. Jest nim zmiana klimatu. Ale wcale nie chodzi o poszukiwanie odpowiednich warunków do uprawiania zimowych sportów, ale o ucieczkę przed letnim skwarem. Według agencji nieruchomości Knight Frank tego właśnie szukają w Alpach nowi nabywcy z Azji, Bliskiego Wschodu i Europy Południowej. Szukają ulgi. Idealnym miejscem są drewniane domy wysoko w górach, gdzie nawet w środku lata powietrze daje przyjemne orzeźwienie. Zarządzający górskimi kurortami widzą w tym trendzie szansę dla siebie. Bo miejscowości narciarskie z konieczności stają się ostatnio miejscowościami rowerowymi.
Wskazują na to radykalne decyzje kolejnego już kurortu w Europie — La Sambuy, w Alpach francuskich w pobliżu Trois Valees. W minionym sezonie narciarskim śnieg leżał tam zaledwie przez cztery tygodnie, podczas gdy jeszcze kilka lat temu zaczynał padać na początku grudnia i kończył w okolicach marca. Dzisiaj z czteromiesięcznego sezonu narciarskiego została jedna czwarta. Sztuczne naśnieżanie nie wchodzi w grę, bo impreza staje się tak kosztowna, że aż nieopłacalna. I dlatego miejscowi radni uchwalili demontaż wyciągów. Ich utrzymanie było dla miasteczka za drogie, zostały więc zdjęte ze stoków. W podobnej sytuacji — braku śniegu i dramatycznych decyzji ekonomicznych — znajdzie się wkrótce kilkaset kolejnych zimowych kurortów w całej Europie.
To nie wszystko, co mamy dla Ciebie w TOK FM Premium. Spróbuj, posłuchaj i skorzystaj z oferty "taniej na zawsze". Wejdź tutaj, by znaleźć >>
Taką czarną wizję przyszłości kreślą naukowcy, którzy zbadali położenie geograficzne i klimatyczne ponad dwóch tysięcy wyciągów od Islandii po Turcję. I uznali, że połowa z nich w najbliższym czasie nie będzie się nadawała do użytku, bo tam, gdzie się stoją, śnieg będzie towarem deficytowym. A po co komu wyciąg, skoro nie da się jeździć na nartach. No, chyba że wyprodukuje się zimę, na przykład za pomocą armatek śnieżnych. Ale i tu naukowcy nie mają dobrych wiadomości. Sztuczne naśnieżanie przez całą zimę jest astronomicznie drogie, zużywa masę prądu i wody. Jest też kłopotliwe, bo i prąd, i wodę trzeba by dostarczyć wysoko w góry. I o ile z prądem mogłoby nie być kłopotu, o tyle studnia na wysokości dwóch tysięcy metrów nie jest budowlą powszechną. Można wprawdzie znaleźć strumień, ale tu z kolei niezbędny jest system rurociągów. Zresztą: jedna rzecz to śnieg wyprodukować, a druga to go utrzymać. Do tego potrzebny jest mróz, przynajmniej w nocy. A na południowych stokach w Europie i tego jak na lekarstwo.
W Europie znajduje się około połowy światowych tras narciarskich. I zdecydowana większość, bo aż 80 procent wszystkich kurortów zimowych na świecie. W samych tylko Alpach miłośnicy sportów zimowych spędzają 43 procent czasu globalnie poświęconego temu rodzajowi wypoczynku. Przez alpejskie stoki przewija się ponad 200 milionów osób rocznie, statystycznie to trochę mniej niż jedna trzecia wszystkich mieszkańców kontynentu. We wszystkich europejskich górach wydają mniej więcej 40 miliardów euro rocznie. Cały ten biznes może niedługo zostać zamknięty na głucho. Najszybciej ten smutny los ma spotkać zimowiska w Słowenii, we Włoszech i w Niemczech. Najlepiej sytuacja wygląda — podobno — we Francji i we Włoszech. Ale i tam nie będzie różowo, a właściwie nie będzie długo biało. Cóż zatem robić?
Eksperci radzą: zwinąć interes lub choćby jego część, co zresztą już się dzieje, na przykład we Francji. Bo opisane La Sambuy nie jest wcale pierwsze, które swoje zimowe zabawki pochowało do pudeł. Inna możliwość to się przegrupować i postawić na inne niż narciarstwo formy wypoczynku, w tym zimowego, a także maksymalne wykorzystać czas, w którym w górach jest jakikolwiek śnieg.
Arabia Saudyjska szuka nowego źródła utrzymania. Ropę naftową zastąpi piłka nożna?
Podobnego zdania są zresztą sportowcy, którzy w minionym sezonie na zawody w narciarstwie alpejskim w poszukiwaniu śniegu latali w kółko pomiędzy Europą a Stanami Zjednoczonymi dwa razy. Takie latanie uznali za nieekologiczne i nieekonomiczne. Dlatego domagają się maksymalnego wykorzystania miejsca i czasu, by odbywać zimowe zawody bez wielokrotnego okrążania globu. I nie od października, a od grudnia, i nie do marca, a do końca kwietnia. W przeciwnym razie nowe pokolenia Europejczyków nie będą mieć żadnych szans, żeby obejrzeć prawdziwą rywalizację narciarską, bo sportowcy, zamiast zjeżdżać i skakać, będą latać po świecie w poszukiwaniu śniegu, tak jak robili rok temu.
I na koniec prognoza pogody. Taka na całą zimę. Synoptycy zapowiadają dla półkuli północnej dominację zjawiska El Nino. To cykliczny wzór pogodowy związany z temperaturą wody w oceanie. Ten wzór oznacza stosunkowo ciepły początek zimy — listopad-grudzień. Czyli zero śniegu. I mroźną i suchą drugą jej część. Czyli zero śniegu. Podsumowując — najpierw będzie padało, ale będzie ciepło, a potem będzie zimno, ale nie będzie padało. W tej sytuacji nic, tylko kupić sobie chatę na lato. Wtedy w górach będzie w sam raz.