,
Obserwuj
Gospodarka

Branża filmowa przechodzi trzęsienie ziemi jak u Hitchcocka. Sami je wywołaliśmy!

Anna Augustyn, Wojciech Kowalik
5 min. czytania
15.11.2023 20:08
Być może właśnie trzymacie w ręce telefon komórkowy. To niewielkie urządzenie jest epicentrum trzęsienia ziemi, przez jakie przechodzi właśnie branża filmowa. Wywołaliście je wy, drodzy konsumenci, słuchacze i widzowie. Rozrywkę chcecie mieć pod ręką, kiedy chcecie i jaką chcecie. Streaming - to słowo-klucz do zrozumienia tego, co dzieje się w całej branży. Właśnie trwa wielka walka o nasz czas wolny!
|
|
fot. foto: Envato

Jedna bitwa zakończona, ale wojna trwa. A cała branża walczy o przetrwanie w nowym wspaniałym cyfrowym świecie. W którym widownia na życzenie może mieć wszystko, czego sobie zażyczy. Na bardzo małym ekranie, który zawsze ma pod ręką. Albo dokładniej — w ręce. To właśnie urządzenie, za pomocą którego możecie nas teraz czytać, stoi za przewrotem, z którego branża wyjdzie odmieniona. 

Zgodnie z dewizą Hitchcocka powinniśmy zacząć od trzęsienia ziemi. Ale zaczniemy od czegoś, co w historii Hollywood zapisze się raczej mniejszą niż większą czcionką, czyli od strajku. Po czterech miesiącach negocjacji protestujący aktorzy doszli do porozumienia z producentami. Tym pierwszym udało się wywalczyć wyższe kontrakty i lepszą ochronę przed sztuczną inteligencją. Dla tych drugich porozumienie oznacza koniec strat z powodu przestojów i powrót artystów na plany filmowe oraz do post produkcji. Dla miłośników filmowej rozrywki to na przykład perspektywa rychłej premiery od dawna oczekiwanej 'Diuny II', wznowienie zdjęć do 'Gladiatora II' czy masy seriali dla największych platform streamingowych. To właśnie zyski z wyświetlania filmów w internecie były jedną z kości niezgody pomiędzy twórcami a producentami. I teraz czas na zapowiedziane trzęsienie ziemi.

To trzęsienie ziemi wywołujecie wy, szanowni konsumenci, słuchacze i widzowie. Bo zmieniliście swoje zwyczaje. Zaczęliście dekadę temu, ale znacznie przyspieszyliście w czasie pandemii. Rozrywkę chcecie mieć skrojoną dla siebie, i to bez wstawania z kanapy. W ten sposób systematycznie prowadzicie do zagłady telewizji. Konkretnie telewizji liniowej oraz — częściowo — branży kinowej. Stąd straty największych koncernów rozrywkowych czy zagrożenie dla jednego z najbardziej znanych universum na świecie. Bo super moce mają dzisiaj zjednoczeni w zmianie konsumenci z telefonami w dłoniach. Super bohaterowie mają moce mniejsze. Ale po kolei.

To nie wszystko, co mamy dla Ciebie w TOK FM Premium. Spróbuj, posłuchaj i skorzystaj z oferty "taniej na zawsze". Wejdź tutaj, by znaleźć >>

Najpierw o telewizji liniowej, czyli takiej, która oferuje odbiorcom programy ustawione jeden po drugim. I nie pozwala tej kolejności zmienić. Taka tradycyjna telewizja, przesyłana do widzów kablem, przeżywa swój zmierzch. I choć wciąż zarabia dla właścicieli pieniądze, to zarabia ich znacznie mniej niż kiedyś. Także dlatego, że od dekady systematycznie spada globalna liczba abonentów. Mniejszy zysk to mniej na produkcję i zamykanie nawet najbardziej znanych telewizyjnych tytułów. W tym na przykład produkowanego od ponad 20 serialu BBC "Lekarze". Serial stał się dla telewizji za drogi, bo wzrosły ceny materiałów do produkcji w tym scenografii oraz gaże artystów. A wpływy telewizji spadły. Rachunek był prosty. Skoro widzów nie ma przed telewizorami, gdzie zatem są?

Tam, gdzie wy teraz, czyli przed ekranami. Mniejszymi lub większymi, ale na pewno nietelewizyjnymi. To oznacza dwie wielkie zmiany w przemyśle filmowym. Pierwsza to zmiana w sposobie produkcji filmów i seriali, a to z kolei wielki twórczy przewrót dla scenarzystów, reżyserów, scenografów i wszystkich innych, których na ekranie nie widać, ale bez których nie powstanie ani jeden filmowy obrazek. Druga to zmiana w sposobie odbierania rozrywki. Ani jedna, ani druga nie jest bezbolesna.

Przeniesienie produkcji na platformy streamingowe w swoich kieszeniach odczuli wszyscy twórcy. Bo w serialu streamowanym sezon składa się zwykle z 8 do 10 odcinków. W tradycyjnej telewizji z 22. Co znaczy, że w serwisach VOD przerwy pomiędzy sezonami są dłuższe. A aktorzy i scenarzyści w tym czasie nie pracują, a więc nie zarabiają. W rezultacie ich wynagrodzenie w ostatnich latach spadło średnio o połowę. Najpierw o swoje upomnieli się scenarzyści i wymogli podwyżkę honorariów, potem do strajku przystąpili aktorzy i wymusili na producentach to samo. Rzecz jednak nie tylko w podwyżkach płac dla ludzi pracujących przy filmach i serialach, lecz w biznesie rozrywkowym w ogóle. Bo zmiany tektoniczne na miarę cywilizacji cyfrowej sprawiają, że w posadach chwieje się cała branża. Od piwnicy aż po dach.

Jeden z największych koncernów rozrywkowych świata, amerykański Disney Company zaraportował kolejny kwartał ze stratami. Firma, która wyzwała na pojedynek Netfliksa, wciąż traci na projekcie Disney+. I nie wiadomo kiedy to pasmo strat zostanie przerwane. Na razie koncern ogłosił cięcie kosztów na ponad 7 miliardów dolarów i podniósł ceny swoich pakietów. Ale i to nie daje gwarancji sukcesu w najbliższej przyszłości. Tak jak nie okazało się finansowym sukcesem kolejne wysłanie Harrisona Forda w fedorze na pustynię. "Indiana Jones i artefakt przeznaczenia" nie przyniósł producentom gór złota, tak jak zrobiły to poprzednie filmy o profesorze poszukiwaczu skarbów. Bo poprzedni odcinek z serii powstał w 2008 roku, czyli w erze przed Netflixem, YouTubem i TikTokiem.  I tu przechodzimy do praprzyczyny wszystkich ruchów tektonicznych, czyli do streamowania.

W niedzielę znów nie będzie kabaretów na Polsacie. Wybór filmu może być bardzo znaczący

Branżę filmową zmienia internet, który w dziedzinie rozrywki zmienia nawet sam siebie. Po wymyśleniu Netfliksa poszły za nim dziesiątki już teraz podobnych platform. Disney+, HBO, Hulu, AmazonPrime, ApplePlusTV, Peacock, Paramount. Wszystkie zabiegają o ten sam czas wolny miłośników filmowej rozrywki. I w tej dziedzinie wyrasta im nowa konkurencja. Z oficjalnych danych wynika, że statystyczny dorosły użytkownik TikToka spędza w aplikacji... godzinę dziennie. Tę samą godzinę, którą spędzał wcześniej na innych formach domowej rozrywki. Może dlatego konsumenci poddają się na polu streamingu i zamiast sześciu serwisów, wybierają trzy. Do tego są wybredni, gdy chodzi o kino, bo czas wolny nie jest z gumy.

I na koniec historia wzlotu i upadku SuperBohaterów. Których super moce okazały się niewiele warte w starciu z wszechmocą cyfrowych konsumentów. Marvel, który zaczynał w pokoju nad garażem od wyprzedaży za grosze praw do "SpiderMana" czy "X-mana", wszedł do historii kina ze swoimi Avengersami. I miliardami na koncie po pobiciu wszelkich rekordów kinowej frekwencji. Teraz ten sam Marvel przegrywa z zalewem produkcji oferowanych na platformach streamingowych, sam oferując coraz więcej produkcji coraz marniejszej jakości. Jego najnowsza produkcja - "The Marvels" w pierwszy weekend wyświetlania w kinach wygenerowała w kraju szacunkowo 47 milionów dolarów, a to najgorszy wynik w historii serii. Sytuacja w jest podobno tak zła, że jedynym pomysłem, na jej uzdrowienie ma być powrót do początków. Czyli kolejny film ze wszystkimi Avengersami i  to, mimo że część z nich została już uśmiercona.

Zbliżając się do napisów końcowych, pozwolimy sobie wyciągnąć wniosek. Otóż wszyscy jesteśmy bohaterami historii o przejściu kultury w cyfrę. I o tym też kiedyś powstanie film.