Dlaczego wojna Lidla z Biedronką nie ma sensu? "Błędne koło"
Na froncie inflacyjnym - wojna. Ale nie taka jak możecie pomyśleć. To wojna cenowa, którą toczą ze sobą: konsumenci, handel i instytucje, którym zależy na zdrowej gospodarce z niską inflacją. Wojna toczy się o domowe budżety. I korporacyjne zyski, bo jedno z drugim łączą wydawane na zakupach pieniądze. Kto w tej wojnie stawił zdecydowany opór, a kto musi się wycofać? I co to znaczy dla naszych portfeli?
Wyraźna zmiana zakupowych nawyków
Zaczniemy od oficjalnych raportów finansowych. Konkretnie od danych o sprzedaży, ogłoszonych właśnie przez jeden z największych na świecie koncernów spożywczych, firmę Nestle. Okazało się, że w ubiegłym roku sprzedała mniej, niż prognozowała, że sprzeda. I oceniła, że za tym handlowym rozczarowaniem stoi wysoka inflacja. Dlatego także w tym roku spodziewa się kiepskiego wyniku. Bo konsumenci zmagający się z kryzysem kosztów życia, ograniczają wydatki. W tym na żywność i napoje. Nie tylko sięgają po towary z niższej półki cenowej, ale z niektórych rezygnują całkowicie. Bo nie są niezbędne do życia, jak słodycze czy alkohol.
Skutki odczuwają producenci żywności w tym Nestle, dostarczające do sklepów między innymi: batoniki, czekoladę, napoje czy płatki śniadaniowe. W podobnej sytuacji jest Pepsi Co., które zarobiło na czysto w końcówce roku o 100 procent więcej niż rok wcześniej. Zysk wzrósł przy spadającej wartości sprzedaży. Innymi słowy: firmy spożywcze zarabiają więcej, sprzedając mniej, bo bardzo mocno podnoszą ceny. W przypadku Pepsi Co. podwyżki były tak wysokie, że jedna z europejskich sieci marketów zapowiedziała wykluczenie ze sprzedaży produktów tego koncernu w: Belgii, Francji, Włoszech i Hiszpanii. Sieć uznała, że kilkunastoprocentowe podwyżki są nie do przyjęcia. I szkoda jej miejsca na półkach. Chodziło między innymi o popularną markę czipsów czy napoje gazowane. Producent tłumaczył się rosnącymi kosztami, ale nie na wiele się to zdało, bo w tym samym czasie raportował rekordowo rosnący zysk. We Francji więc negocjacje o powrocie na półki trwają, w pozostałych krajach na razie zawieszono broń.
Konsumenci rezygnują z alkoholu
Podobne problemy mają największe na świecie gorzelnie i browary. Skończył się post-pandemiczny karnawał, trwa walka o każdy grosz w domowych budżetach. Sprzedaż spada, na niektórych rynkach sprzedało się najmniej w historii. W Kanadzie konsumenci po raz pierwszy w historii kupili w ubiegłym roku mniej alkoholu niż w poprzednim. Mniej wypili też Francuzi, przestają pić Amerykanie. Ci ostatni masowo rzucają piwo. Bo browary w tym te największe na świecie podniosły ceny o kilkanaście procent.
To za dużo, by ten alkohol cieszył się stałym powodzeniem jako najtańszy gatunek paliwa towarzyskiego. Piwo po prostu zrobiło się za drogie, by konsumować je całymi sześciopakami. A to nie jedyne ofiary oporu konsumentów. Narzekają producenci majonezu i keczupu, ci ostatni zostali zresztą ochrzczeni mianem "władców greedflacji". Czyli zjawiska podnoszenia cen bez umiaru. W przekonaniu, że klient w obawie przed inflacją kupi wszystko po każdej cenie. Bo nie będzie widział wyjścia.
Podwyżki stają się sprawa polityczną
W Grecji rząd postanowił koncerny spożywcze i chemiczne - trzymać krótko. Wyznaczył limit cen na podstawowe produkty żywnościowe, kosmetyki i chemię gospodarczą. W tym: na mleko w proszku dla dzieci, owoce i warzywa, pastę do zębów, szampon do włosów i środki do sprzątania. Handlowcy i międzynarodowe koncerny spożywcze zostały oskarżone o chciwość. I ostrzeżone, że Grecja nie jest republiką bananową. I zawyżanie cen w przekonaniu, że nikt nawet nie kwęknie - nie będzie tolerowane.
W Stanach Zjednoczonych sprawa galopujących cen żywności jest jednym z głównych tematów kampanii wyborczej przed jesiennymi wyborami prezydenckimi. Tak ważnym, że stała się tematem wystąpienia amerykańskiego prezydenta przed jednym z największych dorocznych wydarzeń medialnych w USA, czyli SuperBowl.
Otwarta wojna w polskich sklepach
W Polsce zawzięty opór konsumentów doprowadził do otwartej wojny cenowej pomiędzy największymi sieciami handlowymi. Wojnę wszczęły dyskonty. Ale przyłączyły się do niej także niedyskontowe sieci handlowe. Wszystkie walczą o klienta, a konkretnie o zawartość jego portfela. A klient robi się coraz bardziej oporny. Ze statystyk wynika, że z powodu chudości portfeli w ubiegłym roku Polacy przynieśli ze sklepów o ponad 6 kilogramów zakupów mniej. Zaś jedynym skutecznym magnesem jest dla nich cena. Przyciąga tylko ta najniższa, bo aż trzy czwarte konsumentów szuka promocji i akcji rabatowych. I dlatego w ostatnich tygodniach przez sklepowe półki przemknęły z prędkością światła szalone ceny "przedwojennej" wysokości. Tych ultraniskich cen dyskonty potrzebują, by ogłosić je światu. I liczyć na to, że będą magnesem dla klientów.
To nie wszystko, co mamy dla Ciebie w TOK FM Premium. Spróbuj, posłuchaj i skorzystaj ze specjalnej oferty. Wejdź tutaj, by znaleźć szczegóły >>
Podsumujmy zatem. Mamy wysokie ceny, podniesione przez producentów z powodu wzrostu kosztów. Ceny są tak wysokie, że firmy zarabiają nawet więcej niż przed pandemią i wojną w Ukrainie. I wciąż je podnoszą, przekonane, że konsumenci oswojeni z inflacją, zaakceptują każdą drożyznę. Wysoka inflacja zmusiła banki centralne do podniesienia stóp. I dlatego prócz wysokich cen w sklepach, mamy też wysokie raty kredytów. Jedno i drugie sprawia, że mamy kryzys kosztów życia i trzymamy się za kieszenie. Przestajemy więc kupować, bo nie na wszystko nas stać. Zaskoczeni producenci raportują więc spadki sprzedaży. Które próbują sobie wyrównać jeszcze wyższymi cenami, by sprzedając mniej, zarobić tyle samo lub więcej niż wcześniej. W tym zaklętym kręgu poruszają się kupujący i sprzedający. Aż ktoś ten cykl przerwie. I wygląda na to, że są to konsumenci.
Na koniec najważniejsze pytanie: co będzie dalej? Ekonomiści uważają, że będzie lepiej. To znaczy ceny nie będą rosnąć tak szybko jak wcześniej, a możliwe, że przestaną rosnąć w ogóle. Wracają rabaty na nowe samochody, używane drożeją nieco wolniej niż od wiosny do jesieni ubiegłego roku. Pojawiają się sklepy, gdzie znów można kupić masło - w promocji - po trzy złote za kostkę. Na europejskim rynku hurtowym tanieje gaz i prąd, a na świecie spada liczony globalnie indeks cen żywności. Tańsze są tłuszcze roślinne i mięso. A cały indeks był w styczniu niższy niż przed wybuchem wojny w Ukrainie. I to może być światełko w inflacyjny tunelu. Może.