"Diuna" pobije kolejny rekord? Góra piachu zarabia lepiej niż superbohaterowie
Kilka miesięcy temu widzów do kin jak magnes przyciągały: "Barbie" i "Oppenheimer". Filmów, które miały rekordowo długą przerwę między wyświetlaniem na dużym i małym ekranie. W pandemii było inaczej: imperium rozrywki przejęły: komputer i smartfon, a premiery odbywały się niemal jednocześnie w kinie i w internecie. Branża kinowa staczała się po równi pochyłej. Teraz ponownie mocno walczy o swoje, choć jest pewien gatunek, któremu wieszczy się zmierzch podobny do tego, jaki spotkał westerny. To filmy o superbohaterach, których magnes przyciągania publiczności coraz bardziej słabnie.
Ten odcinek będzie o wielkich widowiskach. O wielkich staraniach o serca publiczności. Oraz o końcu superbohaterów, których moce słabną, a blask gaśnie. O zmieniających się masowych gustach oraz o tym, dlaczego miliony ludzi na świecie są wdzięczne za wielodniowe poszukiwania na środku Sahary idealnej góry piasku. Oraz o tym czy ta góra zarobi dla poszukiwaczy miliony dolarów. To jest Codzienny Podcast Gospodarczy, zaczynamy.
James Cameron przywrócił kina do życia
Dwa lata temu trwało niecierpliwe oczekiwanie na drugi film z cyklu "Avatar". Właściciele sieci kinowych nie ukrywali, że film będzie kołem ratunkowym dla przemysłu kinowego. Branża na całym świecie liczyła, że do kin razem z filmem, powrócą też widzowie. Którzy w ostatnim przedpandemicznym roku kupili rekordowe 61 milionów biletów.
Potem było już tylko gorzej. Publika przeniosła się na kanapy przed telewizory i ekrany komputerów. Serwisy streamingowe biły rekordy popularności. A kina potrzebowały widowiska, którego oglądanie na małym ekranie byłoby zbrodnią na rozrywce. W takiej atmosferze z odsieczą przybył James Cameron.
Reżyser po 13 latach wrócił z drugą częścią hitu zatytułowaną: "Avatar - Istota Wody". Film został nakręcony w rewolucyjnej technologii 48 klatek na sekundę, czyli z dokładnością o 100 procent większą niż standardowo. Część planu zdjęciowego urządzono pod wodą, do pracy nad efektami specjalnymi zaprzęgnięto najpotężniejsze komputery.
W rezultacie "Avatar - Istota Wody", pomimo umiarkowanie entuzjastycznych recenzji, stał się jednym z najlepiej zarabiających filmów w historii. I wylądował na podium, przed nim są tylko pierwszy "Avatar" oraz "Avengersi". Wpływy z jego wyświetlania przekroczyły 2 miliardy 300 milionów dolarów. To 10 razy więcej niż kosztowała produkcja. "Avatar" był pierwszym filmem po pandemii, który masowo skłonił widzów do wyjścia z domu po pandemicznych obostrzeniach.
Kanapowy "Projekt Popcorn"
W pandemicznych czasach widownia na świecie zamieniła fotele kinowe na domową kanapę. Triumfy święciły serwisy streamingowe. Imperium rozrywki przejął Netflix. Część premier przeniesiono "do komputera", część filmów wyświetlano prawie jednocześnie na dużym i na małym ekranie. Innymi słowy, nie trzeba było iść do kina, by je zobaczyć.
Oburzali się reżyserzy i aktorzy, bo filmom odebrano rozmach wielkich widowisk. Jedna z największych firm produkujących filmy - Warner Bros. nazwała ten model "Projekt Popcorn". I uznała, że to jedyny sposób ratowania całego przemysłu przed katastrofą. Bo oglądanie filmów w domu jest wygodniejsze, tańsze, zajmuje mniej czasu, w skrócie wymaga mniej wysiłku. Wielkie przeżycia zmysłowe miłośnicy dobrej rozrywki przehandlowali za wygodę. A wpływy z biletów w pierwszy postpandemicznym roku były niższe niż przed pandemią. I to aż o jedną trzecią.
Największe sieci kinowe na świecie znalazły się na równi pochyłej. By się ratować, jedna z nich kupiła nawet udziały w kopalni złota. Jednocześnie Rosja zaatakowała Ukrainę, co wykluczyło ją z rynku i zachodni producenci przestali tam wyświetlać filmy. A to oznaczało jeszcze mniej pieniędzy z biletów.
Wielki powrót widzów do kin
Tak więc "Project Popcorn" padł. A w pierwszym szeregu antystreamingowego przewrotu stanęli twórcy wielkich widowisk. Jednym z nich był Dennis Vileneuve - twórca "Diuny". Przed nim na swoim postawili producenci obsypanego Oscarami "Oppenheimera", opowiadającego o konstruktorze bomby atomowej. I "Barbie", pierwszego filmu wyprodukowanego we współpracy z producentem zabawek, czyli Mattelem.
I jedni i drudzy wywalczyli sobie ponadstandardowo długi czas od premiery kinowej do premiery internetowej. Kto chciał obejrzeć "Oppenheimera" nie miał wyjścia, musiał iść do kina. I ten stan trwał aż przez cztery miesiące. W przypadku innych filmów był to zwykle miesiąc. Ten twist uratował kinowego giganta, sieć AMC, która przy "Barbenheimerze" zaliczyła swój najlepszy tydzień w historii, czyli od ponad stu lat.
To nie wszystko, co mamy dla Ciebie w TOK FM Premium. Spróbuj, posłuchaj i skorzystaj ze specjalnej oferty. Wejdź tutaj, by znaleźć szczegóły >>
Teraz całe Hollywood trzyma kciuki za nową "Diunę". To pierwszy wielki test nowej strategii, według której filmy powinny być monumentalnie widowiskowe, ze spektakularnymi zdjęciami i równie spektakularnym dźwiękiem. W tym przypadku Diunę "zagrała" Sahara, a ekipa filmowa, by osiągnąć zamierzony efekt, przemierzała dziesiątki kilometrów w jej głąb. Dodatkowo musiała przy tym zbudować prawie 200 kilometrów nieszkodzących środowisku dróg. A potem wędrować kilometrami przez piaski, żeby znaleźć idealną wydmę i idealne na niej światło. Takie, jakie widzieli oczami wyobraźni autorzy filmu. Efekt? Wielkie zdjęcia, które można w całości docenić tylko na wielkim ekranie. Jest to możliwe tylko w kinie, najlepiej IMAX-ie.
W Stanach Zjednoczonych bilety na drugą część "Diuny" wyprzedane są na tygodnie do przodu. A przychody z pierwszego weekendu wyświetlania na świecie, przekroczyły najbardziej optymistyczne prognozy.
Niesamowite efekty zakończą erę superbohaterów?
Steven Spielberg zapowiedział rychłą śmierć filmowych superbohaterów. Podobną do tej, jaką przeżyli filmowi kowboje i westerny. Po wygłoszeniu swojej tezy Spielberg stał się przedmiotem kpin. Bo w tym samym czasie Marvel i jego "Avengersi" bili rekordy wszech czasów, a do kin wchodziły: "Batman versus Superman", "Kapitan Ameryka" czy "Deadpool".
Publiczność waliła do kin drzwiami i oknami a biznes zarabiał gigantyczne pieniądze. I choć w ubiegłym roku "Strażnicy Galaktyki" oraz nowy "Spiderman" wciąż zarabiali setki milionów dolarów, to w końcówce roku w pierwszej trójce w światowym rankingu nie było ani jednego filmu z super mocami w roli głównej. Pierwsze miejsca zajmowały "Barbie", "Oppenheimer" i "Mario Bros". I była to pierwsza taka sytuacja od 20-stu lat, gdy hitami był: "Shrek", "Harry Potter" oraz "Potwory i Spółka".
Analitycy rynku kinowego mówią wprost o słabnących mocach superbohaterów. Zaś największe wytwórnie filmowe wstrzymują się z produkcjami z tego cyklu. A widownia znajduje przyjemność w doświadczaniu znacznie prostszych, i jednocześnie bardziej poruszających historii.