Zetki wykańczają kolejną branżę. Miliony krzewów poszły z dymem
Na początek o No-Lo. Ten stosunkowo nowy model spędzania wolnego czasu, szczególnie w towarzystwie, jeży włos na głowie gorzelnikom, browarnikom i winiarzom. A za nimi rolnikom uprawiającym pszenicę i ziemniaki, chmiel i jęczmień oraz winną latorośl. Ale też plantatorom jabłek i śliwek, agawy czy trzciny cukrowej. Za trendem No-Lo czyli No-Alcohol, Low-Alcohol (alkoholu mało albo wcale) stoi... generacja Z. Która od życia chce czegoś innego, niż generacje ją poprzedzające. Zetki cenią sobie równowagę pomiędzy życiem a pracą, wyraźnie rozróżniają jedno od drugiego, znajomości zawierają online, nie potrzebują do tego licznego towarzystwa przypadkowego pubu. Zetki nie są zainteresowana presją społeczną w żadnej dziedzinie, w tym w dziedzinie spędzania wolnego czasu. A to bardzo zła wiadomość dla przemysłu alkoholowego. Dlaczego? Bo generacja Z ze wszystkich wymienionych przed chwilą powodów - przestaje pić. Z badań naukowych wynika, że sięga po napoje wyskokowe 20 procent rzadziej niż pokolenia starsze. I deklaruje, że utrzyma abstynencję także w przyszłości.
Browary mają problem. I nie jest to małe piwo! Wykreślamy alkohol z listy zakupów
Jako jedna z pierwszych o trzeźwość najmłodszego dorosłego pokolenia potknęła się... branża rozrywkowa. Bo organizatorzy imprez muzycznych - od kameralnych klubów z biletowanym wejściem po wielkie imprezy plenerowe - większość zysku czerpią z alkoholu. Jeśli publika nie wróci do spożycia, koncertom, zwłaszcza tym klubowym, będzie trudno utrzymać się na rynku. I to niezależnie od szerokości geograficznej. Bo dwudziestolatkowie piją mniej od Hong Kongu, przez Francję i Niemcy po Kanadę. Sponiewieranie się w towarzystwie uznają za formę ostatecznego 'krindżu', niewartego późniejszego fizycznego cierpienia. Minimalizują więc szkody (z angielska: damage control). I masowo wybierają spotkania towarzyskie na całkiem trzeźwo lub na niewielkim rauszu. Ten umiar dla wielu branż - jak przemysł rozrywkowy - jest zabójczy. I teraz będzie o przetrwaniu. Czyli o technikach survivalowych w branży spirytusowej od piwa po wódkę. A szczególnie w branży winiarskiej, w której właściciele puszczają z dymem swoje plantacje. Dosłownie.
Tutaj dom kosztuje mniej niż kawalerka w Warszawie. 'To mit, że jest drogo'
Zetki nie piją, plantacje płoną
W Australii maszyny już przeorały plantacje z milionami krzewów winorośli. Zdrewniałe łodygi układane są w stosy i palone. W ten sposób zniszczono już miliony krzewów, podobny los czeka w sumie dziesiątki milionów kolejnych. Australia ma gigantyczną nadprodukcję wina. Cierpią zwłaszcza producenci tańszych marek win czerwonych, wysyłanych wcześniej w coraz większych ilościach do Chin. Ale z powodu chińskiego polityki gospodarczej i zakazu importu australijskich win, branża straciła jeden z największych swoich rynków. Dodatkowo konsumentom na całym świecie schudły portfele, dodatkowo - jak już wiecie - kolejne pokolenia piją coraz mniej. Spada więc popyt na wino i odczuwa to już branża w Chile, Francji czy Australii. Zwłaszcza, gdy chodzi o gatunki, w który ten kraj się specjalizuje. Czyli tanie wina czerwone.
Dlatego piąty co do wielkości eksporter wina na świecie miał w ubiegłym roku zapasy wielkości... dwóch lat produkcji. Czyli ponad dwa miliardy litrów. Wszystko to stoi w kadziach, beczkach i butelkach czekając na lepsze czasy. Nie ma więc gdzie magazynować nowego wina, które właśnie zjeżdża z produkcji. Nie ma też gdzie sprzedać winogron. Ich cena jest tak niska, że nie pokrywa kosztów produkcji. Trzy lata temu tona winogron kosztowała ponad 400 dolarów za tonę, rok później już tylko 200 dolarów. W tym ostatnim sezonie plantatorom z trudem udaje się sprzedać czarne winogrona za niecałe 70 dolarów. To sześć razy mniej niż w 2020 roku. Wina jest za dużo, cena jest za niska. Jak odwrócić tę klęskę urodzaju?
Żeby cena wzrosła trzeba zmniejszyć produkcję. Zgodnie z prawami rynku - im czegoś jest mniej, tym więcej kosztuje. Dlatego z australijskiego krajobrazu znikają więc całe plantacje w tym te założone, gdy branża startowała z masową produkcją w połowie ubiegłego wieku. To wtedy miejscowi farmerzy przywieźli z Francji winiarski know-how. I w Australii zapanowało przekonanie, że w łagodnym klimacie południowej półkuli produkcja wina, to biznes bez końca. Jak się okazuje - niekoniecznie. I to prawdopodobnie na dłużej. Eksperci nie mają bowiem dobrych wiadomości. Gdyby nawet zrównać z ziemią połowę plantacji w całej Australii, sytuacja niewiele się zmieni. Utrzymywanie winorośli oznacza więc dla farmerów straty, ostateczny upadek produkcji i bankructwa. I dlatego w miejscu winnic wyrastają sady cytrusowe. Oraz plantacje drzew orzechowych.
Zetki wykończą producentów alkoholi?
Ale to nie koniec złych wiadomości z branży. Bo podobne problemy do tych australijskich ma branża winiarska, w jej ojczyźnie, czyli we Francji. W drugiej połowie 2022 r. cena czerwonych win z Bordeaux spadła o ponad 20 procent w porównaniu ze średnią ceną z poprzednich pięciu lat. W branży rosły gigantyczne zapasy, a przemysł w ostatnich sezonach powiększał nadprodukcję. Rząd zaczął więc dopłacać do likwidacji plantacji i skupować zapasy wina przerobić je na mocniejszy alkohol używany do produkcji perfum czy płynów odkażających. Wszystko, by farmerzy mieli gdzie magazynować nową produkcję i jakoś utrzymać się przy życiu. Część decydowała się tylko zmniejszyć produkcję i przestawić na droższe białe wina lepszej jakości. Ale inni w zamian za dopłaty całkowicie rezygnowali z zajęcia, które utrzymywało całe pokolenia ich przodków. Za tą katastrofą stały Chiny - to już wiecie - oraz były prezydent USA. Donald Trump wypowiedział Europie wojnę gospodarczą i nałożył na francuskie wina - wysokie cła. Ceł już nie ma, ale eksport nie wrócił. Winnice padły, jednocześnie francuskich stołach doszło do kopernikańskiego przewrotu. W ubiegłym roku Francuzi przestawili się na... piwo! I to ono zadało winu ostateczny cios.
Za wszystkim stoją konsumenci, od których ta historia się zaczęła. I na których się skończy. Po pierwsze gremialnie piją mniej. Najmocniej cierpią wina czerwone. W ciągu ostatniej dekady sprzedaż wina we Francji spadła o jedną trzecią. Po drugie zmiana klimatu postępuje, lata są coraz bardziej gorące, gdy rośnie pragnienie rośnie sprzedaż wina białego i eleganckiego rose, bo pija się je chłodne i miesza w letnich szprycerach. I po trzecie trzeźwi dwudziestolatkowie chętniej sięgają po bezalkoholowe piwo i owocowe drinki niż po wino, nawet jeśli jest wyjątkowo dobre. Ponad wszystko cenią sobie zdrowie. Uprawiają umiar i stronią od "zespołu dnia następnego". Wyznając zasadę, że w tym przypadku - od przybytku głowa boli.