,
Obserwuj
Gospodarka

Przeciętna pensja rośnie w sposób oszałamiający. Dlaczego nie jest to powód do radości?

Wojciech Kowalik, Anna Augustyn
4 min. czytania
25.09.2024 13:48
Średnia krajowa sięga 8200 złotych brutto. Napędza ją najniższa pensja, podnoszona decyzją rządu o wiele bardziej, niż rosną ceny. A to, co dla pracowników jest dobrą informacją, pokazuje wszystkie problemy, z jakimi boryka się polski rynek pracy.
|
|
fot. jarmoluk / pixabay.com

W poprzednim miesiącu, w polskiej gospodarce znów zarabiało się sporo więcej niż rok wcześniej, bo aż o ponad 11 procent. Przeciętna pensja w sierpniu wyniosła prawie 8200 złotych brutto. Nie jest to wprawdzie tegoroczny rekord, ale wciąż wysokość oszałamiająca, choćby z perspektywy ostatnich czterech lat. A i samo tempo wzrostu imponujące, bo dwa razy wyższe niż tempo wzrostu cen. I - wbrew zdrowemu rozsądkowi - nie jest to powód do radości.

Gwałtowny wzrost wynagrodzeń

Średnia pensje w polskiej gospodarce obejmuje wynagrodzenia w firmach zatrudniających co najmniej 10 osób. Nie uwzględnia zatrudnionych w sferze budżetowej: nauczycieli, urzędników, ani żadnej ze służb mundurowych. Nie ma też samozatrudnionych, ani mikro czy mini firm, których jest tak dużo, że ich powodzenie stanowi o kondycji polskiej gospodarki. Od niedawna dane z takich firm państwo zbiera raz w roku, wcześniej było to jeszcze rzadziej. Z ostatnich wyliczeń wynika, że mediana pensji w całej gospodarce, zwana medianą, wynosi niecałe 6550 złotych brutto. Mediana to liczba na środku skali, połowa Polaków zarabia więcej, a połowa mniej. Najwięcej zarabia się w ubezpieczeniach i finansach, najmniej w hotelarstwie i gastronomii. Ale wszędzie znacząco więcej niż rok, czy dwa lata wcześniej. A dlaczego? Skąd ten gwałtowny wzrost wynagrodzeń?

Po pierwsze - od lipca, Polak zatrudniony na pełny etat na umowę o pracę, nie może zarabiać mniej, niż 4300 złotych. A to znaczy, że od ubiegłego roku, gdy płaca minimalna wynosiła 3600 złotych, jej wysokość została odgórnie, decyzją rządu, podniesiona o blisko 20 procent. Czyli dużo więcej, niż w tym samym czasie wzrosły ceny. Dodatkowo, trwający rok, jest drugim z rzędu z dwiema podwyżkami najniższej pensji.

Po drugie - w sierpniu zatrudnienie spadło aż o 26 tysięcy etatów więcej, niż spodziewali się analitycy. Z zestawienia dwóch wielkości: systematycznego wzrostu pensji i nadprogramowego skasowania miejsc pracy, wyciągnęli wniosek: tak nie wygląda mocny rynek pracy. A to znaczy tyle, że coraz wyższych pensji nie zawdzięczamy coraz lepszej jakości pracy, czy coraz większej efektywności. Gdyby kondycja firm była tak dobra, jak wynika z informacji o podwyżkach, nie trzeba byłoby zlikwidować od początku roku aż 50 tysięcy miejsc pracy.

Co ważne, spadek zatrudnienia niekoniecznie oznacza, że firmy zwolniły ludzi. Mogły po prostu nie zatrudnić nowych na zwalniane miejsca. Dlaczego tak się dzieje? Bo wiele branż, które niedawno stały za sukcesem polskiej gospodarki, złapało poważną zadyszkę.

Niewesoła perspektywa

Nie sprzedają się meble, bo Europejczycy z powodu kryzysu kosztów życia trzymają się za kieszenie. Podobnie jest ze sprzętem elektronicznym, czy artykułami gospodarstwa domowego. Turecki koncern produkujący w Polsce sprzęt AGD już zapowiedział zwolnienie ze swoich zakładów w Polsce tysięcy pracowników. Z powodu drogich kredytów nie sprzedają się mieszkania, kuleje więc budowlanka, a wraz z nią branża wyposażenia mieszkań. Firmy produkujące płytki ceramiczne apelują do rządu o ratunek. Polscy konsumenci wolą tańsze produkty z Turcji i Chin. Branża motoryzacyjna zaczyna szurać brzuchem po dnie. Europejczycy nie stoją w kolejkach po nowe auta, których ceny przekroczyły granice zdrowego rozsądku. Fabryki ograniczają więc produkcję, planują zwolnienia, a nawet całkowite zamknięcie. Kłopoty zachodnich koncernów motoryzacyjnych to śmiertelne zagrożenie dla polskich podwykonawców. Przestajemy na wyścigi produkować baterie do aut, bo sprzedaż elektryków tylko w sierpniu spadła w całej Europie aż o jedną trzecią. Podsumowując - perspektywa nie jest wesoła. A płace rosną. Jak to możliwe?

Ekonomiści banku Pekao SA wskazują winnego: za szybki wzrost płacy minimalnej. Bo, gdy dolewa się wody do basenu, w górę idą wszystkie łódki. Co oznacza, że podniesienie najniższego wynagrodzenia podniosło też pozostałe pensje, ale za szybko. W tej sytuacji pracodawcy nie mieli innego wyjścia, jak ograniczyć liczbę pracowników. Bo na więcej ich nie stać. Ale jest też inny powód - dzieci, a właściwie ich brak.

Deficyt pracowników w niemal wszystkich krajach Europy

Rocznie z rynku pracy ubywa od 150 do 180 tysięcy pracowników. O tyle więcej przechodzi na emeryturę niż kończy szkołę i zaczyna pracę. Dla gospodarki wynik tego odejmowania to poważna sprawa, bo każda para rąk do pracy jest na wagę złota. Zwłaszcza, gdy ręce coś potrafią. I dlatego na rynku pracy trwa prawdziwy wyścig po pracowników. Ci, którzy tracą zajęcie w jednej branży, natychmiast znajdują je w innej. Jeśli polski rynek pracy im nie wystarcza, każda droga w Unii Europejskiej jest otwarta, deficyt pracowników mają niemal wszystkie kraje w Europie. Konkurencja jest więc międzynarodowa, także o migrantów spoza Unii. Polska w tej dziedzinie znalazła się w uprzywilejowanym położeniu. Bo ciągnęli do nas pracownicy z Ukrainy, jeszcze przed wojną, potem z Białorusi. Ale to źródło już wyschło. Rozwiązaniem jest przemyślana polityka migracyjna. Polskie przemyślenia w tej sprawie trwają od 10 lat z okładem. I na razie ich końca nie widać.

Dzieci

W latach 80. w Polsce rodziło się rocznie 700 tysięcy dzieci. W ubiegłym roku było ich 270 tysięcy, najmniej od II Wojny Światowej. Spadek liczby urodzin przyspiesza z roku na rok, więc w tym roku będzie ich jeszcze mniej. Podobnie fatalnie jest, gdy chodzi o tak zwany współczynnik dzietności. Pod tym względem jesteśmy dzisiaj w ścisłej europejskiej czołówce - od końca. W Polsce wynosi on 1,16. Co znaczy, niewiele ponad jedno dziecko na kobietę. Dla utrzymania liczby ludności ten współczynnik powinien wynosić 2,15. Czyli dokładnie o jedno dziecko na parę więcej niż dzisiaj.