advert 0:
advert:
device 1:all
device 2:all
advert final:
,
Obserwuj
Gospodarka

Chińska elektryczna inwazja na Europę. UE rzuca "broń atomową"

Wojciech Kowalik, Anna Augustyn
4 min. czytania
10.10.2024 20:30
Europa nakłada wysokie cła na chińskie samochody elektryczne. To nowy etap handlowej wojny między dwiema potęgami, z których chińska walczy o europejskie portfele, a europejska o przetrwanie.
|
|
fot. Pixabay

Po dwóch stronach tej wojny stoją największe gospodarcze potęgi. Jedna walczy o przetrwanie, druga o rząd dusz, a właściwie kieszeni. Chodzi o europejskie portfele, z których Europejczycy zasilają gospodarkę Chin. Wojna toczy się na wielu frontach - od drobiazgów za grosze, plastikowych pojemników kuchennych na żywność i spinek do włosów, przez chińskie trampki i szkolne piórniki, po najnowocześniejsze smartfony i mocno zaawansowane technologicznie samochody. Przede wszystkim elektryczne. Jest też frontowy odcinek, na którym mogą polec książki i gazety.

Broniąca pozycji Europa

Europejski przemysł motoryzacyjnymi, zachwycony fantastycznymi wynikami sprzedaży i światową dominacją, zaspał. I stało się to lata temu. Efekty odczuwa dzisiaj największa na kontynencie gospodarka i jeden z największych globalnych producentów aut. Volkswagen, który jeszcze niedawno walczył w Azji o miejsce na rynkowym podium, teraz walczy o życie. I zamierza złamać gospodarcze tabu, zamykając fabryki w swoim mateczniku, czyli w Niemczech. Bo w Europie auta na prąd sprzedają się fatalnie, a auta tradycyjne sprzedają się źle.

Sprzedaż tylko flagowej niemieckiej marki w ciągu roku spadła aż o pół miliona sztuk, czyli tyle ile rocznie produkują trzy fabryki. Najgorzej jest na rynku aut na baterie. W sierpniu w Niemczech sprzedało się ich o dwie trzecie mniej niż rok wcześniej. W całej Europie - mniej o jedną trzecią. Dlaczego? Bo po pierwsze: po wycofaniu w grudniu publicznych dopłat ceny elektryków stały się nieosiągalne dla przeciętnego zjadacza chleba, nawet w najzasobniejszej europejskiej, czyli niemieckiej gospodarce. Po drugie: Niemców, podobnie jak wielu innych obywateli Europy, uderzyła po kieszeni astronomiczna do ubiegłego roku inflacja. Po trzecie: posiadanie auta na prąd wciąż jest w Europie logistycznym wyzwaniem. Ładowarek nie przybywa w zapowiadanym tempie, a ładowanie wcale nie jest ultratanie. I po czwarte: posiadanie samochodu elektrycznego nie czyni z właściciela motoryzacyjnego celebryty, a z awangardy postępu technologicznego. Bo elektryki - mimo, że wciąż droższe od aut tradycyjnych - przestały być ekskluzywne. Po europejskich drogach jeżdżą ich miliony, a nie setki, jak jeszcze kilka lat temu.

Chińska elektryczna inwazja na Europę

Już na początku tego wieku partyjne kierownictwo Chin postanowiło przegonić motoryzacyjnych liderów i postawiło na rozwój technologii napędu elektrycznego. W dyscyplinie hybrydowej w czołówce byli Japończycy z Toyotą, a Europa doskonaliła napędy spalinowe. W kilkanaście lat chiński przemysł osiągnął mistrzostwo, w tym dzięki sprowadzeniu z Europy najlepszych projektantów i inżynierów. Czego nie dało się kupić, zostało - łagodnie rzecz ujmując - skopiowane. Liderzy branży dostali rządowe wsparcie, a fabryki w Chinach zbudowano do produkcji milionów aut. Nieznane wcześniej marki wypełniły ulice największych metropolii Chin. Stało się to w tak szybkim tempie, że już w ubiegłym roku chińskie BYD pokonało Volkswagena jako lider miejscowej sprzedaży z wielkością blisko 2,5 miliona sztuk. A gdy elektryka miał już każdy Chińczyk, którego było na niego stać - chińskie marki ruszyły na podbój świata. A władze zatwierdziły budowę flotylli handlowej do transportu samochodów oraz specjalnych nabrzeży w chińskich portach.

Największym problemem Europy z chińskimi elektrykami jest fakt, że są ultratanie. Dlatego Unia Europejska rzuciła na front samochodowy broń atomową - wprowadza nawet 50-procentowe cła na auta elektryczne z Chin. Problemów z tą taktyką wojenną jest jednak kilka. Po pierwsze: tysiące aut są w Europie. Po drugie: Chińczycy zaczynają tutaj budowę swoich fabryk w tym na Węgrzech, w Turcji, a może także w Polsce. Produkowane na miejscu samochody nie będą obłożone cłem a i tak będą tańsze, bo nie trzeba inwestować miliardów w rozwój technologii. I po trzecie: wysokie cła nie są na rękę europejskiej potędze motoryzacyjnej.

Elektryki. 'Kuchennymi drzwiami Chińczycy dostają dostęp do fabryki w Tychach'. Kulisy przejścia

Europa podzielona

Niemcy głosowały przeciw ochronie europejskiego rynku przed chińską inwazją na baterie. Na swoją stronę przeciągnęły Węgry, Maltę, Słowenię i Słowację. Aż dziesięć państw wstrzymało się od głosu, ale poparcie pozostałych w tym Polski i Francji przesądziły sprawę. Po podwyżce cła za sprowadzane z Chin auta elektryczne będą wynosić blisko 50 procent. Dla porównania - do tej pory było to 10 procent. Dlaczego Europa w tej sprawie jest tak mocno podzielona? Bo zrzucenie na Chińczyków handlowej bomby atomowej może oznaczać, że Chińczycy w odwecie zrobią Europie to samo. A odwet obejmie nie tylko motoryzację. Ale na przykład polski nabiał, francuskie sery, włoskie wina i tak dalej, i tak dalej. Chiny są największym producentem elektryków na świecie. W ubiegłym roku wyjechało stamtąd w świat o 70 procent takich aut więcej niż rok wcześniej. Ich największym odbiorcą jest Europa.

Cła na dwutlenek tytanu

Dwutlenek tytanu, inaczej - biel tytanowa, to czynnik stosowany w przemyśle chemicznym, szczególnie w produkcji farb, w tym farb drukarskich. Sprowadzany jest masowo z Chin, gdzie wytwarzano go znacząco taniej niż gdzie indziej. By chronić europejski rynek, biel obłożono zaporowym cłem, ale w jej produkcji Chiny nieoczekiwanie stały się światowym monopolistą. Kto w Europie potrzebuje bieli - wyjścia nie ma. Płacze i płaci - astronomiczne cła. Tak wysokie, że fabryki farb do papieru przestają się opłacać. A wraz z nimi przestają się opłacać papierowe książki i czasopisma.