Jabłko nową pomarańczą. Winnym m.in. "zielony smok"
W tym roku jabłka padły nie tylko ofiarą pogody, ale też własnego sukcesu. A to oznacza jedno: ceny zarówno samych owoców, jak i robionych z nich przetworów, wydają się mieć jeden kierunek - niestety, zwyżkowy. Zresztą, nie tylko z jabłkami jest problem. Ten rok poważnie nadszarpnął produkcję także innych owoców - od malin przez gruszki i wiśnie, po brzoskwinie.
Mniejsze zbiory owoców - w całej Europie o ok. 10 procent
Był przełom marca i kwietnia, kiedy przyszła do Polski przedwczesna, ciepła wiosna i przyroda zaczęła wcześnie budzić się do życia. Także drzewa owocowe w sadach. Na majówkę pojechaliśmy niemal w upale. Aż przyszli zimni ogrodnicy. W tym roku - wyjątkowo zimni i wyjątkowo okrutni dla drzew owocowych. Sadownicy i rolnicy rzucili się do ratowania upraw przed mrozem, ale z różnym skutkiem. Później przyszły letnie upały i susza, które pogłębiły tylko spustoszenie, jakie z pełną mocą zobaczyliśmy jesienią. Bo jabłek sadownicy zebrali w tym roku o jedną piątą mniej, czyli około trzy miliony 200 tysięcy ton. Zresztą, w całej Europie zbiory są o mniej więcej 10 procent niższe.
Zbiory są mniejsze, a popyt na polskie jabłka - ogromny. Dlaczego?
Problem z pomarańczami
Plantacje pomarańczowe dziesiątkuje "zielony smok" - śmiertelna dla drzew cytrusowych zaraza, która z Chin przeniosła się na cały świat. Dotarła na plantacje w krajach produkujących najwięcej owoców: do Australii, Stanów Zjednoczonych i Meksyku oraz na koniec - do Europy. Nie ma na nią żadnego skutecznego leku, dlatego eksperci uważają, że w najbliższym czasie spowoduje straty w uprawach sięgające nawet 40 procent.
Swoje dokłada katastrofa klimatyczna. Brazylia, która produkuje 70 procent światowych dostaw soku pomarańczowego, zmagała się z kilkoma sezonami ekstremalnych warunków pogodowych, w tym - takimi upałami, że zniszczyły nawet lubiące ciepło plantacje drzew cytrusowych. Kraj woli więc zostawić owoce u siebie, na potrzeby lokalnego rynku, niż go eksportować. Efekty już widać: zbiory pomarańczy są najniższe od kilku dekad.
Rezultat jest łatwo przewidzieć - na świecie jest coraz mniej soku pomarańczowego, a jego ceny rosną w szybkim tempie. Kontrakty na koncentrat soku w tym roku biły historyczne rekordy. Ostatni padł w sierpniu. Tylko w tym roku ceny poszły w górę o połowę, a w ciągu dwóch ostatnich lat - o 150 procent. W takiej sytuacji świat szuka zamiennika. I znalazł - rumiane polskie jabłko! Bo to właśnie sok jabłkowy staje się globalną alternatywą dla soku pomarańczowego. I dlatego świat, który szukał koncentratu soku jabłkowego, znalazł go w Polsce.
Polski koncentrat lata do Stanów Zjednoczonych i dalekiej Azji
Polska jest największym w Europie i drugim na świecie producentem koncentratu soku jabłkowego. Koncentrat ten jest rozcieńczany i wlewany do butelek i kartonów - w ten sposób powstaje sok, który ląduje na naszych stołach. Nasz koncentrat wysyłamy nawet do Stanów Zjednoczonych i dalekiej Azji, w tym - do Chin. A skoro jest popyt, to rosną ceny.
W ciągu ostatnich dwóch lat ceny jabłek do przetwórstwa wzrosły o 100 procent. Jeszcze dwa lata temu było to 50 groszy za kilogram, teraz jest to 95 groszy do jednego złotego. A to zmienia krajobraz polskich sadów.
Sadownicy, którzy uprawiają tańsze odmiany jabłek, wyceniane na złot czy złoty dwadzieścia owoce wolą sprzedać na soki. Bo taka uprawa bardziej się opłaca, jest mniej wymagająca i pochłania mniej kosztów. Rośnie więc udział jabłek uprawianych dla przetwórstwa, a spada - owoców świeżych do bezpośredniego spożycia. I to najprostszy przepis na wzrost ich cen.
Skazani na drogie owoce
Teraz średnia w skali kraju cena świeżych jabłek w skupach sięga mniej więcej trzech złotych. Do tego trzeba doliczyć cały łańcuszek dostaw do sklepów i marż, jakie do ceny dodają sobie kolejne ogniwa tego łańcuszka. Na jego końcu są sieci handlowe, które muszą teraz tak wypośrodkować cenę, żeby z nią nie przestrzelić i nie zniechęcić konsumentów. Eksperci nie mają jednak wątpliwości - pewnie ostrożnie ta cena będzie przerzucana na nas. I tak, na drogie jabłka możemy być skazani aż do następnego sezonu.
Niestety, problem jest nie tylko z jabłkami. Z tych samych pogodowych powodów, o których mówiliśmy, spadły zbiory gruszek. Ceny tych owoców w skupie poszybowały - we wrześniu sięgały 10 złotych, podczas gdy rok temu było to sześć, czy sześć i pół złotego.
W sklepach jeszcze tego nie widać, bo sprzedawane są zapasy, ale cenowe perspektywy nie są najlepsze. Wszędzie, gdzie spojrzymy na owocowy krajobraz, widzimy problem: śliwek i malin zebraliśmy o 20 procent mniej, wiśni i czereśni o nawet jedną trzecią mniej, porzeczek o jedną czwartą mniej, brzoskwiń i moreli - o kilkanaście procent mniej. Tak oto teraz, jesienią, odczuwamy to, co w przyrodzie wydarzyło się wiosną - i o czym już nawet nie pamiętamy. A cenowe efekty będą się za nami ciągnęły do połowy przyszłego roku.