Czekasz na zimę i narty? Może nie być na co
Wymieranie śnieżnego biznesu nie jest jeszcze masowe, ale eksperci są zgodni - przyszłość rysuje się - nomen omen - w czarnych barwach. Na progu zimy stacje narciarskie w całej Europie, jedne po drugich, zawieszają na stokach kłódki. I to na zawsze.
Alpe du Grand Serre
Przypadek numer jeden, czyli Alpe du Grand Serre. To turystyczna osada w departamencie Isere, położona w malowniczej dolinie u stóp masywu Grand Serre, 45 minut samochodem od Grenoble. Wokół wioski wyznaczono prawie 40 tras narciarskich na wysokości do dwóch tysięcy metrów nad poziomem morza. Na trasy narciarzy dowoziły trzy wyciągi krzesełkowe i dziewięć orczyków. Alpe du Grand Serre to 55 kilometrów zjazdów, przy których pracowało 25 instruktorów narciarstwa. To szkółki i kursy dla nowicjuszy. Ośrodek został założony 85 lat temu i był drugim najstarszym w tej części Francji. Cóż takiego stało się, że jedno z największych francuskich centrów narciarskich stało się bohaterem tego tekstu? Otóż ośrodek się zamyka. Bo po pierwsze nie ma śniegu, a po drugie - pieniędzy.
Obfitego śniegu, potrzebnego do wygodnego korzystania z tras narciarskich, nie było w alpejskim masywie Grand Serre od trzech lat. Z tego powodu szlaki narciarskie, zwłaszcza te położone niżej, otwierano coraz później. Zdarzało się, że trzeba je było zamykać w trakcie sezonu - po trawie i kamieniach trudno jeździć na nartach. Takie niespodzianki sprawiały, że goście pakowali walizki. I do Alpe du Grand Serre nie wracali. A już na pewno nie na narty. Brakowało więc pieniędzy na modernizację wyciągów i budowę nowych wyżej, tam gdzie śniegu bywa więcej. Nie było jak zapłacić firmie obsługującej i serwisującej urządzenia wyciągowe. O sztucznym naśnieżaniu nie wspominając. Dlatego władze gminy trzy lata temu postanowiły wziąć sprawy we własne ręce. I zrobić to, co doradzali eksperci - postawić na to, co w górach można robić bez śniegu. Czyli wędrować albo jeździć, na przykład na rowerze. W urządzenie nowych szlaków pieszych i rowerowych zainwestowano więc trzy miliony euro. Na tym się skończyło, bo pieniędzy zabrakło także i na to.
Stacja narciarska Grand Puy
Przypadek numer dwa: stacja narciarska Grand Puy, w gminie Seyne-les-Alpes i jej 25 kilometrów tras narciarskich. Krzesełka, orczyki, armatki śnieżne i ratraki... Wszystko to z początkiem listopada idzie pod młotek, a gmina gasi światło w całej stacji. Nie stać jej na utrzymanie infrastruktury, gdy na narty przyjeżdża tam o 60 procent mniej turystów niż 10 lat temu.
Osada, z niecałym półtora tysiącem mieszkańców, na rachunki za prąd i serwisowanie urządzeń zaciągnęła wielomilionowy kredyt. Co roku traci na tym setki tysięcy euro. I dlatego pomysł zamknięcia stoków na kłódkę oddała w ręce mieszkańców. Ponad dwie trzecie głosujących zgodziło się stację zlikwidować. Pieniądze ze sprzedaży wyciągów zostaną użyte do wsparcia całorocznych atrakcji turystycznych. Ale i to może nie wystarczyć.
'Śnieżny' kryzys coraz głębszy
Miejscowi przedsiębiorcy, którzy stracili źródło utrzymania, apelują do francuskiego rządu. Bez publicznej pomocy nie mają szans na przeżycie. Nie poradzi sobie ani Alpe du Grand Serre, ani Seyne-Les-Alpes, ani żaden inny kurort narciarski jak Alpy długie i szerokie. Bo 'śnieżny' kryzys z roku na rok się pogłębia. Pogoda nie zna litości a egzystencjalne zagrożenie rośnie.
Gdy dwie zimy temu, w styczniu i lutym, na alpejskich łąkach zazieleniła się trawa, większość przedstawicieli górskich gmin uznała to za anomalię. Groźne, ale pojedyncze zjawisko. Od austriackiego Insbrucku po francuskie Chamonix narciarze masowo odwoływali rezerwacje. Tym bardziej, że był to pierwszy sezon po dwóch latach pandemii z astronomicznymi cenami w europejskiej turystyce. Skokowo podrożały karnety narciarskie, bo skokowo podrożał prąd napędzający narciarskie wyciągi. Drogie było paliwo do ratraków, jeszcze droższe sztuczne naśnieżanie. Pewien kurort w Pirenejach próbując ratować białe Boże Narodzenie zamknął swoje stoki jeszcze przed świętami. Chciał chronić przed narciarzami leżący na nich śnieg. Zanim przyszło Boże Narodzenie na stokach zazieleniła się trawa. W ten sposób gości nie miał ani przed świętami, ani na święta, ani po nich.
Inna popularna wśród narciarzy miejscowość, Ruka w Finlandii, postanowiła oszczędzać śnieg. Zanim, jak zwykle w maju, zamknęła na lato 20 wyciągów i 40 tras narciarskich, usypała ze śniegu dwie wielkie zwały. Następnie przykryła je izolacyjnym poliestrem. Autorzy projektu uważają, że uda się w ten sposób utrzymać nawet 90 procent zaoszczędzonego śniegu. By lada moment, gdy temperatura spadnie wystarczająco, rozwieźć go na trzy pobliskie szlaki.
Snow farming i armatki
Choć brzmi to niewiarygodnie, po technikę nazwaną snow farming sięga w Europie coraz więcej narciarskich ośrodków. Bo dzięki nowoczesnym tworzywom udaje się doholować śnieg aż do jesieni.
W fińskiej Ruce przykryte grubym, jasnym plastikiem zwały przetrwały ponad 30-stopniowe letnie upały. Dzięki temu ten i inne ośrodki mogą przedłużyć sezon narciarski tak, by zaczynał się właśnie teraz, czyli w połowie października. I trwał nawet do połowy maja. Wśród wielu zalet tej metody jest jedna zasadnicza wada - jest zbyt pracochłonna, by można było w ten sposób zaśnieżyć wszystkie trasy na wszystkich wysokościach. Dlatego wciąż najpopularniejszym sposobem są armatki śnieżne. Warunek - odpowiednia pogoda i głęboka kieszeń.
Głęboka jak kieszenie organizatorów zawodów narciarskiego pucharu świata, który tradycyjnie zaczyna się konkursem w październiku. Od lat trasy zawodów naśnieżane są sztucznie, nikt nie liczy na świeży, naturalny śnieg. Sezon 2022/2023 w wielu alpejskich miejscowościach zapisał się rekordami. W styczniu termometry pokazywały ponad 20 stopni. W kolejnym roku było niewiele lepiej. Zawodowe narciarstwo pogodziło się ze zmianami klimatycznymi i zastanawia się nad skróceniem kalendarza konkursów, bo najgorzej jest do grudnia.
Narciarstwo dojeżdża do mety
Globalne ocieplenie sprawiło, że śnieg ma szansę utrzymywać się w zimie znacznie wyżej, niż jeszcze 50 lat temu. Ta granica przesunęła się aż o 250 metrów nad poziomem morza. I będzie się nadal przesuwać. Za kolejne 20 lat zagrożone zostaną najbardziej znane na świecie stacje narciarskie - Verbier, Courchevel czy Chamonix. W Alpach w rekordowym tempie topnieją lodowce, więc wyjazd wysoko w góry na narciarstwo lodowcowe też przestanie być sensowną alternatywą. Kończy się więc biznes o wartości kilkudziesięciu miliardów euro, z 80 procentami ośrodków zimowych na świecie. Narciarstwo w Europie ostatecznie dojeżdża do mety.