,
Obserwuj
Gospodarka

"Fatalne dane. Jedne z najgorszych, jakie kiedykolwiek widzieliśmy"

Wojciech Kowalik
3 min. czytania
24.10.2024 11:27
Dane o sprzedaży za wrzesień są tak złe, że aż wprawiły ekonomistów w osłupienie. Kupujemy mniej ubrań, butów, mebli, pralek czy paliw. Co odpowiada za ten gwałtowny spadek i czy rzeczywiście z polskim konsumentem jest aż tak źle?
|
|
fot. Władysław Czulak / Agencja Wyborcza.pl

Sprzedaż detaliczna - te dane co miesiąc pokazuje Główny Urząd Statystyczny i na ich podstawie ekonomiści oceniają kondycję finansową konsumentów. W czasach wysokiej inflacji, kiedy trzymaliśmy się za kieszenie, to właśnie na podstawie tych danych eksperci mówili o 'recesji konsumenckiej'. W tym roku sytuacja miała się odwrócić i z recesji mieliśmy przejść do konsumenckiego boomu. Ale czy przeszliśmy?

Niekoniecznie. Okazuje się, że sprzedaż detaliczna wcale nie wystrzeliła tak, jak się tego spodziewano. A we wrześniu wręcz się skurczyła, co wprawiło ekonomistów w niemałe osłupienie, bo zamiast 3-procentowego spadku oczekiwali niespełna 3-procentowego wzrostu.

'Fatalne dane, jedne z najgorszych jakie kiedykolwiek widzieliśmy' - napisali analitycy banku Pekao SA.

'Konsument umarł' - to z kolei komentarz ekonomistów mBanku.

Stało się tak, mimo że dochody rosną. Czy więc rzeczywiście z konsumentami we wrześniu było aż tak źle?

To nie wszystko, co mamy dla Ciebie w TOK FM Premium. Spróbuj, posłuchaj i skorzystaj ze specjalnej oferty. Wejdź tutaj, by znaleźć szczegóły >>

Jedna sobota mniej

Wyjaśnienie tego spadku może leżeć po części w efektach statystycznych i kalendarzowych. Po pierwsze: w tym roku - we wrześniu - mieliśmy o jedną sobotę mniej niż rok temu. A to właśnie w soboty robimy największe zakupy - potwierdzają to ekonomiści PKO Banku Polskiego na podstawie transakcji płatności kartami. Po drugie: efekt bazy, czyli inne porównanie do ubiegłego roku, dotyczące paliw. Bo sprzedaż paliw jest wliczana do sprzedaży detalicznej, a rok temu mieliśmy niezwykłą przedwyborczą promocję, jaką na swoich stacjach wprowadził państwowy Orlen. I gdyby nie te dwa czynniki, sprzedaż we wrześniu prawdopodobnie nie zanurkowałaby aż tak głęboko. Ale to nie jedyne wyjaśnienie.

Faktem jest, że sklepowe wydatki są ograniczane. Mniej kupowano ubrań, obuwia, sprzętu radiowo-telewizyjnego oraz gospodarstwa domowego, a nawet - żywności. Zapaść w sprzedaży tak zwanych dóbr trwałego użytku - a więc mebli, telewizorów, pralek i lodówek - widać od dawna. Co za tym stoi?

Po pierwsze: wciąż z powodzeniem służą nam całkiem nowe sprzęty kupione w pandemii, kiedy zamknięci w domach rzuciliśmy się do zakupów. A po drugie: w miejscu stanęła sprzedaż mieszkań. A skoro się nie sprzedają, nie ma czego urządzać. Nie potrzeba więc na rynku tylu kanap, szaf i pralek.

Wolimy zadbać o fryzurę niż mieć nowy telefon

Kolejny klocek tej układanki to usługi - tych dane o sprzedaży detalicznej nie wychwytują, a wszystko wskazuje na to, że nasz strumień pieniędzy przekierowujemy właśnie tam. Zamiast na nowy telewizor, wolimy wydać na zagraniczną wycieczkę. Albo zamiast wydać na nowy telefon, wolimy zadbać o swoją urodę u fryzjera czy w gabinecie kosmetycznym i kondycję na siłowni. Usługi to teraz najszybciej drożejący komponent w koszyku inflacyjnym.

Ale obrazek polskiego konsumenta nie byłby pełny, gdyby nie jeszcze jeden element - oszczędnościowy. Zarabiamy więcej, ale tymi pieniędzmi w sklepach nie szastamy.

Pamiętamy, jak ciężko było przeżyć okres wysokiej inflacji, więc odkładamy na gorsze czasy. Tym bardziej, że inflacja znów zaczęła rosnąć, odczuwamy podwyżki rachunków za prąd, gaz, wodę, ścieki, czynsze, a kolejne prawdopodobnie przed nami. Wolimy się przed tym zabezpieczyć, więc zamiast wydać wszystko, co zarabiamy - wolimy mieć poduszkę finansową, która poratuje nas, kiedy przyjdą gorsze czasy. To zresztą widać w badaniach. Jak podaje firma doradcza EY, z obawą w przyszłość spogląda 70 procent polskich konsumentów, 80 procent boi się rosnących kosztów życia, a ponad połowa martwi się o stan swoich finansów.