advert 0:
advert:
device 1:all
device 2:all
advert final:
,
Obserwuj
Gospodarka

Na Europę padł blady strach. Nowy kryzys na horyzoncie. Tego słowa powinniśmy się wszyscy nauczyć

Anna Augustyn, Wojciech Kowalik
5 min. czytania
30.11.2024 10:07
Tego słowa powinniśmy się nauczyć: Dunkelflaute, czyli postrach producentów energii. W wolnym tłumaczeniu oznacza brak słońca i wiatru do produkcji prądu ze źródeł odnawialnych. Z takim zjawiskiem mieliśmy do czynienia cztery lata temu i powtórzyło się teraz: w listopadzie nie wiało (stanęły więc wiatraki) i nie było słońca (zasilającego panele fotowoltaiczne).
|
|
fot. Grzegorz Celejewski / Agencja Wyborcza.pl

Ta historia zaczyna się niemal dokładnie cztery lata temu. Gdy w październikowe chłodne dni w Europie przestało wiać. Stanęły wiatraki, produkcja energii ze słońca też nie szła najlepiej, bo dzień w październiku był krótki i najczęściej pochmurny. Tak więc produkcja prądu z energii słonecznej też stanęła. Trzeba było ratować się gazem. Europa sięgnęła po zapasy, które powinny jej starczyć z okładem do późnej wiosny. Pomiędzy jesienią a wiosną zapanował energetyczny spokój. Ale nie na długo. Bo kwiecień 2021 roku był anormalnie chłodny. I to cały. Najbardziej marzli Hiszpanie, którzy ogrzewają swoje domy prądem. A Hiszpania prąd produkuje z gazu. W ten sposób w większej części Europy, bo nie tylko w hiszpańskich zbiornikach zapasy gazu spadły prawie do zera. I nie udało się ich wystarczająco szybko zapełnić do kolejnej jesieni. Tym bardziej, że pojawiła się kolejna przeszkoda. Do akcji wkroczyła Rosja, która tak przykręciła Zachodowi kurki z gazem, że następny sezon przeszedł do historii jako sezon europejskiego kryzysu energetycznego. Zaraz potem w lutym następnego roku - dostawy rosyjskiego gazu wyhamowały do zera.

Dlaczego Europa miała szczęście?

Rosja napadła wtedy na Ukrainę. A ceny energii rosły w takim tempie, że Europejczycy przecierali oczy ze zdumienia. Aż osiągnęły poziom niespotykany nigdy wcześniej ani nigdy potem. Prawie sto razy wyższy niż średnia z poprzednich dziesięciu lat. I dlatego Europa musiała zacisnąć pasa; zaczęła wprowadzać drastyczne oszczędności prądu: wyłączała uliczne lampy, rezygnowała ze świątecznych dekoracji, zalecała obniżenie temperatury w domach i urzędach, a w najbardziej drastycznych przypadkach wpisywała służbowe czajniki elektryczne na indeks urządzeń zakazanych. I ratowała się awaryjnymi kontraktami na gaz skroplony z Bliskiego Wschodu i Ameryki. Miała przy tym niebywałe szczęście. I teraz powiemy dlaczego.

Biskupi mają ginekologów 'na smyczce'? 'W każdym gabinecie jest już Kościół'

Bo dwie minione zimy były szokująco ciepłe. Były też nadzwyczaj wietrzne i anormalnie słoneczne. Co w systemie energetycznym oznaczało wielkie oszczędności. Europejczycy nie musieli mocno grzać w domach, jednocześnie produkcja prądu ze źródeł odnawialnych szła pełną parą. Magazyny z gazem stały pełne od wczesnej jesieni do późnej wiosny. A ich uzupełnianie w następnym sezonie było jak bułka z masłem.

Na dodatek mniejsze zapotrzebowanie na surowiec obniżało jego ceny, bo gazu na świecie na tyle dużo, że kolejki po niego nie stały. Także dlatego, że największe światowe gospodarki toczyły się coraz wolniej. I nie potrzebowały więcej energii. W ten sposób, dzięki zimie z Sylwestrem w samych sweterkach i spowolnieniu gospodarczemu w Chinach, Europa przeszła przez kryzys energetyczny (prawie) suchą stopą. Dlaczego "prawie"? Bo - choć rządzący byli z siebie zadowoleni - ucierpiał przemysł, najmocniej niemiecki, a wraz z nim całe Niemcy. Skokowo wzrosły koszty energii w produkcji, na przykład w motoryzacji. Wraz z nimi wzrosły ceny aut, na które coraz mniej jest chętnych.

Nowy kryzys na horyzoncie 

Wiodące europejskie marki samochodowe przegrywają z tanimi Chińczykami. A niemieckie moto koncerny muszą ciąć wydatki, bo utrzymanie załóg i fabryk, które z powodu słabej sprzedaży, produkują coraz mniej to wyrzucanie pieniędzy w błoto. Zwłaszcza, że Europa znów stoi na progu kryzysu. Nowego kryzysu energetycznego. Ale zanim o tym, jak do tego doszło, wolne tłumaczenie z niemieckiego czyli... Dunkelflaute.

"Dunkel" - ciemny, "flaute" można się domyślić, flauta, czyli brak wiatru. Dunkel plus flaute to pochmurne bezwietrzne dni. Dla energetyki oznaczają brak produkcji prądu z wiatru czy energii słonecznej. Takie dni długą serią wydarzyły się jesienią cztery lata temu. I stały się preludium do późniejszego cenowego armagedonu. Dlaczego dzisiaj powinno nas obchodzić, co stało się wtedy? Ponieważ mamy w Europie powtórkę. Pierwsza połowa listopada była wszędzie wyjątkowo chłodna, pochmurna i pozbawiona wiatru. Trzeba więc było dołożyć do pieca. Dosłownie i w przenośni. Europejczycy podkręcili ogrzewanie, a producenci prądu - musieli polegać na konwencjonalnej produkcji. Z węgla, gazu i paliwa jądrowego.

Z tego pierwszego korzystała Polska. Jako jedno z niewielu państw w Europie ma elektrownie na węgiel. Z tego ostatniego Francja, Niemcy nie mogły, bo zamknęły elektrownie atomowe. Większość europejskich systemów odkręciła więc kurki do magazynów z gazem. W pierwszej połowie miesiąca pobór gazu z zapasów był drugim co do wielkości od piętnastu lat. Większym nawet niż podczas ostatniego preludium do kryzysu! Jeśli tempo opróżniania magazynów się nie zmieni to poziom rezerwy spadnie mocniej, niż w listopadzie, miesiąca najgorszego do tej pory 2016 roku. I dwa razy mocniej niż w tym samym czasie w ostatnich dwóch latach. Co to znaczy?

Będzie drożej

Mówiąc najkrócej - systematyczny wzrost cen. Już teraz ceny gazu w Europie są o 100 procent wyższe niż w lutym. I o 130 procent wyższe niż średnio w ciągu dekady przed kryzysem energetycznym. A w dostawach przyszłorocznych ceny rosną jeszcze bardziej. To sprawia, że koszt jednostki energii w przemyśle jest czterokrotnie wyższy niż w USA. Co w zasadzie przekreśla Europę jako miejsce do inwestowania. Ale wróćmy do naszych magazynów z gazem. I do prognozy pogody. Bo dla producentów prądu to sprawa kluczowa. Od niej zależy, w jakiej kondycji Europa wyląduje wiosną. I czy zdąży kupić gaz na następną jesień. I co ważniejsze, jak drogo.

Bo cena surowca zależy głównie od tego, jak wielu jest na niego chętnych. A ci się mnożą. Bo na zakupy ruszyli Chińczycy, a po trwającym sezonie w kolejce po gaz staną Europejczycy. Jaką ilość będą chcieli kupić zależy głównie od pogody - częstotliwości chmurnej flauty oraz od temperatury, im chłodniej, tym gorzej. Jeśli zima da się we znaki Europa może skończyć z zapasami na poziomie 35-45 procent pojemności magazynów. To blisko o połowę mniej niż ostatnio. To także powód, by przed nowym sezonem ruszyć na wielkie zakupy. I to jest właśnie powód, że ceny gwałtownie rosną w zakupach z terminem wiosennym. Czyli terminem uzupełniania magazynów po zimie.

I na koniec fakt powszechnie nieznany. Ale dla sprawy niezwykle ważny. Rosja nadal dostarcza Europie znaczne ilości gazu. Zaskoczeni? No właśnie. Dostarcza tyle, że jest trzecim największym sprzedawcą. Tyle, że transport idzie dzisiaj tankowcami w formie skroplonej, czyli jako LNG, a nie rurociągami jak przed wojną w Ukrainie. I jest to aż 15 procent. Europa nie odcięła się zatem kompletnie od rosyjskiego surowca, a odcięcie tych dostaw - o ile ktoś o tym postanowi - doprowadzi do kolejnego skoku cen energii. A za nim wzrostu inflacji. I znów kryzysu kosztów życia. No chyba, że zima będzie bardzo gorąca. Dosłownie, a nie w przenośni.