Ceny mandarynek wystrzeliły. Powody są dwa
W porównaniu z poprzednim rokiem, mandarynki są droższe o jedną trzecią. Powody takiego stanu rzeczy są dwa. Jeden leży w Hiszpanii, dokładniej - w zalanej powodzią Walencji. Drugi - w fabrykach soków owocowych. Czy owoce cytrusowe będą owocami luksusowymi?
Problem, który leży w Hiszpanii
Hiszpania dostarcza Europie aż 60 procent małych owoców cytrusowych - na naszym polskim rynku połowa mandarynek pochodzi właśnie z Hiszpanii. A dokładniej - z regionu Walencji. Nie bez powodu Walencja jest nazywana 'miastem pomarańczy', a położona jest na Wybrzeżu Kwiatu Pomarańczy, bo to prawdziwy potentat i największy producent cytrusów w Hiszpanii. Oprócz pomarańczy, produkuje też 40 procent wszystkich hiszpańskich mandarynek. I właśnie kiedy drzewa były pełne owoców i zaczynały się ich tegoroczne zbiory przyszła katastrofa.
Pod koniec października w region uderzył cyklon Dana, który przyniósł katastrofalne powodzie. Media obiegły zdjęcia zalanej Walencji, zdewastowanych miast, miasteczek i wsi w jej okolicach. I właśnie na wsiach kataklizm uderzył w plantacje mandarynek, ciągnące się w okolicach Walencji całymi kilometrami: woda pokryła drzewa grubą warstwą mułu, a owoce, które były pod wodą przez kilkadziesiąt godzin - zgniły. Jakby tego było mało, grad o wielkości kurzych jaj doszczętnie zniszczył uprawy i połamał drzewa na tysiącach hektarów. Gdzieniegdzie po prostu nie było czego zbierać, straty sięgają 200 milionów euro. A skoro mandarynek jest mniej, rośnie ich cena - i to pierwsze wytłumaczenie, dlaczego w sklepach tyle kosztują.
Drugi powód rosnących cen mandarynek leży - jak wspomnieliśmy - w fabrykach soków owocowych. Ale żeby go dobrze wyjaśnić, musimy przypomnieć, co dzieje się w ostatnich miesiącach i latach z pomarańczami i sokiem pomarańczowym, który staje się towarem na wagę złota. Ceny koncentratu soku pomarańczowego biją światowe rekordy, w tym roku wzrosły o połowę. Wszystko dlatego, że pomarańczy jest za mało! Leżące w Brazylii i na Florydzie plantacje owoców, które najlepiej nadają się na sok, dziesiątkują kataklizmy klimatyczne: susze na zmianę z ulewami oraz zaraza drzew.
Tak zwana choroba zielonego smoka dziesiątkuje drzewa pomarańczy, mandarynek, grejpfrutów i limonek, w niektórych regionach Brazylii zaatakowała blisko połowę upraw. A leku na zarazę - brak, więc i perspektywy dla pomarańczy i wyciskanego z nich soku nie rysują się różowo. W tej sytuacji - kiedy sok jest drogi i jest go globalnie o jedną trzecią mniej - świat szuka zamienników.
Sytuacja na rodzimym podwórku, czyli jak polskie jabłko staje się nową światową pomarańczą
Zamiennikiem dla soku z pomarańczy okazuje się na świecie sok z polskich jabłek. Polska jest największym w Europie i drugim na świecie producentem koncentratu soku jabłkowego, który później się rozcieńcza i wlewa do butelek i kartonów - tak powstaje sok, który ląduje na naszych stołach. Nasz koncentrat wysyłamy nawet do Stanów Zjednoczonych i dalekiej Azji, w tym - Chin. A skoro jest popyt, to rosną ceny. W ciągu ostatnich dwóch lat ceny jabłek do przetwórstwa wzrosły o 100 procent. Tak oto polskie jabłko staje się nową światową pomarańczą. Ale staje się nią również mandarynka.
W sytuacji niewystarczającej ilości soku pomarańczowego, świat zaczyna wyciskać coraz więcej soku właśnie z mandarynek. Stają się pożądanym zamiennikiem, bo sok mandarynkowy jest tańszy od pomarańczowego, równie bogaty w witaminy, a jego produkcja nie jest bardziej wymagająca. W tej sytuacji coraz mniej świeżych mandarynek trafia do sprzedaży, a coraz więcej jedzie do przetwórni, bo to dla plantatorów po prostu lepszy i łatwiejszy zarobek.
Szacunki
Powodziowy efekt cenowy najmocniej odbił się na owocach wczesnych. Zbiory w Hiszpanii trwają, na rynek będą trafiały kolejne dostawy, a sytuacja cenowa powinna się stabilizować. Musimy jednak czekać, zanim zobaczymy to w sklepach. Bo najwięcej - jedną trzecią wszystkich mandarynek sprowadzamy z Hiszpanii w grudniu, czyli w czasie kiedy cenowe efekty kataklizmu na hiszpańskim wybrzeżu jeszcze uderzą nas po kieszeni.